piątek, 26 stycznia 2018

Zapachowy ambient - Behind the Rain, Cirebon i Tears of Eros Paul Schütze



Chcę dziś przedstawić Wam markę, która w Polsce - konkretnie w warszawskim Mood Scent Barze - dostępna jest od dawna, ale pozostaje niezauważona. Nie pisze się o niej na grupach ani na forach, nikt nie chwali się testami, a na polskiej Fragrantice recenzji ma zero.


Paul Schütze jest muzykiem. Tworzy ambitny ambient - łączy plamy muzyczne ze złożonymi strukturami rytmicznymi. Co ciekawe - wedle Wikipedii, ostatni album nagrał Schütze w roku 2000. Po kilku latach przerwy zaistniał jako twórca fotografii i grafik. W 2012 roku, podobno pod wpływem recenzji określającej jego muzykę jako "pachnące dźwięki", zadebiutował jako twórca kompozycji - tym razem zapachowych.

Pierwszym zapachowym przedsięwzięciem pochodzącego z Australii artysty był projekt In Libro De Tenebris - wydana w nakładzie dwudziestu egzemplarzy księga o czarnych stronach perfumowanych pierwszą kompozycją zapachową Schütze. Kompozycja nazywająca się tak samo, jak projekt złożona z nut siana, wetiweru, mchu dębowego, postarzanego sandałowca, cedru, tuberozy, muszkatu i mirry obrazować ma aromat papierowej książki. I to właśnie odchodzeniu tego medium w niebyt poświęcony jest projekt.


In Libro De Tenebris dotarł do finałów kategorii eksperymentalnej konkursu Art And Olfaction Awards w 2015 roku.

W tym samym - 2015 - roku stworzył Schutze trzy kompozycje, które stały się częścią wystawy jego prac graficznych w londyńskim Sir John Soane Museum.


Rok później zadebiutowały pierwsze "normalne" perfumy firmowane nazwiskiem Paula Schütze. I te trzy kompozycje - Behind the Rain, Cirebon i Tears of Eros -  bierzemy dziś na tapet.




Behind the Rain

Silmen

Pierwsze wrażenie: ozonowa świeżość. Zapach jest niebieski. Subtelnie ziemisty, subtelnie zielony, lecz głównie niebieski.

Po chwilce umysł zaczyna rozróżniać nuty.
Eteryczny pieprz - rozproszone drobiny na jasnej, gładkiej powierzchni akordu otwierającego.
Grejpfrut - wytrawny, cytrusowy, biały, matowy jak miękka warstwa pomiędzy lśniąca skórką i mokrym owocem.
Mastyks - jedna z najpiękniejszych żywic. Łagodna, świeża, lekka.
I wreszcie kadzidło. Śliski dym olibanum - zapach zazwyczaj charakteryzowany jako chłodny i jasny, jednak tym razem - na tle eterycznego, świetlistego otwarcie brzmiący zaskakująco głęboko i pięknie. Zupełnie, ale to zupełnie bez konotacji świątynnych czy ceremonialnych. Naturalny, niewinny, bezbożny.

The Rapture of Metals

Drugi plan, będący w istocie po prostu kolejnym zwrotem akcji w kalejdoskopie doznań, jest bladozielony jak bulwa fenkułu, którego zapach brzmi wyraziście, jasno, czysto. Blada zieloność fenkułowej bulwy splamiona zostaje nutami... technicznymi. Cywilizowana, dyskusyjna uroda zapachu benzyny. A może raczej ropopochodnego oleju mineralnego? Trudno orzec, bo nuta "nowocześnie techniczna" rozbłyskuje na krótko, po czym odsuwa się i zawisa na krawędzi percepcji.

Nine Songs From the Garden of Welcome Lies

Trzecia faza rozwoju przechyla zapach w stronę zielonego kadzidła. Jak gdyby na krągłe węgle położono chrupkie kłącza wetiweru, suchy mech i srebrne pęczki szałwii. I kulki pieprzu, który po okresie dominacji akordu żywicznego, wraca - i wraca piękną, krągłą, wyrazistą nutą oferującą znacznie więcej, niż eteryczność.

