Paper Passion: Gerhard Steidl, Wallpaper, Karl Lagerfeld i Geza Schoen

Dziś nikogo nie zaskoczę.

Na ten zapach czekałam i dowiodłam tego w czerwcu. Jeśli chcecie poczytać o pomyśle i kampanii marketingowej, zapraszam tu: KLIK. Tym razem bez rozbudowanych wstępów i intelektualnych gier, przedstawiam Wam Paper Passion – perfumy o zapachu nowej książki.

Także bez podchodów i suspensu wyjawię, że moje spekulacje dotyczące rozpuszczania w spirytusie farby drukarskiej się nie sprawdziły. Geza Schoen okazał się jeszcze mniej oryginalny. Wygląda na to, że Gezie spełły fajle (spełła fajla?). Do flakonu wpakował bowiem nie coś, co pachnie książką (nawet po najmniejszej linii oporu), lecz po raz kolejny syntetyki, które tak znakomicie sprawdziły się w zapachach Escentric Molecules.

Czymże jest nazwa? To, co zwiemy różą,


Pod inną nazwą równie słodko by pachniało.*

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po zaaplikowaniu na skórę testowego psika Paper Passion było… wspięcie się na pufę.

Mam bowiem na najwyższej półce najwyższego regału, w miejscu wydartym bujnie rozrastającej się bibliotece, pudło zawierające czyste olejki zapachowe, czystą perfumeryjną chemię i substancje zapachowe w stanie surowym (szczapki drewna, żywice i grudy kamfory w słojach, suszone listki w strunowych woreczkach). Z pudła owego wyjęłam to:

Paper Passion brzmi jak kolejny odcinek Ekscentrycznych Molekuł. Jak substancje chemiczne troskliwie i z wyczuciem tworzone po to, by pachniały. Cashmeran, ambroksan i ISO E Super. Zapach czysty, bezpieczny, na wpół intymny, na wpół wzniosły.

Pod lekkim, jasnym woalem utkanym z wonnych molekuł ambroksanu i ISO czai się pozornie tylko złożony akord drzewny – cashmeran. I być może odrobina olejku sandałowego, albo jakiejś innej sprytnej chemii.

Najniższą warstwą zapachu jest nuta zawieszona w pół drogi między korzeniem irysa a nasionami marchewki – dolna część zapachowego spektrum cashmeranu wyraźnie oddzielona od jasnej, „górnej” części tej urodziwej i złożonej woni. Delikatna, ledwo wyczuwalna słodycz atramentu przez lata zamkniętego w pękatym, zamykanym drewnianą śrubą kałamarzu.

Trudno jest miłośnikowi książek ocenić tę kompozycję. Serce rwie się do kochania, ale rozum nijak nie chce ulec wizji. Paskudna zrzęda, zamiast upajać się pięknem drzewnych aromatów, zamiast malować upojne wizje wielkich bibliotek, przestrzeni wypełnionych tysiącami książek, z uporem analizuje skład i kataloguje składniki. I złośliwie przypomina, że pan Schoen nie pierwszy raz sprzedaje tanie chemikalia za duże pieniądze. Tylko tym razem opakowane nie tylko w marketing, ale też szalenie atrakcyjne pudełko w kształcie książki.

Nie będę twierdziła, że zapach jest nieładny. Ładny jest. Bardzo ładny nawet. Subtelnie drzewny, z nutą przypominającą czerpany papier (ISO E Super), jasny i miękki (ambroksan), piżmowo – paczulowy ze śladem akcentów przyprawowych (cashmeran). Na dłuższą metę nieco nużący – podobnie jak Molecule 01 czy Molecule 02 (będące analogicznie: rozrobionym w spirytusie ISO E Super i ambroksanem) świetnie sprawdza się złożony z innymi perfumami. Jakimiś prawdziwymi, skomponowanymi, nie poskładanymi z trzech klocków. 

Aż chce się rzec:

– No, ładnie (Schoen to po niemiecku ładnie, ładny), ale czy ja chce za to płacić?

Trudno bowiem przy okazji tego ładnego, świetnie promowanego zapachu nie wrócić do rozważań o istocie perfumeryjnej sztuki.

Czy gipsowy odlew buta jest rzeźbą? Czy czerwona kropka na białym tle jest obrazem? Czy jedna (albo trzy) rozcieńczone spirytusem substancje chemiczne to perfumy? Czy Geza Schoen jest perfumiarzem? I wreszcie: czy Papper Pasion bez całej tej sprytnej kampanii reklamowej rzeczywiście kojarzyłoby się z zapachem papieru, książek czy chociażby atramentu?

