piątek, 6 maja 2016

Ciężkie kropelki, ciężki los maniaka i ciężki dylemat na koniec


Każdy recenzent ma swoje sposoby na to, żeby jego teksty były ciekawe i miały sens. Jedni tropią wszystko, co o danych perfumach napisano starając się wypośrodkować opinie; inni unikają zewnętrznych wpływów. Ja należę do tych drugich.

Recenzje staram się pisać na niezapisanej tablicy: bez lektury forów, czasem nawet bez znajomości nut. Zwilżam skórę i zostaję sam na sam z zapachem. Im mniej o nim wiem, im mniej znam opinii, tym większą radość daje mi tworzenie własnej opowieści.

Czasem się, oczywiście, nie da. Recenzując klasyki, hity i perfumy, o których się mówi nie sposób uniknąć programowania cudzymi emocjami. Jednak im głębiej sięgnie się w niszę, z tym większej pustki można wyłowić zapach.



Recenzowałam ostatnio dwie kompozycje LM Parfums. W odstępie nieco ponad dwóch tygodni na mojej skórze znalazły się perfumy o różnych nazwach przywołujących dwie różne historie. Jedne opowiadały o Rosji, drugie kłaniały się skandynawskim kryminałom. Jedne i drugie uznałam za interesujące, jedne i drugie obdarowały mnie opowieścią. I być może, gdyby nie fakt, że pomiędzy recenzjami minęły bardzo intensywne dwa tygodnie - zwróciłabym uwagę na to, że choć (podążając za nazwą i zamysłem Twórcy) jedną z opowieści umieściłam w Rosji, a drugą w Skandynawii - dwa razy opowiedziałam tę samą właściwie historię. Historię o miłości wbrew światu.


W Unique Russia zamiast spodziewanego przepychu doszukałam się intymności w czasach komunizmu. Myśli i namiętności skrywanych przed władzą, "niepokornych uśmiechów na zmęczonych twarzach", a w finale miłości przy włączonym świetle.

 

W Scandinavian Crime zamiast skupić się na kryminalnej historii, znalazłam skrywaną namiętność rodzącą się między parą jej bohaterów. Skrywaną tym razem przed sobą, nie władzą. I w finale "blade, piżmowe sylwetki w świetle poranka."

Nawet zdjęcia w obu przypadkach wybrałam czarno białe, co zdarza mi się sporadycznie.



Czemu o tym piszę? Bo okazuje się, że są to najprawdopodobniej te same zapachy. Być może z drobną zmianą (jak to w niszy) lecz, wedle oficjalnych informacji marki, Scandinavian Crime to Unique Russia na globalny rynek. Te same nuty, ta sama opowieść, a jednak... Jednak inna.


Dziś tropię obie kompozycje równolegle. Jedną aplikowaną w formie ostatnich kropel z lanej próbki, drugą z atomizera. I porównanie obu zapachów jest ostateczną, finalną przyczyną napisania tego krótkiego tekstu. Otóż... O ile bazy rzeczywiście są takie same - na co pewnie zwróciłabym uwagę, gdyby nie jednorazowy kontakt z Unique Russia testowanych z fiolki podesłanej przez wspierającego mnie różnymi niedostępnymi cudami Jakuba z PERseFUME, dzielące testy mordercze dwa tygodnie oraz (co najważniejsze chyba w tym kontekście) pewna redundantność drzewnych kompozycji LM Parfums będących wariacją na temat Black Oud rozwijanego w coraz bardziej ekscentrycznych kierunkach - o tyle pierwsze akordy testowanych równolegle zapachów są wyraźnie różne.

Inna jest temperatura otwarcia. Rozpylone na skórę Scandinavian Crime otwiera akord eteryczny, jasny, utkany wokół czarnego pieprzu. Nakapane Unique Russia wita nas kadzidłem i gałką muszkatołową. Pieprzu jest zdecydowanie mniej. Zapach jest nieco cieplejszy, bardziej zbity.

