czwartek, 5 listopada 2015

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem - część 3


Trzecia, ostatnia część rozmowy z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem to emocjonalna podróż w przeszłość.
Poprzednie części wywiadu znajdziecie na SoS:

***

Polskie korzenie

Klaudia Heintze: Wspominałeś o swoim polskim pochodzeniu. Opowiedz nam proszę, czym jest dla Ciebie Polska; z czym Ci się kojarzy, jakie wspomnienia wywołuje. Jak dobrze pamiętasz swojego ojca?


Geoffrey Nejman: Jeśli mam być zupełnie szczery, najważniejszym dziedzictwem po moim ojcu nie jest to, że był z pochodzenia Polakiem, lecz to, że był z pochodzenia Żydem. Urodził się w żydowskiej wiosce, która nazywała się Zduńska Wola. W dwudziestoleciu międzywojennym cała rodzina ojca przeprowadziła się do Niemiec. Mój ojciec zdobywał wykształcenie w niemieckich szkołach w Hamburgu.
Około sześćdziesięciu członków mojej rodziny udało się do Niemiec wraz z moim ojcem i jego rodzicami i żyli tam bardzo wygodnie dopóki nie nastał sławny Hitler.

Klaudia: Niesławny Hitler.

Geoffrey: Tak. Mój ojciec niewiele opowiadał o tamtym okresie swojego życia. Myślę, że wiele wycierpiał i nie chciał bym i ja cierpiał. Chciał jednak, żebym wiedział. To ważne, żeby każde kolejne pokolenie przynajmniej wiedziało, co się wydarzyło. To jeden z powodów, dla których zamierzam napisać tę książkę. Żeby nie przedłużać historii - mój ojciec miał nosa. Nie perfumeryjnego, tylko takiego życiowego. Miał przeczucie, że należy uciekać z Niemiec. Zwołał więc na szybko zebranie rodzinne i powiedział swoim krewnym:
- Musimy uciekać. Teraz. Dziś w nocy.
Nikt mu nie uwierzył. Nikt, poza jego rodzicami i bratem. Niestety, wszyscy pozostali zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego i zginęli w komorach gazowych. On zdołał tego uniknąć przeprawiając się łodzią rybacką z Hamburga do Anglii. Zapłacili rybakowi, który ich przewiózł.


Kup pan cegłę

Geoffrey:
Dotarł więc do Anglii jako uchodźca polityczny; bez dokumentów, świeżo po zakończeniu edukacji. Zamieszkali w malutkim mieszkanku, a on aby wykarmić rodzinę, rozpoczął pracę jako obwoźny sprzedawca odkurzaczy marki Hoover. Rzecz w tym, że odkurzacze w tamtych czasach były gigantyczne. Nie sposób było nosić ich od drzwi do drzwi. Przyjął więc partnera - taksówkarza. Złożył mu propozycję:
- Ty będziesz woził moje odkurzacze. Ja będę jeździł z Tobą i sprzedawał. A jak coś sprzedam, podzielimy się po połowie.
Żeby w ogóle dostać się do wnętrz domów i zacząć rozmowę, nosił ze sobą worek ryżu. Dzwonił więc do drzwi, a kiedy ludzie je otwierali, z rozmachem wysypywał im całą zawartość worka do przedpokoju.

Klaudia: Musieli go kochać!

(śmiech)

Geoffrey: Robiła się afera.
- Co pan wyprawia?!
- Nie ma problemu - odpowiadał mój ojciec - Ja to państwu wszystko posprzątam. Zaraz państwo zobaczą, jakie to proste.
Wyciągał odkurzasz z taksówki i w ten sposób wszyscy kupowali odkurzacze.

I takich właśnie historii mam mnóstwo.


Odzyskane dziedzictwo

Geoffrey: Wiesz, czego dowiedziałem się po powrocie do Polski?
Zostałem zaproszony przez polski rząd na oficjalne obchody pięćdziesięciolecie wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz (Oświęcimiu). Zostałem zaproszony jako jeden z ocaleńców. Siedziałam przy stoliku z panią Thatcher, ale były tam też takie postaci jak Bill Clinton na przykład.
Po spotkaniu ktoś z polskiej delegacji rządowej zabrał mnie taksówką do Zduńskiej Woli. Podczas tej wizyty udało mi się odnaleźć akt urodzenia mojego ojca. Jego nazwisko na akcie urodzenia brzmiało Nejman. Tymczasem ja przez całe życie nazywałem się Newman. Zrobił to po to, żeby ukryć żydowskie pochodzenie i uniknąć prześladowań. Moje dzieci też nazywały się Newman.
Zabrałam więc ze sobą odpis aktu urodzenia ojca, wróciłem do Francji i sądownie zmieniłem nazwisko na nazwisko mojego ojca - Nejman. Przywróciłem nazwisko rodzinne. Nazywam się Geoffrey Nejman.