Nisho – dziękuję za próbkę!

Data powstania: 2012
Twórca: Geza Schoen

* William Szekspir: „Romeo i Julia”

Źródła ilustracji:

  • Autorem fotografii pod tytułem „Stary kałamarz z piórkiem” jest Rafał Babczyński – zdolny polski fotograf publikujący w sieci także pod pseudonimem Rdza. Galerie jego prac znajdziecie między innymi na www.rdza.personalart.pl. Polecam. Polecam bardzo gorąco! W sumie wręcz namawiam. 🙂
  • Pozostałe zdjęcia ze strony poświęconej Paper Passion na portalu Fragrantica: KLIK.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

41 komentarzy o “Paper Passion: Gerhard Steidl, Wallpaper, Karl Lagerfeld i Geza Schoen”

  1. Coś głęboko we mnie bardzo jest niechętne Paper Passion. Toż to czysty konceptualizm, efekciarski pomysł skierowany albo do prawdziwych miłośników książek, którzy, do tego, doceniają ekscentryczne pachnidła albo do snobów i bufonów gotowych zapłacić duże pieniądze by przekonać otoczenie, że ich intelektualizm jest tak głęboki, że aż się w zapachu wyraża.
    Coś mi mówi, że marektingowyn targetem jest raczej druga z tych grup.

    1. Trzyrybko, ja mam jeszcze gorzej. Coś głęboko we mnie jest niechętne Schoenowi. I wiem czemu. Pierwsze Molekuły jako koncept mnie olśniły. Swoją bezczelnością, okrutną kpiną z perfumeryjnego snobizmu i głupich klientów. Ale nie chciały na mnie pachnieć. Może faktycznie chemia nie ta, a może jestem za mało podatna na sugestię?
      I z jednej strony zdaję sobie sprawę, ze drwina jest tym okrutniejsza, a zabawa tym bardziej ekstremalna, z drugiej… liczyłam na to, że przeżyję te wszystkie uniesienia, jakie opisywali miłośnicy Molecule 01.
      Teraz mam flakon Molecule 02 i nie noszę, bo one mają podobną właściwość, co jedynka: wszyscy wokół czują je lepiej, niż ja. Ale też niezbyt wyraźnie. kiedy pytam, czy pachnę, miny mają pytani raczej niewyraźne. A komplementów zaliczyłam zero. Nul.

      Paper Passion pachnie wyraźniej. Ale nie za skóry, tylko z ubrania. Bardzo chciałam je pokochać. W końcu książka… Ale wąchając je czuję tylko kolejny Schoenowy dowcip.

  2. Brulion malarski. Justyna Neyman

    Wąchałam wczoraj to cudo i zapach bardzo mi się podobał, ale byłam mocno zawiedziona, że wcale nie kojarzy mi się z książkami ani drukiem. Wielka szkoda, bo TAMTEN zapach byłby czymś, za co być może dałabym się pokroić. A tak- owszem, chciałabym go mieć i nawet używać, ale nie za taką cenę.
    Uważam jednak, że ktoś się pokusi i stworzy prawdziwy zapach nowej książki. To musi się stać.
    Justyna N.

    1. Ju, mam nadzieję, że jesteś dobrym prorokiem., W epoce wszechobecnych czytników zapach książki we flakonie mógłby być niezłym gadgetem sentymentalnym.
      Ja na razie mam wieeeelkie składowisko papierów w domu. Ale kto wie, czy kiedyś, kiedy już wszyscy przerzucimy się na Kindle, nie zatęsknię…

    1. Raczej prowokator. Genialnie bezczelny marketingowiec, łamacz stereotypów, burzyciel porządku.

      Tyle, że takie rzeczy są nowatorskie tylko raz. Powtarzanie po raz kolejny i kolejny… Tracą urok i sens. Przekaz staje się pusty. Ot, nabijanie kasy kosztem frajerów, którzy zamiast kupić baniaczek Cashmeranu i ambroksanu namieszać sobie w domu parę litrów tanich perfum – zapłacą za opakowanie i marketing.

      Masz rację – szkoda… że to nie zapach książki. Ale nie wierzyłam, ze Schoen potrafiłby go zrobić. Do tego nie wystarczy bycie marketingowcem. Nawet genialnym.