I to prowadzi mnie do trzech wniosków.
  • Pierwszy wniosek jest taki, że nazwy perfum programują wyobraźnię. Gdyby Organza Indecence nazywała się inaczej, prawdopodobnie nikt w tej słodkiej kluseczce nie doszukałby się nieprzyzwoitości.
    Nie jest to ani odkrycie niespodziewane, ani niemiłe. Bardzo lubię perfumy o sugestywnych nazwach działających jak zapalnik dla wyobraźni. I nader chętnie daję się prowadzić tą drogą, co w moich recenzjach widać wyraźnie.
  • Drugie spostrzeżenie uświadamia mi, że ciężki jest los maniaka.
    Wielokrotnie powtarzałam na spotkaniach, że po zrecenzowaniu ponad tysiąca perfum i przetestowaniu niezliczonej ich ilości nie pamiętam już nie tylko zapachów, ale i nazw. Nie pamiętam nawet, co znam, a czego nie.
    Zdarzyło mi się nie raz zamówić próbki zapachów, które już testowałam; zdarzyło mi się nawet przeżyć świeży, spontaniczny zachwyt perfumami, które (jak się okazało) recenzowałam. Łatwiej mi rozebrać zapach na nuty, niż nazwać.
    I mam świadomość, że nie jest to wyłącznie mój problem. Znam perfumomaniaków prowadzących dzienniki zapachowe zawierające krótkie notki o wszystkich testowanych perfumach - właśnie ze względu na niemożność zapamiętania nie tylko szczegółów kompozycji i własnych o niej opinii, ale nawet samego testowania.
  • Najważniejszym problemem jest jednak kwestia ostatnia: wyraźna różnica między zapachem perfum aplikowanych z lanej próbki, a zapachem perfum rozpylonych na skórę z atomizera. Wiedziałam, że istnieje. Temat poruszany był wielokrotnie na forach i na spotkaniach perfumeryjnych. Wykonywałam testy porównawcze tych samych perfum aplikowanych na różne sposoby - zawsze jednak wiedząc, że to te same perfumy. Tym razem, zupełnie przypadkiem, okazało się, że sposób aplikacji nie tylko zmienia natężenie nut, lecz także może wywrócić piramidę zapachową do góry nogami. Stłumić nuty otwarcia, wyciągnąć do przodu nuty z bazy, ogrzać albo wychłodzić zapach.

To rodzi pytanie: czy testy z lanych fiolek są miarodajne?
Co robić, jeśli nie mamy dostępu do flakonu lub próbki z atomizerem?
I wreszcie - czy nie należałoby zrezygnować zupełnie z recenzowania perfum sprzedawanych we flakonach z atomizerem, jeśli nie mamy dostępu do próbki aplikowanej analogicznie.
Oraz odwrotnie - czy recenzje pałacowych Lutensów pisane na bazie odlewek z atomizerem mają sens?
A jeśli zdecydujemy, że sens mają, to czy nie należałoby pod recenzją dodawać jeszcze jednej informacji? O sposobie aplikacji.

Ciężki los maniaka...

16 komentarzy:

  1. Taaak. Na mniejszą skalę zauważyłam ten sam problem w przypadku arabskich olejków. Zakochana na zabój w Twin Flowers, którego próbkę używałam przez ponad rok, drżącymi rękami odmierzając mikroskopijne krople na skórę, ciesząc się ciepłym, ale budującym dystans zapachem, kupiłam całą flaszkę. Nie oszczędzając na pierwszej aplikacji w zasadzie wykąpałam się w tym olejku i wyszedł z niego morderczy T-1000 - zimny, stalowooki, z maczetami zamiast rąk, bez serca, obcy. Jak żyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twon Flowers! Zapamiętać!
      Nie wiem, czy chciałabym używać, ale testowanie T-1000 kusi strasznie.

      Mam to samo. Dlatego nie lubię pisać recenzji z próbek. Bo żeby poznać zapach trza go ponosić. Ze dwa razy, najlepiej globalnie. A jak nosić globalnie z próbki o pojemności 1 mililitra? :(

      Usuń
  2. Ja przelewam do probek z atomizerem robię tak w 99% przypadków kosztuje to dodatkowe opakowanie i czas bo trzeba podpisać. Nie cierpię lanych próbek, nie lubię otwierania ich, pachnących palców i tego ze tez uważam ze nieco inaczej pachną. Probowalas z lanej przelać do sampla z atomizerem i psikane prownac? Tak sobie mysle ze może czasem po prostu to na jaki dzien trafi tez ma wpływ. Mogłabym wymienić dziesiątki zapachów, które diametralnie różnie odbieralam za pierwszym i kolejnym z kolei razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często przelewam. Ale w tym przypadku dostałam maleńkiego sampla, i to niepełnego. na zdjęciu widać różnicę. no nic. Trzeba odrzucać takie próbki. Po prostu. Testować pobieżnie można, ale do recenzji będę brała tylko te duże. W ten sposób odpadły mi właśnie Fetish męski i Ryder Ex Idolo, który mam już do połowy napisany.
      Nota bene z tego powodu nie ma u mnie recek większości marak dostępnych w Mood Scent Barze. Z Orto Parisi włącznie. Mam próbki, ale są malutkie, bez psikaczy i po prostu nie mam do niuch sił...
      Recenzowałam od nich tylko Liquides Imaginaires, bo mieli porządne, firmowe próbki z atomizerem.

