niedziela, 4 stycznia 2009

Gucci Rush for Men

Najpierw zagajenie. To powoli staje się tradycją. :-)
Otóż kilka mam powodów ku temu, by tę recenzję zamiesić. Po pierwsze dlatego, że zostałam uwiedziona tym zapachem przez pewną Osobę, której poprzedni wspaniałomyślny dar potraktowałam tu niezbyt dobrze. Po drugie obiecałam pewnemu P. recenzje zapachów mniej egzotycznych, niż zwykle. Po trzecie wreszcie dlatego, że Rush jest po prostu piękny i pewnie i tak chciałabym o nim napisać.

Ten zapach ma skrzydła.
Pierwszy akord daje wrażenie szybowania w bezruchu nad lśniącym od porannej rosy borem w pierwszych promieniach słońca. Owiany zapachem Rush człowiek nieomal czuje wstępujący prąd powietrza unoszący go nad ziemię, dający poczucie czerpania z zapachu mocy... Niesamowite wrażenie żywicznej, czystej przestrzeni.

Cyprysowa przestrzenność zapachu przypomina mi nieco chłodne, wypełniające powietrzem płuca nuty z Hinoki i Serge Noire, tym razem jednak wraz z cyprysową żywicą wpleciono w ten chłód świadomość obecności pełnego życia lasu w dolinie.
Rush od pierwszych, do ostatnich nut ma w sobie moc potężnych, strzelistych sosen, z których później zbudowana zostanie cerkiew, którą odnajdujemy w Zagorsku CdG. Tylko tutaj, te drzewa wciąż żyją, rosną, sięgają do słońca. W ich gałęzie wpleciony jest wiatr, żywiczne krople połyskują nie w blasku świec, lecz w mokrym świetle budzącego się dnia.

Naprawdę nie sądziłam, że zapach z tak wyraźnie lawendowym otwarciem może mi się spodobać. Nie sądziłam, że ten poranek tak mnie zachwyci... A jednak. W Rush chłód nie jest przejmujący, nie jest nieprzyjemny. Opływa ciało nie budząc dreszczy, jest ogrzany blaskiem kładącym się na skórze jak coraz intensywniej odczuwalne plamy słońca, jak obietnica pięknego dnia.

W miarę rozwoju zapachu nuty drzewne stają się głębsze, mniej "iglaste" - do głosu dochodzi osuszający wilgotne otwarcie cedr, a we wcześnie, niemal równocześnie z nutą serca ujawniającej się bazie czai się kremowy, miękki, futerkowy sandałowiec i słodko-aromatyczne drewno, które w nutach zidentyfikowano jako okoume, a mnie jako żywo przypomina olejek z baobabu, którego zapach tak lubię w mleczku do ciała z serii Powitanie z Afryką Bielendy. Dymna nieco drzewność przypomina mi pod względem gładkości Wenge Donny Karan, a pod względem sposobu ułożenia nut drzewnych znów Hinoki.
Całe to opisane powyżej bogactwo oparte jest na czającym się w głębi zapachu połączeniu wciąż obecnych, choć dyskretnych nut żywicznych z krztyną nieinwazyjnie miękkiego piżma. Po paru godzinach na samym dnie udało mi się odnaleźć głęboką choć wiotką nutę ciemnych paczulowych liści brzmiącą w tej suchej już na tym etapie kompozycji jak sentymentalne wspomnienie wilgotnego otwarcia.
I o ile w pierwszych chwilach zapach mnie olśniewa, o tyle rozgrzany skórą Rush dociera już wprost do mojego perumiarskiego serca.

Pachnąc rozwiniętym Rush czuję się, jak gdybym siedziała na polanie, otoczonej starym lasem, pełnym dziwnie poskręcanych, przypominających trochę tolkienowskie Enty, a trochę fantazyjne afrykańskie rzeźby drzew. Z miękką trawą pod stopami i z twarzą zwróconą w stronę stojącego nieruchomo na bezchmurnym niebie słońca. Czuję, że gdybym rozłożyła ramiona, zamieniłyby się one w skrzydła i uniosłyby mnie ponad polanę, nad las, w chłodne niebo. Ale nie robię tego. Nie rozpościeram skrzydeł, bo tu, gdzie jestem jest przecież tak pięknie...

Jeśli istnieje powód dla którego nie zabijam się o własny flakon tego trudnego obecnie do zdobycia rarytasu, jest nim względnie słaba trwałość. Po pierwsze zapach wymaga używania w wielkich ilościach (próbka na dwa razy), po drugie zbyt szybko przycicha. Wielka szkoda.


Data powstania: 2000
Twórca: Antoine Maisondieu /
Daniela Roche-Andrier


Nuty zapachowe:

Nuta głowy - lawenda, cyprys.
Nuta serca - kadzidło, drewno cedrowe, paczula.
Nuta bazy - drzewo okoumé, drewno sandałowe, szare piżmo

4 komentarze:

  1. Sabbath, dziękuję za tą recenzję. Naprawdę wielka wdzięczność z mojej strony za wizualną i werbalną interpretację mojego zapachowego Grala. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Santorio, to ja Tobie dziękuję, że chciało Ci się nakłonić mnie do testów. Damska wersja zniechęciła mnie tak skutecznie, że w życiu dobrowolnie nie sięgnęłabym po męską. A tymczasem... warto czasami posłuchać kogoś mądrego. :-)
    Dziękuję raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna żywiczna recenzja.
    Karkołomnym byłoby być może traktowanie Rusha jako zapachu kadzidlanego, ale w moim subiektywnym odczuciu piękniej i trafniej ogarnia kościelność niż Avignon i Zagorsk (nawet splecione razem w synergicznym uścisku). Rush w tym sensie nie jest reporterski, ale raczej snuje pewną niejednoznaczną opowieść.
    Wielka szkoda, że stał się tak rzadkim dobrem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznaję, że nie opostrzegałam dotychczas Rusha okołokościelnie. Ale rzeczywiście, to, co odbieram jako przestrzeń można by równie dobrze skojarzyć z chłodem świątyni.

    Przyznaję, że bardzo trafiło do mnie określenie "reporterski" w odniesieniu do Incensów CdG. Jest coś w tych zapachach, co sprawia, że odbiera się jak malowane zapachem obrazy, czyli rzeczywiście w pewien sposób odwzorowanie tego, co widać.
    Może to zawsze tak jest, że indywidualne emocje towarzyszące zapachowi odnajdujemy wyłącznie w sobie? I dlatego pewnie nasz odbiór tego samego zapachu potrafi być tak odmienny.

    Dziękuję za ten niezwykły komentarz.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...