poniedziałek, 21 czerwca 2010

Wszystko na sprzedaż czyli: Bond No.9 The Scent of Peace




Firma Bond No.9 jakoś nie zdobyła mojego serca. I wcale nie przez swoje kontrowersyjne poczynania marketingowe.
O domaganiu się od The Perfumed Court zaprzestania sprzedaży dekantów tej marki za pośrednictwem serwisu Twitter (tak, zrobili to publicznie, zamiast jak cywilizowani ludzie napisać pismo), czy o uzurpowaniu sobie prawa do wyłączności na użycie słowa "peace" w nazwie perfum pisało się sporo dość niedawno, tymczasem mnie Bondy nie leżały od początku.

Nie wiem, czy to przez szczególną estetykę opakowań, czy przez skojarzenia z amerykańską popkulturą, czy może przez ceny, które kilka lat temu wydawały mi się mocno zaporowe (w porównaniu do l'Artisanów czy Etro, które były wówczas szczytem moich marzeń). W każdym razie Bond No.9 do moich ulubieńców nie należy, choć niektóre ich zapachy uważam za interesujące.

Dziś o perfumach interesujących nie ze względu na zapach, tylko ze względu na nazwę i dosztukowane do niej przesłanie.


Otóż wyobraźcie sobie, że wypadki z 11 września 2001 roku tak niesamowicie wstrząsnęły właścicielką marki panią Laurice Rahme, że pięć lat po zdarzeniu postanowiła włączyć do swej oferty zapach z pokojem w tytule i przeznaczyć zawrotną sumę 2$ (słownie: dwóch dolarów) od każdego sprzedanego flakonu tych perfum na UNICEF.

No po prostu czapki z głów: flakony The Scent od Peace chodzą w cenach od 150$ za zwykłą pięćdziesiątkę po 480$ za zdobioną kryształkami Swarovskiego setkę, łatwo więc policzyć, że w przypadku najtańszej wersji mamy darowiznę wysokości nieco powyżej jednego procenta ceny, w wersji najdroższej zaś sporo poniżej pół procenta. Swojego umiłowania pokoju pani Rahme nie ceni raczej zbyt wysoko. I po co było wycierać sobie twarz taką tragedią? No po co?

***

W posiadanie próbki Scent of Peace weszłam na jakimś zlocie. Leżała na stole w puli próbek "do wzięcia" i nikt, ale to nikt jej nie chciał. Teraz już rozumiem, dlaczego: zapach, należący podobno do najlepiej sprzedających się Bondów, jest do bólu zębów zwyczajny. Nieskomplikowany owockowy słodziak bez znaków szczególnych.

Słodkie, owocowe otwarcie plasuje się gdzieś pomiędzy cukierkowymi Harajuku Lovers Gwen Stefani, a Niną Niny Ricci.
Drugi oddech to dodatek lekkich kwiatków z wyraźną, jasną nutą hedionu - znów bez jakichś specjalnych wrażeń.
Jako trzeci element układanki pojawia się piżmo - czyste, kosmetyczne, nieco mydlane. Zanim docieramy do jakiegokolwiek śladu cedru jestem do cna znudzona.

Jeśli mam napisać coś pozytywnego o tej kompozycji Michela Almairaca, najłatwiej będzie mi uczynić to przez analogię: a mianowicie The Scent of Peace zmierza od Niny w stronę Light Blue.
Nie czuję się jednak ani zauroczona, ani zaintrgowana, albowiem pierwszy, ninopodobny akord wydaje mi się dziwnie spłaszczony, jak gdyby brakowało w nim górnych, świeżych rejestrów, a naturalna, owocowa słodycz zastąpiona została syntetycznym słodzikiem, natomiast na przypominającym Light Blue wybrzmieniu ciągle kładzie się przyciężkawy i nużący już na tym etapie cień cukierkowego otwarcia.

Realna ewolucja zapachu nie przebiega aż tak wyraźnie, jak mógłby sugerować opis. Zapach Pokoju jest niemal zupełnie statyczny, zmienny jedynie stopniu, w jakim żywe, ciepłe ciało musi wpływać na zapach perfum.

Całość zupełnie nie przystaje do nazwy i dofastrygowanej do niej ideologii. Jeśli ma to być zapach pokoju, to chyba chodzi o pokój niezbyt bystrej sześciolatki.


Wybaczcie proszę mój brak entuzjazmu, ale z taką historią u źródła i za taką cenę spodziewałam się czegoś o kilka klas lepszego.