Tu Geoffrey zademonstrował nam dokument.

Geoffrey: Widzisz? Nejman.
Wynikło z tego sporo problemów, bo kiedy ja już mogłem nosić nasze rodzinne nazwisko, moje córki ciągle nazywały się Newman. Mogliśmy mieć kłopoty z dziedziczeniem. Wróciliśmy więc do sądu i teraz już wszyscy nazywamy się Nejman.
Znalazłem swoje korzenie w tej niewielkiej miejscowości. I bardzo mnie to poruszyło.


W tym momencie po raz wtóry pojawia się nasza Gospodyni - pani Stanisława Missala.

Stanisława Missala (wskazując na Geoffreya): Czemu on jest taki? Co się stało? Czemu wy wszyscy płaczecie?

Martine Micallef: Śmiejemy się razem, kochamy i płaczemy.

(śmiech) Martine jest w ogóle nieprawdopodobnie pogodną osobą i pięknie i często się śmieje.




Dla porządku wyjaśnię, że od tego momentu to przestał być wywiad. Zrelacjonuję Wam rozmowę do momentu, w którym ustaliliśmy, że wyłączamy dyktafon. Pominę uwagi nieistotne dla tematu (na przykład dyskusje o pysznym barszczu Pani Stanisławy) oraz tłumaczenie, którego dokonywałam na bieżąco. Proszę o wyrozumiałość.

Stanisława Missala: O czym Wy rozmawiacie?

Klaudia: Rozmawiamy o historii rodziny Geoffreya.

Stanisława Missala: Bo wszyscy się popłakaliście. Jak Boga kocham...


Pani Stanisława wezwała posiłki w postaci reszty rodziny, ja na szybko streszczałam opowieść, a Martine ze śmiechem zapowiedziała, że teraz to już wszyscy będą płakać i zażądała wódki. Żartem oczywiście. Bardzo żałuję, że nie mogę przekazać wam atmosfery tych chwil. To był jeden z tych momentów w życiu, których nie sposób zaplanować i których nie sposób przecenić.

Geoffrey: To wszystko jest w książce.

Klaudia: Czy mógłbyś proszę wrócić i ją skończyć?

Geoffrey: Chciałbym. I jestem bardzo sfrustrowany tym, że nie mam na to czasu.

Martine: Nie mamy czasu na to, żeby robić to, co naprawdę powinniśmy robić. Nie tylko my. Ludzie.

Klaudia: Geoffrey, musisz ją napisać.

Geoffrey: Wiem, wiem. I będziesz się dużo śmiała czytając. Będziesz płakała, ale częściej będziesz się śmiała. Będzie pełna żartów. Także wplecionego w treść żydowskiego humoru. Ba! Znajdą się w niej nawet przepisy na nasze rodzinne potrawy. Bo to nie zawsze był kawior.
Zamierzałem wydać ją, dla rodziny tylko, z okazji moich sześćdziesiątych urodzin w czerwcu 2016, ale zmieniłem plany i będę musiał poczekać do siedemdziesiątych. (śmiech)


Kolejna interluda, kolejne tłumaczenie historii.


Jedzenie to ważna sprawa

Klaudia: Miałam jeszcze kilka pytań, ale w obecnej sytuacji wypada zakończyć rozmowę.

Geoffrey: Nie, nie kończmy. Pytaj, podoba mi się. Obiecuję więcej nie płakać. (śmiech)

Klaudia: Jestem wzruszona i wybita z rytmu, skoro jednak mogę, to zapytam o zapach Twojego rodzinnego domu. Wspominałeś wcześniej (nie ma tego na nagraniu) o zapachu ciasta, potraw świątecznych...

Geoffrey: Jedzenie to bardzo ważna sprawa!

Martine: O tak, jedzenie to dla Geoffreya bardzo ważna sprawa. (śmiech) Dla mnie z resztą też.

Geoffrey: Oboje uwielbiamy dobre jedzenie i potrafimy naprawdę wydawać na nie sporo.

Martine: Lubimy się nim dzielić, jeść wspólne posiłki, zapraszać przyjaciół.

Geoffrey: Mamy to chyba w genach, bo nasz syn został kucharzem. Zdobył zloty medal dla najlepszych młodych kucharzy we Francji. Teraz załatwiliśmy mu pracę w Dubaju, więc mieszka niedaleko nas i pracuje w angielskiej restauracji. Radziliśmy mu przyjęcie tej pracy po pierwsze dlatego, by szlifował angielski, po drugie po to, żeby poznawał inne kultury. Jest bardzo ambitny. Chce podróżować - odwiedzić Singapur, Japonię...