Głęboka baza, a raczej kanwa zapachu to nuty drzewne. Suche, wyprażone, gładkie deski z jasnego drewna. Na tych deskach namalowany jest zapach. Wszystkie te odcienie błękitu i zieloności ułożone na bladym, drzewnym, lekko gumowym podbiciu tworzą zaskakująco przyjemną kompozycję. Przyjemną w swojej niszowej kategorii. :)


Data powstania: 2016
Twórca: Paul Schütze
Projekcja: no niestety, po jakichś 2 godzinach niezbyt imponująca.
Trwałość: kulturalna, zanikająca.

Nuty zapachowe:
czarny pieprz, nuty drzewne, kadzidło frankońskie, grejpfrut, mastyks, mech drzewny, paczula, fenkuł (koper włoski), wetiwer



Cirebon


Pomarańczki i kwiatki na standardowej bazie cedr + wetiwer + sandałowiec. Nuty zapowiadają banał. Jakież to szczęście, że za sterami siedzi Schütze, co się banałom nie kłania.

Otwarcie jest pozornie zwyczajne. Najpierw zauważamy cytrusy. jednak są to cytrusy gorzkie, skondensowane, elektryczne. Niewygodne - lecz niewygodne w nieprawdopodobnie satysfakcjonujący sposób.


Po chwilach kilku rozumiemy dlaczego: pod świetnie wygraną nutą petitgrain czai się kłąkowy, ziemisty, irysowy wetiwer. Wilgotny, mszysty akord, który nigdy nie widział słońca.

Olfaktoryczny narrator buduje napięcie: zwalnia opowieść, przeciąga głoski, obniża głos, schodzi w rejestry zarezerwowane dla opowieści strasznych. Albo przynajmniej niemoralnych.

I wtedy wchodzi akord kwiatowy. Cały na biało.

Plasma Falls

Niewygodny akord cytrusowy rozchadza się jak nowe buty. Kłąkowy wetiwer podstępnie migruje od głębokich rejestrów charakterystycznych dla irysowego masła w kierunku czekoladowej paczuli - po to tylko, żeby po dwóch kwadransach zawrócić ku zieloności. Ładny akord kwiatowy, który zupełnie mnie nie zachwycił przykrywa nuta przypominająca kozieradkę, która nie zachwyca mnie jeszcze bardziej. I to w zasadzie koniec opowieści.

Cirebon zatrzymuje się na granicy cytrusów i podbitej zupną kozieradką zieloności i trwa.


Data powstania: 2016
Twórca: Paul Schütze
Projekcja: przeciętna
Trwałość: przeciętna, zanikająca

Nuty zapachowe:
bergamota, gorzka pomarańcza, cedr, cyklamen, magnolia, petitgrain, sandałowiec, kwiat pomarańczy, wetiwer



Tears of Eros

Tears of Eros

Tears of Eros to zapach poukładany nietypowo. Zgodnie z naturalną koleją rzeczy, powinien rozpocząć się cytrusami, ewentualnie hiacyntem, zaokrąglić i przejść w żywiczność. Tymczasem pierwsza fala zapachu to piękny ambroksan i pięknie techniczny benzoes - taki, jaki lubię najbardziej, czyli dziwny. 

Dopiero po tym efektownie nietypowym wstępie kompozycja Paula Schütze zaczyna zachowywać się w miarę normalnie. Pojawia się hiacynt - początkowo wtłoczony między nuty żywiczne i drzewne, z czasem emancypujący się i zdobywający prawa. Coraz więcej praw.

Abysmal

Przyznaję, że nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na zapach hiacyntów. Nie lubię kwiatów ciętych - zasmuca mnie patrzenie jak coś pięknego umiera niepotrzebnie; kwiaty doniczkowe zaniedbuję skandalicznie; ogrodu nie mam i prac ogrodowych nie lubię - tak więc moje doświadczenie z hiacyntami jest znikome. A jednak Tears of Eros uświadomiły mi, że świetnie pamiętam ten zapach. I ze nie jest moim ulubionym.

