środa, 7 stycznia 2009

Annayake Miyako

Oto zapach, który w sposób doskonały łączy to, co w perfumach lubię najbardziej (kadzidło, kardamon, cynamon, sandałowiec, cedr i drewno hinoki) z tym, czego najchroniczniej nie znoszę (róża, jaśmin, ylang-ylang). W rezultacie Miyako podziwiam, ale nosić nie potrafię.

Od pierwszych nut zapach jest głęboki, napchany olfaktoryczną treścią, bogaty, intensywny.
Uderzenie kadzidła podprawionego ziołową nutą labdanum nie byłoby tak zaskakujące, gdyby nie wspomniane już nuty kwiatowe nadające zapachowi diabelnej mocy, wypełniające go, sprawiające, że cała ta gęsta kompozycja drga jak gorące powietrze nad pustynią.

Po chwili, kiedy nasz zmysł powonienia oswoi się nieco z tym niesamowitym brzmieniem, zaczynamy rozpoznawać przyprawy - gorzkie, suche, jak gdyby wąchane były wprost z drewnianych pudełek o grubych ściankach. Nawet na języku pojawia się znajoma goryczka, jak gdyby organizm spodziewał się, że w powietrzu uniesie się aromatyczny pył.
W tle, przytłumione wyrazistymi nutami stanowiącymi jądro zapachu, spokojnie i milcząco swoją obecność zaznacza najpierw słodkie hinoki i miękki sandałowiec, po chwili zaś suchy cedr.
A to nie koniec wcale, bo jedną z najciekawszych nut Miyako jest ambra. Ambra intensywna, świeża, żywiczna nieomal, swoją żywotnością przypominająca ambrę z Ambre Russe. W tym tłoku esencjonalnych aromatów z różnych olfaktorycznych grup (żywice, przyprawy, kwiaty, drewno) brzmi ona tak, jak gdyby każdy z tych składników podkręcał ją, wynosił, wypychał wręcz do przodu.
Naprawdę szczerze polecam przyjrzenie się tej ambrowej pieśni. Szczególnie, że nie trwa długo.

Trudno mi powiedzieć, by Miyako były zapachem nietrwałym. Ich ślad na skórze wyczuwalny jest nawet sześć godzin po aplikacji. Kłopot w tym, że już po godzinie - półtorej zapach robi się wyschnięty, spękany, pustynny. I mogłabym to uznać za konsekwencję tego drgającego gorącego powietrza z pierwszych nut, ale chyba byłoby to nadużycie, bo nie czuję tu konsekwencji w znaczeniu rozwoju zapachu, tylko wypalanie się, rozwiewanie, utratę mocy.

Podsumowując: Miyako z pewnością jest zapachem ciekawym i wartym poznania.
Kłopot w tym, że nie jest to ani zapach do końca kadzidlany, ani kwiatowy. Najlepiej chyba pasuje mi definiowanie go jako szeroko pojętego orientu. Szczególnie bogate, przeładowane otwarcie zasługuje na to miano.
Potem zaś przychodzi pora pokuty i ascezy. Zmierzch Miyako jest jak spokojna starość: sucha, ciepła, lecz pozbawiona mocnych akcentów.
A może ja zbyt wiele oczekuję?


Nuty zapachowe:
nuta głowy: kardamon, cynamon, kadzidło
nuta serca: drzewo hinoki, róża, jaśmin, ylang-ylang, paczula, cedr, drzewo sandałowe
nuta bazy: piżmo, czystek, benzoes, mirra, ambra

* Na obu ilustracjach boska para Izanagi i Izanami z mitologii shinto.

2 komentarze:

  1. Bardzo lubię ten zapach w chłodne, zimowe wieczory. Dla mnie to czyste kościelne kadzidło, przyjemnie otula :) Niestety moje "otoczenie" nie potrafi go zaakceptować.
    Alita

    OdpowiedzUsuń
  2. Alito, też zauważyłam, że otoczenie często uznaje zapachy kadzidlane za dziwaczne.
    Może spróbuj swoje otoczenie delikatnie przyzwyczaić nosząc go najpierw tylko nadgarstkowo albo w zgięciu łokcia? Daje to także przyjemność wąchania zapachu na sobie bez rozsiewania go intensywnie wokół...

    Pozdrawiam. :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...