środa, 30 września 2015

Czy da się napisać perfumy o nieszczęściu? - 1904 Madame Butterfly Histoires de Parfums


Opera znaczy Dzieło. Dzieło imponujące z założenia - nie tam zwykły opus numer któryśtam. Opera to sen o potędze: wielkie emocje wymagające wielkich środków. I wielkich głosów. Opera ma zachwycać, poruszać, olśniewać.

Nie jestem wielkim fanem opery. Ładunek emocjonalny i ekspresja tej formy zazwyczaj przytłacza mnie i boli. Są opery, do których wracam - częściej do konkretnych arii, niż do całości - jednak "Madama Butterfly" zdecydowanie do nich nie należy. "Madamę Butterfly" w całości widziałam raz i zapłaciłam za to spłakaniem całego makijażu w miejscu publicznym oraz dołem. Na szczęście Madame Butterfly z Operowej Kolekcji Histoires de Parfums niewiele ma wspólnego z opowieścią o nieszczęsnej Cio-Cio-san.


Zacznijmy od kwestii oczywistej: piętnastoletnia, drobniutka Japonka nie powinna pachnieć ciężkim, tłustym, ziemistym masłem irysowym. Osiemnastoletnia matka podrzynająca sobie gardło w obecności dwuletniego synka nie powinna... Nie powinna być "twarzą" perfum.

Naprawdę zadziwiają mnie perfumeryjne inspiracje założyciela Histoires de Parfums. Kiedy podczas przeprowadzania wywiadu zapytałam  Geralda o to, czemuż u licha dał swoim perfumom twarz sadysty (prawdziwego, nie w cywilizowanym ujęciu znanym ze współczesnego BDSM) i do tego człowieka, który był bardzo złym literatem otrzymałam odpowiedź, że nie czytał i traktuje postać markiza de Sade jak symbol. Być może Madame Butterfly także jest symbolem, mnie jednak ciarki przechodzą po plecach.

Nie opowiem Wam dziś historii z opowiadania Johna Luthera Longa, powieści Chrysanthème Pierre’a Lotiego i opery Giacomo Pucciniego na podstawie libretta Ligi Illica i Giacomo Giacosa. Opowiem Wam historię Cio-Cio-san na podstawie olfaktorycznego libretta Geralda Ghislaina. Który pewnie opowiadania nie czytał. I dobrze.

czwartek, 24 września 2015

Dziś sobie poużywamy! - Espresso Royale Sebastiane


W komentarzach pod recenzją J'ose obiecałam Poli recenzję kolejnych perfum z nutą kawy. Perfum, których próbkę dostałam od jednej z najpogodniejszych, najbardziej ujmujących osobowości perfumeryjnego światka - od Murszafki, znanej Wam jako Pani Archeolog robiąca piękne zdjęcia z moich warsztatów.
Dziś spełniam obietnicę i oto proszę, kawka dla Poli. Smacznego. Kłaniam się. :)


Słodka gorycz
Świetlista czerń


Espresso Royale to perfumeryjna pułapka. Lista nut wygląda jak uroczy bilecik z zaproszeniem na kawusię z ciasteczkami w saloniku na pięterku. Orzeszki, karmel i kieliszeczek rumu dla rozwiązania języków. Tymczasem prawda wygląda tak:

Wchodzimy do starej kamienicy. Nie, żeby od razu upiornej czy zaniedbanej - po prostu starej. Klamka pokryta jest ciepłą, szorstką rdzą. Ciężkie drzwi skrzypią, jak gdyby zasypano zawiasy piaskiem. Z krętych schodów ktoś zajumał dywan.

piątek, 18 września 2015

Bo to zła kobieta była - J'ose Eisenberg


Od lat na SoS pojawiają się recenzje perfum z wiodącą nutą kawy. Dziś kolejna. Nie wiem już, która. Tym razem na celownik wzięłam perfumy selektywne, powszechnie dostępne i doskonale znane. I zabierając się do testów wiedziałam, że to nie będzie mój ideał.

Kawa ma być duża i gorąca. Nie lubię małych kawek, które znikają zbyt szybko. Nie lubię kawy przestudzonej lawendą. Nie znoszę kawy rozbielonej piżmem. A jednak... Moje nielubienie nie ma tu znaczenia. J'ose to są po prostu dobre perfumy.
Bardzo. Dobre.