Co napisawszy dodam, że hiacynt na kadzidlano - ambroksanowym podbiciu to jest coś niezwykłego i wartego testów. Szczególnie, że na hiacyncie, kadzidle i ambroksanie zapach się nie kończy.

Stateless

Serce Tears of Eros rozwija się na skórze jak barwna abstrakcja. Na pierwszym planie pyszni się lilowy akord kwiatowy gdzieniegdzie nakrapiany pomarańczem. Z pomarańczy. :) Na subtelnie dymnym gwajakowym tle rozprowadził artysta kręgi pozostałych, tworzących kompozycję nut. Łagodnie jak plamy muzyczne w komponowanej przez Schütze muzyce splatają się ze sobą złociste plamy ambry, ziemiste smugi irysowego kłącza i zamszowe labdanum.

W bazie zapach wraca w bezpieczne, drzewno - ambroksanowe rejestry. Subtelnie dymne drewno, zamszowe labdanum, ambrowa baza. I ślad fioletu, który na tym tle brzmi pięknie.


Data powstania: 2016
Twórca: Paul Schütze
Projekcja: jak na tę markę przywoita
Trwałość: zaskakująco dobra

Nuty zapachowe:
ambra, benzoes, kardamon, cedr, kadzidło frankońskie, klementynka, lignum vitae (czyli po prostu gwajak), hiacynt, labdanum (czystek), irys, różowy pieprz


  • Ilustracje pojawiające się w tekście to albo okładki albumów Paula Schütze, albo jego prace graficzne.
  • Poza zdjęciami opisanymi nazwą bloga - te są, jak zawsze, mojego autorstwa.

7 komentarzy:

  1. Behind the Rain! Ooooooooo! Jaki to musi być cudowny zapach! :-D
    Pewnie by mnie zauroczył absolutnie i nie dałbym mu odpocząć. No i ta benzyna! ♥ Dzieckiem będąc wyprawiał się człowiek na stację bęzynową, żeby wdychać oktany ;-) Tak, cudowność! Pożądam namiętnie :-D
    Oczywiście zamiast Cirebon przeczytałem Carbon i przeżyłem niemałe rozczarowanie, rada dla siebie: nie czytać przez wypiciem kawy :-D
    Ciekawe czy Paul Schütze zrobi kiedyś zapach z nutą mokrego omszałego betonu... :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie ten flakon u mnie zagościł. I jest światny.
      A zapach o nawie Carbon jest ja blogu - dokładnie Carbone de Balmain. Recenzja nazywa się chyba "Pieprzona symfonia". :)

      Usuń
    2. O, to poszukam, poszukam :-D
      Dasz się psiknąć? ;-)

      Usuń
  2. Patrzę na nazwisko i myślę Klaus. Paul jego syn? Jednak ta jedna literka w nazwisku robi różnice. Pochodzenie też szybko zdradza że nie są spokrewnieni. Ciekawe bo Klaus prekursor w swoim fachu też swego czasu przeszedł (nie wiem tylko czy na stałe) w rejony ambientu, więc wiele by się zgadzało no ale...

    Tak i ja pewnie wpadnę po brzegi dziurek nosa w pierwszą kompozycje, dlatego szybko zapisuję na oflaktoryczną listę. Z twojego opisu do banału daleko temu aromatowi. Ciekawa gra odcieni i to coś co mówi podprogowo że warto, że tego jeszcze nie było, że jest tak jak lubię - autentycznie.
    Najlepiej pewnie poznać wszystkie. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narde, a nie chodzi Ci przypadkiem o Klausa Schulze?

      I owszem, ja "wpadłam" właśnie w pierwszą kompozycję. Niebanalną, ale wygodnie się noszącą. :)

      Usuń
    2. Tak, właśnie o tego Klausa chodziło.

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...