wtorek, 31 lipca 2012

Lava Nobile Mad et Len


Mad et Len to druga polska premiera, która zrobiła na mnie ostatnio wrażenie większe, niż duże. Pierwszej się pewnie domyślacie...

Kiedy dotarł do mnie zestaw próbek, najpierw nie wiedziałam, co testować jako pierwsze, potem zaś zlałam się wszystkim po kolei, co skutecznie uniemożliwiło wszelkie miarodajne testy. Teraz ochłonęłam już i zamierzam zainaugurować dziś mini cykl recenzji dość tajemniczej marki Mad et Len, o której wiadomo niewiele. A raczej nic, bo czymże jest w przypadku perfum niszowych informacja, że "zapachy oparte są na naturalnych składnikach"? Wiemy jeszcze, że "wszystkie produkty jak i ich opakowania są ręcznie wykonywane według tradycyjnej metody" ale to już w ogóle niewiele znaczy, a dla zapachu znaczenie ma zerowe.
Swoją drogą, to dziwne, że większość kompozycji marki datowana jest na rok 2010, a strona firmowa ciągle w budowie...

Na pierwszy ogień (sic!) poszła kompozycja o nazwie, która działa na wyobraźnię. Szczególnie osobom, które miały wątpliwą przyjemność poznać Lava Rock Demeter. :)



Krajobraz po ogniu


Lava Nobile opisywana jest jako kompozycja dymna i to się w sumie zgadza, jednak otwarcie wcale nie jest dymne, tylko chemiczno - cytrusowe. Chemiczne nie w sensie syntetyczne, lecz w znaczeniu skutków reakcji chemicznej. Konkretnie gwałtownego utleniania substancji różnych.

 

Po zaaplikowaniu Lava Nobile na skórę, w nozdrza uderza nas aromat przypominający stygnące zgliszcza: spalone jasne drewno, politurowane meble, smołowany drzewną smołą dach... Chwilę póżniej pojawia się zapach rozgrzanych kamieni i wyprażonej ziemi. Spłonął także warsztat wraz ze zmagazynowanymi na półkach klejami i smarami.
Zapach jest eteryczny, czysty, ekspansywny - z czegokolwiek ów dom zbudowano, zostało oczyszczone w płomieniach. Duchy domowe szybują ku niebu wraz ze słodko - gorzkim dymem.

Tej ostrej mieszaninie woni towarzyszy jasny, lekki aromat cytrusów. Jak gdyby pożar strawił stary dom w środku cytrynowego gaju. Lecz gaj pozostał nietknięty.


Po chwilach kilku cytrusy gasną; przygasa także jasny, chemiczny akord dający otwarciu kompozycji przewrotną świetlistość. Sukcesywnie przewagę zyskują nuty popieliste, ciepłe, przyskórne. Zapada zmrok.

Na zgliszczach starego domostwa pojawia się odziana w ciemną opończę postać. Nie widzimy twarzy.  Szeroki kaptur zasłania twarz, fałdy materii spowijają figurę, bose stopy uczernione ciepłym popiołem nie zdradzają płci intruza. Obserwujemy tylko jak przyklęka w ciepłym popiele krzesząc w ciszy kilka drobnych iskier. Po chwili przed skuloną postacią pojawia się niewielki ognik, a my czujemy aromat kadzidła. I wiemy już, że ktoś przybył złożyć ofiarę. Za duchy mieszkańców, za duchy domu, a może za duszę podpalacza...

Połączenie aromatu kadzideł z zapachem popiołu tworzy nastrój kojarzący się z jakimś pierwotnym, prymitywnym obrzędem. Nie ku czci ognia - ognia w Lava Nobile nie ma. Jest to obrzęd ku pamięci tych, których ogień zabrał.


Kompozycja wydaje się skrajnie prosta, prymitywna wręcz. Balansując gdzieś między ziołową ekspansywnością Mississippi Medicine D.S. & Durga, a jasnym spokojem Rock Crystal Oliviera Durbano jest Lava Nobile zapachem wygodnym, noszalnym, ale nie łatwym. 

Złożenie olibanum, benzoesu i śladu labdanum z jasnymi aromatami drzewnymi i "wrażeniem pogorzeliska" ustawia kompozycję gdzieś między sacrum, a żywiołem. I bardzo mi się podoba to zawieszenie.


Idąc tropem najprostszych skojarzeń: lawa, nobile = łacina, Rzym, antyk, zgliszcza, kadzidło można rozszerzyć perspektywę i wyobrazić sobie stygnące popioły Wezuwiusza, pod którymi pogrzebane zostały Pompeje i Herkulaneum. Spalone owocowe gaje wokół miasta, pogrzebane pod tonami popiołu domy, ulice, place i świątynie.  I cichą ofiarę za dusze uwięzionych w popiele ludzi.