Poznajcie J'ose

To, jak lubimy mieć podaną swoją kawę, to kwestia gustu. J'ose lubi gdy kawa jest mocna, czarna i bez cukru. Żadnego śmietankowego pitu pitu. Żadnych syropów. Uczciwie kawowa kawa.
J'ose bywa rozkojarzona. Kawę pija zimną - często stojącą na stoliku od paru godzin. W miętowo - lawendowym przeciągu.

czwartek, 17 września 2015

Struganie jelenia czyli Cuirs Carner Barcelona


Kiedy marka Carner Barcelona weszła na polski rynek i w moje ręce trafił set próbek ich zapachów - Cuirs od razu stał się moim faworytem. Bynajmniej, nie ze względu na swą oryginalność.


W 2009 roku na rynek weszły Black Afgano marki Nasomatto - perfumy, których promocja do dziś budzi kontrowersje. Perfumy z pasją wychwalane i z taką samą pasją zjeżdżane. Bez względu na to, czy odpowiadają nam prymitywne sztuczki, za pomocą Alessandro Gualtieri promuje swoje dzieła i na to, czy zapach podoba nam się, czy nie - trudno odmówić Black Afgano statusu "perfum kultowych".

Dwa lata po premierze Czarnego Afgana jego mrocznie mleczny akord wiodący rozpracowała Sonia Constant - perfumiarka pracująca wcześniej między innymi dla marki Avon, Fragonard, czy specjalizującej się w zapachach kjutaśnych Crazylibellule and the Poppies. Dla uzupełnienia obrazu wspomnieć warto, że Sonia Constant jest także twórczynią hiperekskluzywnych L’Abeille de Guerlain, których każda z 47 kryształowych butli kosztuje dwanaście i pół tysiąca Euro. Tyle, że słodkie L’Abeille de Guerlain także mieszczą się w olfaktorycznej grupie słodkich przyjemniaczków stanowiącej gros przedafganowego dorobku Constant.

Wracając do Black Afgano - w roku 2011 Sonia Constant uległa urokowi pseudohaszyszowego akordu, który tak wielką popularność przyniósł Gualtieriemu i użyła go (akordu, nie Gualtieriego) w swoich własnych perfumach.
Dwa razy.

wtorek, 15 września 2015

Rzeźby w białym drewnie: Bois Farine l'Artisan Parfumeur i Palo Santo Carner Barcelona



Dziś zapraszam Was na spotkanie z zapachem, którego recenzję odwlekałam najdłużej chyba z wszystkich. Poznałam go daaawno, daaawno temu. Właściwie, były to jedne z pierwszych niszowych perfum, jakie poznałam i zarazem jeden z moich pierwszych niszowych flakonów. Najciekawsze jest to, że od razu wiedziałam, że go zrecenzuję. Powąchałam, polubiłam, kupiłam flaszkę i zaczęłam zbierać się do napisania recenzji... Tak minęło dziesięć lat. :)

Dziś nadszedł TEN dzień. Nie nadszedłby pewnie, gdyby nie test Palo Santo...


Pod żaglami zapachu


Bois Farine to pierwszy zapach podróżniczej serii L'Artisan Parfumeur. Po nich nadeszły Timbuktu (2004) i Dzhongka (2006). Po trzyletniej przerwie do kolekcji dołączyły kolejne kompozycje: Al Oudh (2009), Traversée du Bosphore (2010), Batucada (2011), Séville à l’Aube (2012) i Caligna (2013).

sobota, 12 września 2015

Sunshine Man - przechadzka z Amouage


Pora wrócić do blogowania.
Po długiej przerwie człowiek nie ma odwagi zabrać się za zapachy wymagające mocnych tekstów i mocnych słów. Pisanie WIELKIMI literami wymaga przygrywki. Niechaj taką przygrywką będzie nowa propozycja Amouage: Sunshine Man.

Lubię słońce. Perfumom ze słońcem w tytule trudno mi się oprzeć. Nie oparłam się damskim Promieniom Słońca wiosną, nie oprę się także męskim teraz, gdy w okna zagląda nam widmo jesieni.


Spacer bez szalika


O damskich Sunshine pisałam, że są odrealnioną opowieścią o idealnym życiu. O męskich napiszę, że... są odrealnioną opowieścią o idealnym życiu. Tyle, że tym razem zamiast wygrzewać się w słoneczku na ławeczce w ogrodzie, wstajemy o świcie i wyruszamy w świat.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...