poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Takie Nic to jest coś - Rien i Rien Intense Incense Etat Libre d'Orange


Rien znaczy tyle co nic. Nic nie szkodzi, nic się nie stało... Nic a nic. Rien du tout.

A ja wam powiem, że wcale nie nic. Że stało się. Całkiem dobre, niebanalne, niegrzeczne perfumy się stały!


Rien


Wiecie, jak to jest, kiedy w towarzystwie wymknie się Wam słowo na Ka? Albo inne. Na przykład takie na Pie?

Towarzystwo wówczas robi dobrą minę i powiada, że nic się nie stało. Nic a nic. Że drobnostka. Albo z goła nic nie mówi, bo przecież nic się nie stało. :)

Z Rien jest dokładnie tak: użyjemy sobie grzecznych trzech psików wcale drogich perfum pozornie nobliwej francuskiej marki o długiej i bardzo po francusku brzmiącej nazwie.
Gdzieś z tyłu głowy wybrzmiewa Francuski Słowik śpiewający, że nie żałuje niczego. Niby słowik noir i schrypnięty, ale jednak to już kanon i nikogo nie szokuje.
Za to Rien...

Szokuje.

Po naciśnięciu atomizera z flaszki wyskakują nuty animalne - spocone jak baba w futrze i bezczelne jak baba w futrze. I piękne... jak niesamowicie atrakcyjna baba w futrze!


Rien jest retro i nowoczesny zarazem.
Piramida zapachowa poskładana jest jak w najbardziej klasycznych perfumach vintage:
- charakterystyczny aldehydowy szczyt zapachu
- wyraźnie kwiatowe serce poskładane z retro róży na retro irysie
- wczesna, wysoka baza utoczona z potężnego, skórzastego akordu żywicznego posypanego przyprawami.
Tyle, że każdy z tych akordów jest na spidzie.

Aldehydy nafaszerowane extasy biją w niebo wyziewami przypominającymi spaliny, nie perfumy.
Kwiatowe serce pękło z udręki i ekstazy i spędziło noc w krzakach. Nie samo.
A baza... baza do teraz nie wróciła do domu. W najlepszych ciuchach i naszyjniku z dużym diamentem imprezuje od tygodnia. Bez kąpieli.


Rien to nie są perfumy dla mięczaków. Kłaniają się najlepszym tradycjom światowego perfumiarstwa: zakopconej Habanicie, bezczelnemu Bandycie, wielkim divom lat '70 (Opium) i '80 (Obsession) ubiegłego wieku.

Takie zamaszyste ukłony to ja, k**wa, rozumiem!


Data premiery: 2006
Twórca: Antoine Lie

Nuty zapachowe:
aldehydy, skóra, irys, bursztyn, paczula, mech dębowy, kadzidło, róża, styraks, labdanum, kmin rzymski, czarny pieprz


Rien Intense Incense


Rien Intense Incense bywa na tych samych imprezach, ale czas na nich spędza inaczej.

Po pierwsze zamiast futra zakłada skórzaną kurtkę. W jedynie słusznym kolorze. Mniej się poci, mniej mówi,  ale za to więcej pali. I zdecydowanie bardziej starannie wybiera "znajomości" do konsumpcji.


Przerzucenie głównego akcentu z akordu skórzasto animalnego na akord dymny sprawia, że kompozycja staje się nieco mniej kontrowersyjna, nie tracąc mocy i charakteru.

Poza tą drobną zmianą balansu wszystko pozostaje tak samo. Porzeczka i imbir w nutach głowy to zabiegi w rodzaju... listka porzeczki do kożucha. Bez znaczenia.


Jeśli potraktujemy Rien jak perfumeryjne faux pas - jak, przysłowiowy już, wyraz na Ka w towarzystwie, to Ren Intense Incense brnie dalej.

Rien Intense Incense wpada na imprezę, robi relatywnie dobre wrażenie (przynajmniej w porównaniu do starszej siostry), po czym wypala z wyrazem na Ka. Tyle, że Rien Intense nie daje nikomu szansy na zatuszowanie sprawy, wykrzykując z bezbrzeżnym zdumieniem:
- O ja pie**olę, powiedziałam k**wa!


Uwierzcie albo nie, ale wolę młodszą siostrę. :)


Data premiery: 2014
Twórca: Antoine Lie

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: aldehydy, czarna porzeczka, jałowiec, czystek
Nuty serca: olibanum, róża, czarny pieprz
Nuty bazy: irys, kadzidło, skóra, ambra, mech dębowy




* Na wszystkich zdjęciach niezapomniana i niezapominalna Joan Collins.

12 komentarzy:

  1. Swego czasu zafascynowany byłem ogromnie starszą siostrą.
    Trochę zużyłem kropli zanim się opamiętałem.
    Zapach nokautuje otoczenie, a swym rozmachem zabiera przestrzeń oddychającym...

    Uwielbiałem ubierać kiedy byłem wewnętrznie niegrzeczny. I od zawsze pasowało mi do Rien jedno słowo - perwersja.
    Teraz emocje znscznie opadły. Niedawno, niemalże zapomniany dostałem strzała i nieco się przestraszyłem... ;-)

    Na specjalne okazj, gdyż Jean Baptiste maczał w tym palce, nos, czy coś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy coś... ;)
      Zgadzam się, że nie są to zapachy w typie "do ludzi", ale ja lubię dziwolągi. Już wielokrotnie pisałam, ze wolę jak coś śmierdzi z charakterem, niż pachnie banalnie. :)

      Usuń
  2. "Baba w futrze" mnie zabiła :-D Cudna recka!
    Dziękuję! :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baba w futrze to dla mnie taki archetyp. Z jednej strony przygnębiający, ale z drugiej wcale nie, bo przecie,z świat się zmienia i bab w prawdziwych futrach coraz mniej...

      Usuń
  3. K....a, jeszcze nie poznałam 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto. Choć efektów nie podejmuję się przewidywać. :)

      Usuń
  4. Uwielbiam Rien II, chociaż psuje mi reputację ;)
    A pierwszego Riena nie znam, zawsze myślałam, że czarny to po prostu lepsza wersja! Teraz zaś nabrałam ochoty na pierwszą wersję w ciemno. To przecież nic :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Spaliny zamiast perfum zrobiły mi dzień :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś trzeba było napisać, że to dziwne jest. Swoją drogą, dobrze, ze nie czyta tego bloga żaden psychiatra. Moje porównania mogłyby zakwalifikować mnie do jakiejś obserwacji czy co... ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...