Niestety, nikła moc Lava Nobile nie sprzyja tworzeniu wizji tak wspaniałej. Zapach odchodzi jak pamięć o jednym, samotnym domu w rychło obumierających cytrynowym gaju. Grudki kadzidła płoną spokojnie i gasną po kilku kwadransach. Po dwóch - trzech godzinach musimy przytulić twarz do ciepłej skóry, by móc raz jeszcze wspomnieć ciepłe popioły, których zapach składa się na piękną, trudną i niestety nietrwałą kompozycję Mad et Len. 



Źródła ilustracji:
  • Na pierwszym zdjęciu potok lawy Pahoehoe Lava Flow w Wulkanicznym Parku Narodowym na Hawajach. Zdjęcie pochodzi ze strony The Why Files: whyfiles.org.
    Autorem zdjęcia pod tytułem "Burned House" jest Richard Wallace. Fotografia pochodzi z zasobów Wikimedia Commons i odnaleźć je można tu: KLIK.
  • Zdjęcie satelitarne popiołów wulkanu Eyjafjallajokull z forum www.azsoftz.net.
  • Przedostatnie zdjęcie z zasobów USGS Hawaii Volcano Observatory, oddziału NASA, Earth Observatory: earthobservatory.nasa.gov.
  • Oststnie zdjęcie to kadr z fabularyzowanego filmu dokumentalnego Petera Nicholsona: "Pompeii - Tthe Last Day" wyprodukowanego w 2003 roku dla BBC.

12 komentarzy:

  1. Może jestem skrzywiona, ale uwielbiam zapach palonego... w zasadzie czegokolwiek. No, może nie dosłownie czegokolwiek, ale rozumiesz - zapach spalenizny ogólnie. Lubię i tyle. I to kadzidło. Lubię, lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dokładnie tak, jak ja. Może z wyjątkiem palonych włosów, które pojawiły się w mojej wyobraźni przy okazji Burning Barbershop i nie sprawiły mi radości.. :)
      Na szczęście perfumy nie tym pachniały. :)

      Usuń
  2. O! Jeśli liczyć Bowmakers, to zagustowałyśmy równocześnie w dwóch podobnych obiektach ;)
    Szkoda tylko, że Lava faktycznie dość ulotna, ale przez ten nastrój zbliżony do Rock Crystal umie mnie podejść... ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie podejdzie, bo nietrwała. Ale Bowmakers podeszły mnie bez problemu. Wolałabym Lavę. Jest tańsza... :(

      Usuń
  3. Taki ładny opis i już się napaliłam a to doczytałam, że on nietrwały :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety. A może stety. Na liście marzeń mam już i tak Huntera i Bowmakers...

      Usuń
    2. No tak :)
      Ulga dla portfela ;)

      Usuń
  4. No ładnie... Perfumy o zapachu płonącego antycznego domostwa. Hmmm... Zapach lawy o poranku? Popioły Pompejów. Jestem pod wrażeniem. Choć cesarz Neron albo szewc Herostrates byliby może pod większym :) I pomyśleć, że Wezuwiusz uważany był za wulkan wygasły (Spartakus ze zbiegłymi niewolnikami ukrywali się w jego kraterze).

    Mnie osobiście w kompozycji podoba się ten wydźwięk cytrusów... Zwłaszcza, że Kampania była krainą typowo rolniczą a na stokach Wezuwiusza było sporo dzikiej winorośli, co jednak nie przeszkadzałoby bogatym właścicielom ziemskim (a było ich w Italii sporo wówczas) o pokuszenie się o właśnie takie uprawy... Zwłaszcza, że na freskach w Pompejach odnajdujemy wizerunki m.in. różnorakich owoców w paterach i misach. Może lawa strawiła poletko cytryn i pomarańczy w willi weterana wojen w Afryce?

    Świetny opis

    Serdecznie pozdrawiam

    Zielony Drań (TM)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Draniu miły, Tyś historykiem - możesz sobie ubarwiać moje skromne opowieści.
      Swoją drogą, mam piękny album o Pompajach i Herakulanum - pokażę Ci kiedyś. Przy okazji czekoladowego maratonu może...

      Usuń
  5. Wiele można się spodziewać po twórcach Syczuańskiego Pieprzu i Kadzidła XLIII. Wulkaniczne pogorzelisko niesłychanie nakręciło moją wyobraźnię, dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzyrybko, myślę, że docenisz ten zapach. Jest wystarczająco niezwykły. Niestety, nie docenisz braku trwałości. :(

      Usuń
  6. Czyli nie dla mnie. Te kleje, politurowane meble, smoła...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...