Data powstania: 2006
Twórca: Michel Almairac

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: grejpfrut, czarna porzeczka
Nuty serca: hedion (dihydrojaśminat metylowy), konwalia
Nuty bazy: piżmo, cedr

10 komentarzy:

  1. Mogę się tylko podpisać; ale również dlatego, że nie lubię Niny, Light Blue nie znoszę (złe skojarzenia), a Bondy jakoś mnie nie ciekawią. Do tego moralnie, hm.. podejrzana otoczka marketingowa Zapachu Pokoju i... na mnie liczyć nie mają po co. Może kiedyś skuszę się na testy. Może. Bo według tandemu Rahme i Almairac pokój jest nudny. I sztampowy. :/ Cóż, nie będę wredna i wojny im nie życzę. ;P

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie mierzi marketing mierzący w ludzki snobizm. Nie sam snobizm - ten ma wiele aspektów, które są w sumie pozytywne.

    Co do Niny - mnie się bardzo podoba. Ale nosić bym nie mogła. A Light Blue powąchałam pierwszy raz już po zetknięciu się z nagonką na ten zapach na perfumeryjnych forach. I zdziwiłam się, że to w sumie ciekawa kompozycja. Nie wszystko musi być trudne i mroczne. Jestem na tak. Ale też nie będę nosić.

    A pokój... To nie jest zapach Pokoju, takiego przez duże "Pe". Co najwyżej (jak napisałam) pokoju sześciolatki brodzącej w Barbiach, kucykach MLP i innych marketingowych plastikach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Słodziaki również nie dla mnie, choć nie wszystkim zamykam drzwi przed nosem. Jednak opisana przez Ciebie otoczka marketingowa plus kompozycja oparta na owocach i kwiatach z dodatkiem piżma rzeczywiście nie skłaniają do powąchania. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie mam jakiegoś ogólnego wstrętu do słodziaków. Naprawdę, niektóre lubię. Ale to... To jest po prostu kiepska kompozycja. I do tego ta "otoczka". :]

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten obrazek z kucykami pony totalnie mnie rozwalił ;-) No po prostu taka ilustracja do zapachu sprawia, że... ;-)))
    I popieram to o dopisanej do owych perfum ideologii. Też mnie rozbrajają takie akcje jak "procent od... idzie na cele charytatywne", gdy się wniknie okazuje się,że to procent od procentu od procentu i tak naprawdę na cele reklamowe/CSRowe idzie i tyle...

    Testowałam co prawda tylko 2 Bondy, ale też mnie nie przekonały. Jedną próbkę po 1. teście oddałam, bo kompletnie mi się nie podobała i nawet nie pamiętam, co to było. Drugą (China Town) mam i czeka sobie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja testowałam sporo Bondów, w tym uważnie ze cztery. Żaden nie jest dla mnie, nawet kawowy New Haarlem. To jest trochę jak z Histoires - firma ewidentnie nie jest nastawiona na mnie.
    Rozpaczać nie będę, bo Bondy drogie są, a lista zapachów, których pragnę namiętnie i tak jest za długa.
    A ideologia dorabiana do perfum... Ludzie gupie są. Łykną wszystko, włącznie z tekstem typu "bądź sobą - wybierz _i tu produkt używany przez miliony ludzi, z którymi nie masz nic wspólnego_" Pewna firma perfumeryjna twierdzi, że człowiek który używa ich zapachów musowo i automatycznie od razu ma klasę i osobowość. Jasssne. Proteza normalnie. To też manipulacja. Przy czym ta bondowska wydaje mi się wybitnie perfidna. Szczególnie w połączeniu z agresywnym i nieprzyjemnym marketingiem tej firmy (o użycie wyrazu Peace w perfumach wytaczali procesy, jak gdyby mieli na to słowo monopol).
    Heh... Nie lubię czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
  7. ooo jak dobrze, że znalazłam tę recenzję:D
    Właśnie robiłam rewizję swojej listy próbek z Quality - i teraz z wielka przyjemnością wykreślam z niej Scent of Peace - zamiast niego - Iskander, którego też trochę zjechałaś, ale ma taką piękną nazwę, że mogę to zrobić dla samej nazwy :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Definitywnie możesz! Pisałam już przy którejś recenzji (nie wiem, czy Iskandra, czy Eau Lente), że plącze mi się ten pan pow wyobraźni od dzieciństwa. Przyznam się (i tak w archiwalne posty mało kto zagląda, więc siary nie będzie, a jeśli, to niewielka), ze rozważałam nawet dorzucenie go do listy przystojniaków, którą robiłam oststnio. Ale uznałam, ze to byłoby już przegięcie. i tak grzebałam w trupach bardziej, niż jakakolwiek inna uczestniczka taga. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie też od dzieciństwa, bo mi się ta nazwa nałożyła i teraz kojarzy nieuchronnie z http://web.pertus.com.pl/~mysza/bromba/fikander.html
    :)

    OdpowiedzUsuń
  10. O kurczaczek! "Brombę i innych" też czytałam, ale mnie się z innego powodu plącze. Oto on:
    http://www.youtube.com/watch?v=y89vfNpxbW0

    :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...