  3. Jako miłośniczka książek powiem tak: jeśli będę miała ochotę na zapach książki wówczas otworzę jedną z nich, przekartkuję, wezmę kilka wdechów i będę zadowolona. Natomiast nie jestem pewna czy chciałabym pachnieć jak książka 😉

  4. wiedźma z podgórza

    Czyli Geza znowu się wycwanił? Naprawdę, pomysł z Molekułami zachwycił mnie a-perfumową prostotą (czytaj: bezczelnością :] ), dalsze części cyklu też byłam skłonna zaakceptować jako zwykłe pójście za ciosem; ale dlaczego, na bogów, wszystkie jego projekty mają kończyć się na graniu maniakom na nosach? Chyba rzeczywiście chodzi o dopieszczenie pewnego specyficznego gatunku snobów; takich, których nie bawi już ostentacja, złoto kapiące z gadżetów ani wymiana auta co sześć miesięcy, za to wolą się wyróżniać w sposób mniej konwencjonalny. Coś w stylu: "zamiast na Seszele, w te wakacje wybierzmy się na Antarktydę" (którą chętnie bym odwiedziła, swoją drogą 😉 ).

    Co do zapachu książki, miałam gdzieś maleńką ilość In the Library Brosiusa, ale gdzieś się zapodziała. Od kilku miesięcy nie mogę znaleźć. 🙁 Poza tym uważam, że Herr Schoen niepotrzebnie zabierał się za projekt poświęcony zapachowi książek, skoro całą bibliotekę daje się wyczuć w iso e super. ;> Tym rozcieńczonym, Molekułowym, nawet bardzo. 😀
    Steidl chyba zaprosił do projektu złą osobę.

    1. Wiedźmo, mam takie same odczucia. Nie wiem, czy napisałam to wystarczająco dobitnie, ale tak: bezczelna kpina z klienta w postaci taniego ISO E Super za grubaśną kasę była odświeżająca i zabawna. Ale ileż można?

      In the Library mam odlewkę i recenzowałam. jest biblioteka. Tyle, że dla mnie ciut za wilgotna. :)))

  5. Ależ szanowna Sabath.Jeśli masz te wszystkie olejki i chemiczne i naturalne i jeszcze naturalne składniki to zapewne też wiesz że 90% aktualnie sprzedawanych perfum to tylko chemia,czasem piękna a czasem nie, ale z naturą nie mająca nic wspólnego.Często komponuję na własny użytek zapachy i wiem dobrze jak trudno z naturalnych olejków uzyskac pozytywny efekt nie wspominając o nieestetycznym zmętnieniu.Z chemicznych odpowiedników wszystko prawie się udaje i daje klarowny czysty w odbiorze roztwór.Twórca tej bibliotecznej nowości nie był inny użył chemii jak większość.Jeśli ładne to nie ma się czym przejować)

    1. Tu nie chodzi o to, czy ładne. Raczej o to, że ten sam pomysł, który stanowi o wyjątkowości Molecule 01 i jako kontynuacji konceptu – Molecule 02 czy nawet 03, powielany po raz kolejny traci świeżość. I atrakcyjność.
      A my dostajemy po raz kolejny to samo – substancję, którą trudno nazwać perfumami, nie wymagającą od twórcy umiejętności perfumiarskich, tylko pomysłu na marketing. I którą, dodatkowo, możemy sobie kupić za niewielkie pieniądze w większym lub mniejszym baniaczku.
      Bezczelny koncept Schoena jest uroczy, ale tylko raz. Powielony staje się troszkę żałosny (i mam tu także na myśli powielanie przez inne fiorny, na przykład Not a Perfume).

      Co do składników perfumeryjnych: nie jest prawdą, że "90% aktualnie sprzedawanych perfum to tylko chemia". Nie wiem, na podstawie jakich badań przytaczasz te procentowe dane, ale obawiam się, że nie są rzetelne.