      Usuń
  3. Czytając twój wpis,do głowy przyszedł mi pomysł by używać pipety do perfum lanych, przynajmniej ilość kropli była stała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie lubię lanych próbek, bo w ten sposób zanieczyszcza się perfumy. Jak widzę, jak ktoś dotyka fiolką palcem (brudnym??) to mnie ciarki przechodzą...
    Piszesz o tym, że testowałaś już tyle zapachów, że sama już ich nie pamiętasz. To normalne zjawisko - w moim przypadku bardziej adekwatne byłoby powiedzieć tak o książkach, których czytam dużo. Wprawdzie rzadko zdarza mi się zapominać, że w ogóle daną książkę czytałam, ale szybko zapominam jej treść. I dlatego dziękuję Bogu za takie portale jak Lubimy Czytać, gdzie można sobie wszystko zapisać - a zanim LC się pojawiło, notowałam sobie wszystko w kajeciku. W pewnym momencie bez notowania po prostu nie można się obejść, bo człowiek nie jest w stanie spamiętać wszystkiego. Taki los maniaka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten ból i z książkami. Są takie, które we mnie tkwią, które pamiętam, z których "jestem zrobiona". I takie, o których że czytałam przypominam sobie dopiero, kiedy czytam po raz drugi.
      Nie poczynię tu żadnego wielkiego wyznania, bo na SoS bardzo to widać, ale jestem czytaczem. Od lat. Od zawsze. Nieodwołalnie, nałogowo i bez żalu. Żałuję tylko zapominania...

      Usuń
  5. Coś w tym jest.
    Testowałam Baume du Doge z próbki. Mając w pamięci Twoją recenzję, zaczęłam „szukać” dentysty. Pierwszy niuch, zero. Myślę, jest dobrze. Drugi niuch, zero. Jest pięknie. Trzeci niuch, są moje. Szybciutko pojawiła się cała flaszka. Jeden psik, drugi psik…….no nie, dentysta pełną gębą.
    Teraz nie pozostaje mi nic innego jak czekać aż dentysta pójdzie precz, coby móc wyjść do ludzi :)
    I bądź tu mądry człowieku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świat jest pełen pułapek. Jak żyć? Jak żyć?

      Usuń
  6. A gdybyś laną próbkę przelała do próbownika z atomizerem? Może to by pomogło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robię tak czasem. Ale czasem one są po prostu za małe.
      Tu na zdjęciu widać - fiolka ma militr jakoś. Nie była pełna. Przy przelewaniu płyn zostaje na ściankach. A potem zostanie jeszcze na ściankach i w atomizerze drugiej fiolki. Nie ma z czym poszaleć.

      Usuń
    2. W takich sytuacjach to faktycznie nie ma pola do manewru :(

      Usuń
    3. No własnie. Pytanie, co robić? Może przy takiej ilości próbek nie warto się szarpać ze recenzjami czegoś, czego mam mililitr...

      Usuń
  7. W pełni się zgadzam z tym sugerowaniem się opisami z internetu. Ja sugerowałam się nie tyle nazwami i opisami producenta, co recenzjami. Naczytałam się recenzji perfum, po których ludzie widzieli smoki i czeluści piekielne, a później było rozczarowanie. Black Tourmaline pachniał na mnie jak maść na kontuzje, Dhanal Oudh Nashwah Rasasi bynajmniej nie przywodził na myśl sukkuba (recenzja z wizażu), a jesienny wieczór pod kocykiem z ciepłą herbatką, Nokhba to ciepłe kluchy a nie hardcore, French Lover pachnie jak tanie męskie perfumy z kiosku, Cardinal na którego napaliłam się po recenzji Piratha pachniał świeżo wyprasowaną pościelą. Poza tym nawet perfumy, które mi się spodobały, zaczynają po jakimś czasie inaczej pachnieć. Zachwyciłam się Rashą, to był naprawdę piękny i wielowymiarowy zapach, a jak po zużyciu próbki zamówiłam większą pojemność, zaczęła pachnieć jak suszone daktyle. Chyba muszę zmienić taktykę wyboru zapachów, bo każdy inaczej je odbiera i ma inne skojarzenia. Na szczęście już trafiłam na kilka takich, które zrobiły na mnie wrażenie i mam punkt odniesienia, jednak nawet wybieranie po nutach nie zawsze się sprawdza.
    P.S. Zdjęcie wymiata :) Też mam czasem taką minę, jak zapach perfum okaże się zupełnie inny niż sobie wyobrażałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie przejmuj się! Przecież jesteś człowiekiem, to nic takiego. Dzięki temu dowiadujemy się, że zapach to nie tylko matematyka i chemia... To dziedzina na krawędzi parapsychologii, metafizyki i alchemii.

    Jeśli ktoś posiada różne zdania na temat danego dzieła, to dowodzi temu, że te dzieło jest dobrze wykonane :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...