W tym momencie pojawiła się Pani Stanisława zatroskana o swoich gości:
- Ja też rozumiem, że jedzenie jest ważne - rzekła i na stół wjechał barszcz. Powiem uczciwie - pyszny. Kontynuowaliśmy rozmowę jedząc. Uwagi na temat barszczu pominę. :)

Geoffrey: Wracając do tematu: poza napisaniem książki, moim celem jest wsparcie marzeń mojego syna o otworzeniu własnej restauracji. Chcę pomóc mu w realizacji jego pasji. To kolejny powód, dla którego myślę o wycofaniu się z interesów za jakieś pięć - sześć lat.


W pół drogi

Klaudia: Obecnie mieszkacie w Dubaju, prawda?

Geoffrey: Mieszkamy pół na pół w Dubaju i we Francji. Ale nie blokami - pół roku tu i pół roku tam. Dużo podróżujemy. W Dubaju spędzamy trzy - cztery tygodnie; potem wracamy na kilka dni, wyjeżdżamy w kolejną podróż i wracamy. Dubaj wybraliśmy z powodów biznesowych. Bardzo zależy nam na powodzeniu naszych firmowych butików. Nie jest łatwo otworzyć sklep. Pierwsze lata wymagają sporego nakładu pracy, doglądania, pielęgnowania nowego biznesu. Uznaliśmy, że korzystniej będzie, jeśli będziemy to robili osobiście. Drugim powodem jest nasza wygoda i zdrowie. Bardzo często podróżujemy do Azji, bo właśnie wchodzimy na azjatyckie rynki. Zaistnieliśmy już w Bangkoku, Dżakarcie, Singapurze; wchodzimy teraz na rynek Chiński. Dubaj leży w połowie drogi.

Klaudia: Czy mieszkając w Dubaju zauważyliście istnienie niezwykłych, może ważnych różnic kulturowych, których nie dostrzega się będąc w krajach Zatoki jako turysta?

Geoffrey: Ujmę to tak: oboje lubimy podróżować i kontakty z ludźmi przychodzą nam łatwo. Dubaj to świetne miejsce do prowadzania interesów. Ale nie chciałbym spędzić tam czasu na emeryturze.

Klaudia: Dlaczego?

Geoffrey: Bo kochamy naturę. Najbardziej lubimy spędzać czas na łonie natury - pójść do lasu, nazbierać grzybów, oglądać chmury.

Martine: Dubaj jest trochę jak Disneyland. Wszystko jest kolorowe, sztuczne i bling bling.

Geoffrey: Jest bardzo kosmopolityczny. Co jest ciekawe dla mnie osobiście - kiedy jest się Żydem, spotykanie ludzi z ludów semickich zamieszkujących tamte tereny rodzi pewną... relację. Mamy z nimi bardzo dobry kontakt. Zapomnijmy o polityce. Na gruncie rasowym jesteśmy do siebie bardzo podobni. Spotykamy się, chodzimy razem na przyjęcia i imprezy.

Martine: Mamy wielu przyjaciół z Syrii, Libii...

Geoffrey: Mamy tam także przyjaciół z Francji. Chodzimy razem na koncerty i francuskojęzyczne przedstawiania. Dubaj to bardzo miłe miejsce do życia, ale nasze korzenie są w Europie. Jesteśmy związani z kulturą europejską i europejskim jedzeniem; kochamy europejską przyrodę... i ludzi. Tu więc wrócimy. No chyba, że zdecydujemy się na dołączenie do afrykańskiego plemienia... (śmiech)

Martine: Nasze dzieci także urodziły się w Europie...


Tu powrócił temat obiadu. Nasi gospodarze nie mogli dopuścić do tego, by wystygł.

Kiedy wróciliśmy do nagrywania, byliśmy ponownie przy temacie wspomnień, które pozwolę sobie przytoczyć.


Amor vincit omnia



Geoffrey: W czasie Drugiej Wojny Światowej mój ojciec należał do ruchu oporu. Pod koniec wojny wrócił do Europy wraz z brytyjską armią. Moja matka była Niemką. Jej rodzice także należeli do ruchu oporu - w czasie wojny ukrywali Żydów. Po zakończeniu wojny przyznano im za tę pomoc medal, a mój ojciec był członkiem delegacji rządowej, która go wręczała. I tak poznał moją mamę. Potem los ich rozdzielił, ale w końcu spotkali się znowu i w 1953 roku wzięli ślub.

Martine: Lubimy szukać perfumeryjnych inspiracji w innych kulturach, bo my sami jesteśmy inspirowani różnymi kulturami. (śmiech) Moja rodzina pochodzi z Malty - Micallef to maltańskie nazwisko - a Malta sama w sobie jest tyglem kulturowym.

***


Tą piękną pointą zakończyliśmy oficjalną część rozmowy. Dalszy ciąg nagrania pozostanie moją słodką tajemnicą.