      Faktem jest, że większość (szacuję, że jeśli liczymy razem z utrwalaczami zapachu to nawet więcej, niż 90%) perfum zawiera substancje pozyskiwane laboratoryjnie, czyli tak zwaną chemię. Czasem są to chemiczne kopie naturalnych substancji zapachowych, czasem substancje nowatorskie, o własnych, oryginalnych aromatach – jak w tym przypadku. Niewiele jest jednak takich, które nie zawierają żadnych substancji naturalnych. A jeszcze mniej takich, które zawierają tylko jeden, dwa, trzy popularne, świetnie rozpoznawalne związki chemiczne. I w tym sensie dziwolągi Gezy są faktycznie oryginalne. Tyle, że (wracając do pierwszego akapitu), ileż razy można sprzedawać to samo?
      No wiem, wiem… Dopóki ludzie będą płacić. A płacić będą, bo marketingowcem jest Schoen świetnym. 🙂

      Dziękuję za interesujące stanowisko w kwestii chemii w perfumach, mam nadzieję, że moja polemika nie zniechęci Cię do dyskusji. 🙂

  6. Pomysł na zapach niezły, ale czy chciałabym pachnieć jak zasuszona bibliotekarka?
    Wątpliwe 😛
    Ale zapach nowych pieniążków byłby bardzo ciekawy 🙂

    1. Nowe pieniążki. Brrr… 😛
      Czy chciałabym pachnieć, jak biblioteka, czy ksiazka nie wiem. Ale wiem, że chciałabym taki zapach mieć w maleńkiej buteleczce. Do "mania".

  7. Szkoda, ale chyba tego się spodziewaliśmy?
    W takim razie nadal będę spokojnie marzyć o zapachu starej, zakurzonej, biblioteki, pełnej starych pomalowanychch czarną lśniącą farbą regałów, starych pergaminów, ksiąg oprawionych w wypłowiałą skórę, zwietrzałych, połókłych kart i starej farby drukarskiej. Może kiedyś się doczekam.
    Lubię wąchać pojedyncze składniki. Lubię ISO-E Super, kasmeran, evernyl, absolut mchu dębowego itd. I lubię w tych zapachach to, że nie jest do nich potrzebna żadna oprawa, wystarczy apteczna fiolka. Że można je za niewielkie pieniądze kupić w sklepie z chemikaliami. Dlatego o ile podziwiam kunszt marketingowy wytworów Shoena (jestem chemikiem i nie mam pojęcia o marketingu), korzystanie z nich budzi mój opór.
    Na koniec przemyślenie z innej beczki: cieszy mnie (jako chemika), że w kręgach perfumeryjnych prawie nie ma rozróżniania na "naturę" i "chemię", że nikt nie pisze, że ten czy inny zapach "to tylko chemia", Że nie ma tu tych wszystkich konsumenckich bzdur o toksycznej chemii. Bo przecież natura to też chemia. Tylko czasem mniej czysta.
    Kurde, mam zaległą recenzję o Mefisto, a ponieważ chciałabym ją przeczytać z odpowiednim "namaszczeniem" to zupełnie nie mam kiedy 🙂

    1. Spodziewaliśmy się (my – Sabbath) kolejnej sztuczki. Tyle, że miała to być sztuczka nowa, a nie stara. :/

      Też lubię czyste składniki. Kasmeranem (to się tak spolszcza, bo sama się gubię) nawet pachniałam kiedyś., Układał się jak te perfumy. Flakon Molecule 02 mam i raczej mieszam z innymi, ale noszę. Bo (nawiązując do trzeciej części Twojej wypowiedzi), dla mnie najważniejszy jest zapach. Kwestia, czy substancja jest pochodzenia naturalnego, czy nie jest drugorzędna. czasem nawet wolę syntetyczny odpowiednik, bo odłów waleni niekoniecznie budzi mój entuzjazm.
      I oczywiście masz rację – natura to też chemia. Eugenol naturalny pachnie jak syntetyk. Kamfora też. Zapachy z serii Synthetic bazują na bituminach czy smole, choć jedno i drugie jest pochodzenia naturalnego. Dobrze o tym pamiętać. 🙂

  8. Tata pisze blog

    Jak długo można czytać bloga i niczego nie skomentować? Długo 😉 Co do oceny zapachów nie mam odwagi się wypowiadać, choć temat jest mi poniekąd bliski, ale marketing… 🙂 Cóż. Też byłem ciekaw, co wyjdzie z tych perfum. I jak piszesz: wyszedł marketing. Nie ganiłbym już teraz twórcy za nazwę (skądinąd zbyt sugestywną i moim zdaniem co najmniej ryzykowną), a li tylko za słaby efekt. Za takim przedsięwzięciem czy też projektem musi iść marketing, i ryzyko. Jeśli te perfumy odniosą sukces, to będzie to zwycięstwo marketingu nad kompozycją, jeśli przepadną, to, w przypadku takiego przedsięwzięcia, będzie to porażka marketingu 🙂 W drugiej kolejności: zapachu 🙂 Sukces nigdy nie jest gwarantowany 🙂

