Nie-wielki wybuch - Jalad Sense Dubai


To była dla mnie wielka niewiadoma. Lista nut zaprawdę niebanalna i efekt mógł być zachwycający albo wręcz przeciwnie.


Problem rozstrzygnął mi się dosłownie w pierwszej sekundzie po aplikacji. Najpierw poczułam Calamus Comme des Garcons. Zielone cudo, które kocham. A potem, dosłownie w ciągu sekund, zapach zaczął się zmieniać - i to wcale nie na gorsze. Na trudniejsze.


Naturalna, słodka zieloność otwarcia zalana zostaje sunącą powoli i leniwie falą irysowego masła. Potem pojawia się zapach kadzidła - bułeczkowy, łagodny, blady. I kiedy już... już prawie pomyślałam, że oto będą perfumy po prostu miłe, nadchodzi duet ziemistej, matowej mate i bladego, kłąkowego wetiweru, którego obecność odmienia postrzeganie irysa. Kremowy przyjemnaczek nabiera głębi - w znaczeniu dosłownym. Blady aromat wsiąka w ziemię i nabiera barwy i charakteru. I żegnamy się z myślą o perfumach po prostu łagodnie przyjemnych.

Mam świadomość, że to pożegnanie może być bolesne - jeśli od perfum oczekujemy po prostu urody - ale dla mnie... dla mnie to jest moment zachwytu. Seria Sense Dubai zaczęła się od perfum odważnych i niezwykłych. Później pojawiło się w niej sporo kompozycji ciekawych, sporo naprawdę ślicznych, ale na ekscentryka na miarę Nr 1 czy Sense Warsaw czekałam... do dziś.


Jalad to uzależniające, niepokojące złożenie nut absolutnie komfortowych z pierwotną, wilgotną ziemistością. Zapach, który rysuje w głowie obrazy bladych kłączy prujących ziemię z zawrotną prędkością kilku milimetrów na dobę; tworzących w tłustej glebie mandale, których nikt nigdy nie ujrzy.

Zapach nie-wielkiego wybuchu: momentu, kiedy kiełkujące ziarno rodzi pierwszy listek. Kiedy to nowe, mokre życie znajduje drogę do światła i zaczyna powolutku nabierać barwy i odwagi.


Gdzieś z czasem pojawia się aromat fiołka zawieszony pomiędzy zielonością, a nieśmiałą, niewypowiedzianą kwiatowością. I znika.
Pojawia się kumarynkowa tonka opowiadająca o złotych polach i łąkach pełnych rodzących ziarna traw. Ciepłe nutki kardamonu, imbiru i nabierającego mocy kadzidła drżą jak rozgrzane powietrze i malują w olfaktorycznej przestrzeni miraże - mandale, których nikt nigdy nie uchwyci okiem.

To wrażenie obcowania ze swojską, zwyczajną niesamowitością; doświadczania złożoności świata utkanego z szorstkich materii; wyczuwania pulsu ziemi w ciepłym powietrzu... jest przejmujące.

Jalad to zapach upleciony z kremowego kadzidlanego dymu i przetykanych kurzem promieni gasnącego słońca. Upleciony brudnymi od zrywania twardych kłączy irysa rękami. Malujący tuż nad ziemią ciche i blade mandale, których nigdy nie zapomnisz.


...zdaje się
że leżał pomiędzy nami
oswojony przez chwilę absolut

i dał się on pogłaskać *


Data premiery: 2021
Kompozytor: Saed Al Abbass
Koncentracja: parfum
Projekcja: dobra, choć nie rozrzutna
Trwałość: dobowa

Nuty głowy: pomarańcza, mandarynka, ananas, czarna porzeczka
Nuty serca: imbir, kadzidło, różowy pieprz, mate, irys, fiołek, skóra
Nuty bazy: fasola tonka, cedr, weyiweria, amyris, piżmo



* Fragment jednego z niedokończonych wierszy Edwarda Stachury

Komentarze

  1. Skoro piszesz , że jest odkryciem na miarę 1, to muszę zaopatrzyć się w próbkę i sama przekonać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę są niesamowite. Ale koniecznie noszone na skórze. Na blotterku to nie to, ale globalnie... no dla mnie zachwyt.

      Usuń
  2. jeszcze zanim przeczytałom "Upleciony brudnymi od zrywania twardych kłączy irysa rękami" pomyślałom, że to brzmi, jak zanurzanie rąk w mokrą, tłustą ziemię poprzetykaną korzonkami jakoś w kwietniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. We mnie ziemia budzi czułość. Uwielbiam jej zapach. Daje mi poczucie bezpieczeństwa.
      To nie są perfumy z geosminą, dosłowne. Są metaforyczne, eleganckie i zarazem tak pięknie niejednoznaczne. Ech... No jestem zauroczona.

      Usuń
  3. Po pierwszym zdaniu sprawdziłam listę nut. Właściwie zawsze od niej zaczynam wszystkie Twoje recenzje. Lubię wiedzieć jakie składowe tworzą zapach. I nie ukrywam, że nuty owocowe bywają dla mnie trudne. Czasami zbyt świeże, niekiedy zbyt słodkie (może z wyjątkiem petit grain czy limonki), ale zawsze coś mi w nich "zgrzyta". Jednak to, co dalej opisujesz, sposób w jaki ten zapach się rozwija, ten "duet ziemistej, matowej mate i bladego, kłąkowego wetiweru" sprawiają, że z pewnością kiedyś będę chciała wypróbować go na własnej skórze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego też dodaję listę nut. Zawsze to robiłam.
      Z czasem ta stopka rośnie.
      Kiedyś nie dodawałam trwałości i projekcji. I od niedawna dodaję koncentrację.
      Ale powiem Ci - tego, dla jakiej płci dedykowane są perfumy nigdy nie dodam. :)

      Co do kwiatów - zdarza się, ze mnie zachwycają. Ale nawet wtedy... nie noszę.

      Usuń
    2. I bardzo dobrze :) Dla mnie piękny zapach jest poza płcią, zresztą osobiście lubię bardzo niektóre zapachy tradycyjnie dedykowane panom, choćby CREED Viking Cologne. Na mojej skórze, z całą pewnością kobiecej, ten zapach układa się naprawdę wspaniale. Z kwiatami też jestem ostrożna ;)

      Usuń
    3. Koloński Wiking w ogóle jest jeszcze lepszy, niż ten klasyczny. Testowałam j mam go na liście do recenzji. Ale nie wiem, kiedy się doczeka, bo najpierw będzie o pieniądzach i o muzyce. :)
      Chociaż... Wikingowie znani są z tego, ze nie czekają na swoją kolej. ;)

      Usuń
  4. Ja z kolei nuty zostawiłam na koniec. I byłam bardzo zdziwiona tak liczną obecnością owoców! Nie spodziewałam się, że tak irysowo, ziemisty, kadzidlano fiołkowy opis pochodzi z takiego spisu nut. Koniecznie spróbuję przy najbliższej okazji... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo ciekawa, jak on się będzie układał na kimś innym. Na mnie te owoce sa jak w Calamusie - niejednoznaczną, żywotną słodyczą.
      Nie spodziewalam się, że to będzie AŻ TAKIE DOBRE.

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Popularne posty