Dziękuję Wam za poświęcony czas. Przepraszam za nietypowy układ ostatnich akapitów. To nie był po prostu wywiad. Dla mnie ta rozmowa była darem. Nie potrafię podsumować jej w kilku słowach. Zresztą... czy trzeba?

  • Za zgodę na publikację zdjęć serdecznie dziękuję Geoffreyowi Nejmanowi, który podzielił się ze mną zdjęciem Ojca i swoją fotografią z Mamą
  • oraz Perfumerii Quality, która pięknie udokumentowała nasze spotkanie

13 komentarzy:

  1. Wspaniałe spotkanie, którego pewnie długo nie zapomnisz. Zazdroszczę strasznie! Co rusz, w rozmaitych sytuacjach odnoszę wrażenie, że ludzie, których rodziny dotknęło nieszczęście wojny, są jakby wrażliwsi, bardziej szczerzy, uczciwsi i otwarci. Po prostu chyba znają wartość życia, kontaktów międzyludzkich. Ludzie, z którymi się spotkałaś, chyba są naprawdę wyjątkowi, a może właśnie są zwyczajni... Mieszkam kilkanaście kilometrów od Zduńskiej Woli. Że też nie dane mi było spotkać tam Geoffreya :-) Pytałaś może czy ma tu groby bliskich?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pytałam, ale skoro wszyscy zginęli w komorach gazowych to niewielkie są szanse na groby. :(

      Ja doceniam nie tylko to, ze to ludzie szczerzy i dobrzy. Ale też to, ze się ze mną tym wszystkim podzielili. Naprawdę doceniam.

      Dziękuję Ci za komentarz. <3

      Usuń
  2. Jeszcze zapomniałam spytać: czy Ty się czymś " wypachniłaś" na to spotkanie? Czy Twoi rozmówcy pachnieli? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tak, to bardzo delikatnie. Ja też śladowo. Głupio jest ciągnąć za sobą ogon, kiedy ludzi dużo, a do tego w powietrzu unosi się cała perfumeria. :)

      Usuń
  3. Piękny wywiad. Tak bardzo żałuję, że nie mogłam wziąć udziału w tym spotkaniu, ale obecnie jestem na studiach we Włoszech, na szczęście jesteście Wy i Wasze relacje! Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Studia we Włoszech warte są odpuszczenia spotkania. Będzie jeszcze wiele okazji. Ja już wiem, ze w przyszłym roku Martine i Geoffrey znów odwiedzą Polskę. Na pewno będziesz jeszcze miała okazję ich poznać. :)

      Usuń
  4. Jej, jacy to muszą być wspaniali ludzie :) Miałam ogromną przyjemność z czytania, świetny wywiad. Bardziej osobisty w porównaniu z tym z 2010 roku... a w ogóle Twoje wywiady są zawsze takie prawdziwe, nie jakiś pic na wodę jak to czasem np. w gazetach bywa - niekiedy mam wrażenie że dziennikarz w ogóle nie słucha co rozmówca do niego mówi, tylko recytuje te swoje głupie pytania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wywiad polega na tym, żeby pozwolić ludziom mówić o tym, o czym chcą mówić. Od lat prowadzę spotkania z pisarzami i artystami i... No na tym to polega. Wtedy jest życie w tym, co mówią.
      Jest mi łatwo, bo nie prowadzę ani spotkań, ani wywiadów z ludźmi, których nie cenię. W tym przypadku, poza szacunkiem, mam też wielką sympatię dla Obojga rozmówców. To niesamowicie ciepli, pogodni ludzie. Nie sposób ich nie kochać. :)

      Usuń
  5. Pozwolisz że nic nie powiem... Ty wiesz! :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta część jest już bardzo osobista. To dobre odposągowienie postaci z reklamy, twarzy perfum. Są oczywiście bardziej ludzcy, swojscy. I zrobiło sie domowo. Zbudowałas piękna relację z tymi niezwykłymi kreatorami. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję.
      Dlatego lubię mieć więcej czasu na wywiad. Nawet w rozmowie z bliskim człowiekiem potrzebujesz czasu na stworzenie nastroju bezpieczeństwa, porozumienia. Początek zawsze jest bardziej oficjalny. To świetnie widać było w rozmowie z Kilianem - rozluźnił się dopiero na końcu, kiedy trzeba było kończyć.
      Kiedy prowadzę spotkania z pisarzami czy malarzami, staram się przed oficjalnym wystąpieniem zabrać ich na kawę, pogadać, zestroić fale. :)

      Usuń
  7. Wszystko, co można było powiedzieć o Martine'ie i Geoffreyu oraz wywiadzie zostało już powiedziane. Chapeau bas! Sabbath odpowiedz ci proszę, w jakim języku rozmawialiście? Czy po francusku?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...