    1. Witaj Petroffie, cieszę się, ze się odezwałeś.
      Nie będę polemizowała z Twoją opinią – marketing jest bardzo ważny. Nie tylko w przypadku perfum tak nietypowych, jak dzieła Schoena, ale i w przypadku perfum selektywnych.
      Mam sporo podziwu dla marketingowego talentu Schoena. Jego perfumy to swego rodzaju performance – idea, która sprzedaje coś prostego. Prostego celowo, albo nie, ale trudno zaprzeczyć, ze wirtuozem pipety ten pan nie jest. I jest na tyle inteligentny, by zdać sobie z tego sprawę – sprzedaje więc pomysły, nie zapachy.

  9. Trochę to jak z filmem o wiedźmie z Blair i projekcie grupy młodych ludzi… Film w gruncie rzeczy taki sobie ale poprzedzony perfekcyjną akcją reklamową…
    A potem taki trend w filmach grozy na "dokument" kręcony "z ręki" i poprzedzony informacją o inspiracji prawdziwymi wydarzeniami. To ostatnie, zresztą to chyba w "Fargo" Cohenów było pierwsze… Nieważne, bo ja nie o tym… 🙂

    Z czym mamy do czynienia? Marketing i rzemiosło ale nie sztuka. Bo sztuki nie robi się masowo. W przedmiot- dzieło sztuki- artysta wplata część siebie, swoją pasję. Nieważne czy z pod jego ręki wychodzi miecz, gliniana czarka czy perfumy…

    Hmmm… Lubię zapach róż i lubię zapach książek- zwłaszcza tych starych, zalegających na półkach. Szkoda, że "Piękny" nie zrobił arcydzieła na miarę akcji promocyjnej. Kolejny dowód na to, by książki nie oceniać po okładce a perfum po pięknym opakowaniu.

    Łącząc ukłony

    Zielony Drań (T.M.)

    1. O tak. "Blair Witch Project" miało genialną akcję marketingową. Niestety, filmu ona nie ratuje – wciąż jest słaby. Ale pomysł fantastyczny.

      Bon mot o ocenianiu po okładce/opakowaniu sobie zapamiętam. Dobra analogia.

    1. Dziękuję Reniu, już pędzę dziękować we właściwym miejscu.
      Przepraszam, ze tak późno – dopiero dziś się ogarnęłam.

  10. Lusterko Em

    Opakowanie jest cudne. No cudne po prostu. Mogłabym je postawić na toaletce. Nie wiem jednak, czy jestem zainteresowana samym zapachem. Po Twoim opisie chyba jednak nie…

    1. Zgadzam się. Opakowanie cudne. Gdybym teraz wrzucała posty o najpiękniejszych opakowaniach perfum to Paper Passion i Eight & Bob na pewno by się w nich znalazły.

  11. I czar prysł.zaczęłam czytać w nadziei ze zapach jednak sprawi ze poczuje się jak w księgarni, co,, zawiodłam się. A szkoda. Bo kocham zapach książek, jak wariatka przytulam i wacham nowa książkę od razu po zakupie. Taki mój fetysz.
    Opakowanie jest urocze, na pewno z przyjemnością otrzymalabym takowe cudeńko, szkoda tylko ze zostalabym przy okazji obdarowana czymś co mija się z idea.
    Sciskam w poniedziałek, aj hejt mondejs 😉

    1. Odpowiadam w czwartek. czwartki to prawie piątki.
      Do umiłowania zapachu książek też się przyznaję. Wącham. Wącham zawsze.

  12. Kolorowy Pieprz

    Kolejny raz w uszach brzmi…nie oceniaj ksiazki po okladce:) i tu okazuje sie powiedzenie sprawdzone po raz kolejny. Niby- nisza z tasmy produkcyjnej?

    1. Raczej z galonu z fabryki chemikaliów. :]

      Zielony drań napisał wyżej: "Nie oceniaj książki po okładce, a perfum po flakonie." Takie tematyczne rozwinięcie powiedzenia…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Podróbka w moim domu

Odwiedziła mnie ostatnio znajoma. Fajna, mądra, ogarnięta babeczka. W pewnym momencie spojrzała na mnie z miną wielce zafrasowaną i, wskazując na jeden z leżących na

Czytaj więcej »