Beaufort London Pyroclasm


Prodigy to taka trochę elektroniczna rewolucja. Wojna ludzi z maszynami, która nie skończyła się zagładą, tylko rytmiczną orgią.
Uzbrojona w fiolki pełne inspiracji zasiadłam do rozmowy ze Sztuczną Inteligencją. Bo to takie w klimacie Prodigy. Powiadam więc Kwarcowej Wróżce: Pogadajmy o Beaufort London, marce Leo Crabtree z Prodigy.

A ona na to:


I na tym skończyłam rozmowę, bo uświadomiłam sobie, że mam zupełnie inne zdanie i że od tego właśnie zacznę tekst.

Otóż to, że Crabtree jest perkmanem The Prodigy jest szalenie ciekawe i bardzo znaczące w kontekście marki. Crabtree nie jest pierwszym lepszym kolesiem, który chce mieć markę perfumeryjną. Crabtree to stal zahartowana w ogniu buntu. Facet, który od trzech dekad (z haczyskiem) rzuca wyzwanie skostniałej estetyce „śliczności”. Prowokator, który ze swojej prowokacji zrobił stabilne źródło utrzymania. To dopiero jest pokazanie palca społeczeństwu przyciętemu jak trawnik.

Crabtree nie musi poprawiać sobie samooceny byciem mecenasem olfaktorycznego buntu. Nie musi ani budować pozycji na scenie artystycznej, ani kombinować z nowym biznesem. On w ogóle nic nie musi!
Ale wszystko może.

Crabtree stworzył Beaufort London bo serio ma chysia na punkcie perfum cuchnących grzechem i spalenizną. Bo jara (sic!) się mrokiem i krzykiem – nie tylko muzycznym, nie tylko wizualnym, ale też zapachowym.

I dlatego Beaufort London jest marką, która odniosła sukces, pomimo że w portfolio nie ma żadnych ładnych perfum.


Dziś wciągam na maszt perfumy, które po raz kolejny hakują system.
Najpierw Crabtree przywyczaił nas do ognia, dymu i wytaplanych w smole nut zwierzęcych. Potem, kiedy wydawało nam się, że znamy jego estetykę, kopnął stołek i zrzucił nas z wyżyn naszego przekonania, że wiemy, czego się spodziewać. Chlustnął nam w twarz Fathomem V i patrzył jak świat łapie oddech.

Łapaliśmy! Usiłując poukładać sobie w głowie estetykę Beaufort London bredziliśmy coś o marynistycznych inspiracjach i „pewnej konsekwencji”.

I kiedy już… już złapaliśmy oddech i prawie równowagę… wchodzi ON. Cały na zimno.

Pyroclasm

Ani śladu ognia. Ani śladu dymu. Nuty zwierzęce oddaliły się w zorganizowanym pośpiechu zabierając ze sobą nasz komfort psychiczny.

Pyroclasm wkracza na skórę w ciszy. Jest stłumionym dźwiękiem. Zapaścią sensoryczną po wytłumieniu dotykiem strun potężnego akordu. Powietrze przesycone elektrycznością. Gitary drżące żądzą dźwięku. A Euan McCall kładzie ciężką dłoń ba strunach tłumiąc ich drganie jak krzyk.

Napięcie w nutach jest potężne, ale sam zapach jest cichy. Rozdzierająco cichy.

To pachnąca metalem dłoń położona na ustach. Krzyk, który nie wybrzmi. Zęby wbite w skórę. Słodycz i metaliczny posmak krwi. Lakierowane rzemienie na nadgarstkach, zimny pot na nagiej skórze.

Z czasem dzieje się nieuniknione.
Najbardziej nawet dominujące perfumy muszą ulec chemii ciała.

Zapach oswaja się, zaczyna mruczeć. Nabiera mineralnych podtonów zimnego prochu strzelniczego. Gdzieś poza olfaktorycznym kadrem McCall krzesze iskry mokrym krzemieniem. Rytmicznie, nieustępliwie, staccato. Wdech, wydech.

Bezpieczne słowo: Pyroclasm.


Data premiery: 2015
Kompozytor: Euan McCall
Projekcja: podstępna
Trwałość: wystarczająca

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: grejpfrut, czarny pieprz, szafran
Nuty serca: nuty mineralne, kadzidło, żywica elemi
Nuty bazy: olej jałowcowy (cade), wetyweria, cedr atlaski, ambra, labdanum, styraks, sandałowiec

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy