niedziela, 9 listopada 2008

Waniliowy Bestiariusz

.
Pomysł przyszedł mi do głowy spontanicznie, ale nie bez pomocy.
Dlatego jest to post z dedykacją dla wszystkich Kusicielek namawiających mnie do recenzowania zapachów, których nie lubię.
A także dla mojego Koszmarnego Brata, który z poświęceniem współuczestniczył w okrutnych eksperymentach mających na celu weryfikację tej listy.


Oto Waniliowy Bestiariusz, czyli subiektywny i nie całkiem serio spis waniliowych potworów: tępych dusicieli, grubiańskich natrętów, grząskich ulepów i innych strasznych typów.
Nie jest on, bynajmniej, kompletny, ale oto, co przychodzi mi do głowy spontanicznie, kiedy pomyślę o wanilii, która zabija. ;-)
 


Hypnotic Poison
Christian Dior

Dziwny zwierz.
Niby przypomina Poison, ale z dusznego erotyzmu został tu tylko duszny.
Zapach robi wrażenie nieświeżego, stęchłego, przeterminowanego, ale mimo to wciąż jest to zapach, a nie smrodek.
Podkreślę raz jeszcze: naprawdę lubię wanilię. I w perfumach, i w potrawach - ta jest jednak zdecydowanie po terminie przydatności do... czegokolwiek.
Zapach Hypnotic Poison mnie nie hipnotyzuje, nie otula, nie upaja. Nie daje wrażenia ciepła, tylko zaduchu właśnie. I nie jest to zaduch kipiący seksem, spełnieniem i rządzą, jak w przypadku Poison, tylko zaduch zaduszny, jak Dzień Zaduszny, albo długo nie wietrzona, wilgotna sypialnia podstarzałego małżeństwa.
Może i jest w tym zapachu "coś"... Ale zdechłe, bo się udusiło.

Hypnotic Poison to kastrat.
I to nieżywy.

--------------------------------------

Dior Addict & Lolita Lempicka edp (proszę nie mylić z L de Lolita)

Miałam to nieszczęście, że oba zapachy testowałam nieomal jednocześnie. Duszne, grząskie, ciężkie jak hipopotam killery. Oba zniechęcające do oddychania. Skuteczni olfaktoryczni zabójcy - ze wskazaniem na Lolitę (pod względem morderczej skuteczności oczywiście).

--------------------------------------
Givenchy
Ange Ou Demon 

Nazwa tego zapachu to jakaś kpina!

Nie przestaje mnie fascynować, czegóż to spece od marketingu nie wymyślą, żeby sprzedać cienki produkt.
Choć przyznać muszę, że projektant falkonu odwalił niezłą robotę.

Zapach sugestywny. Bardzo nawet.
Kojarzy się nieodparcie z wielką kluchą zlepionych ze sobą, przechowywanych w foliowym, zawilgoconym woreczku komunistycznych landrynek. Piszę komunistycznych, nie zaś "postkomunistycznych" bo to takie landryny - widmo przeszłości. Długo w tym worze tkwiły, oj długo...

Jest więc w tym zapachu syntetyczna słodycz syntetycznie aromatyzowanych i syntetycznie barwionych bryłek, jest mdlący smrodek tych nie wiadomo po co dorzucanych do paczek białych landrynek o mętnym smaku woszczyny z ucha (słowo daję, że tam są!), jest lepka, pachnąca nieco jak zakalec w drożdżowym cieście nutka utworzona przez skraplającą się na cukierkach parę wodną i wreszcie zapach stęchlizny dający ten wilgotno - omszały "pierdek", który wybija się kiedy zapach się rozwinie i udaje... Bo ja wiem, co on udaje? Wyciąg z dębu? No pęknę ze śmiechu!

--------------------------------------

Escada Collection

Czy wiecie, jak czuje się człowiek siedzący w wannie ciepłego budyniu?
Nieeee?
To ja Wam opowiem.

Tkwi człek zadkiem w ciepłej mazi, odurzony wyziewami wanilii, karmelu, syropu klonowego i jakiejś cukrowej polewy do tego i zastanawia się czy wlezienie w ten syntetyczny, klejący ulep aby na pewno było dobrym pomysłem. To jest test nadgarstkowy Escady Collection.

Gorzej jeszcze, kiedy owa gęsta słodycz zaleje człeka globalnie. Zanurzony po szyję w wannie escadowego budyniu amator słodkości zauważa, że trudno jest oddychać tak gęstym, lepkim, mętnym zapachem. Escada jest nie tyle mdła, co duszna właśnie. I to jest test całościowy.

Przykre jest to, że zapach zamiast się rozwinąć, dać coś z siebie - trzyma człowieka w mętnej brei, która dodatkowo robi się z czasem coraz bardziej mdła i duszna.

Pierwsze nuty przypominały mi Vanille et Ambre E. Coudray, które mi się nie podobały. Teraz myślę sobie, że nie były takie znów złe...

Obrazowo:
EC to galon budyniu waniliowego zalany galonem syropu cukrowego okraszony cukrową polewą a na końcu posypany obficie cukrem wanilinowym (nie mylić z waniliowym proszę), skondensowany i upchnięty w buteleczki równie słodkie i subtelne jak ich zawartość.

--------------------------------------
Być może powinien się tu znaleźć któryś z waniliowych zapachów z Biblioteki Demeter, tyle, że niepokonany top ohydek Cotton Candy nie mieści się w tej kategorii, a rywalizować z nim nie sposób. Z resztą zjechałam go już tutaj.
I wystarczy. Testy kolejnych słodyczy tej firmy mogłyby mnie zabić.

--------------------------------------

Vanille Extreme 
Comptoir Sud Pacifique

Kwintesencja wanilii w stylu CSP.
Wanilina (nie mylić z wanilią!) tak skoncentrowana, że aż gorzka. Plastikowa atrapa aromatu wanilii, tania, chamska, boląca w nos.
Tak własciwie opis ten pasowałby do wszystkich waniliowych potworów... ups! wytworów tej firmy.
Zwykle jednak zapachy te mają jakieś otwarcie - coś, co pozwala "zahaczyć" je nosem i przetrwać bez mdłości pierwsze chwile w ich towarzystwie (w przypadku Vanille Mokha czy Vanille Canelle są to nuty naprawdę zachęcające). Vanille Extreme jest plastikową karykaturą wanilii od pierwszej do ostatniej nutki.


--------------------------------------

Vanille Banane
Comptoir Sud Pacifique

O! To lepkie monstrum zasługuje na szczególną notkę.

Vanille Banane to pozbawiona wszelkiej finezji mieszanka gęstego, lepkiego, na wpół scukrzonego wanilinowego syropu z paskudną syropową alkoholową nutą (czyli norma) oraz pływającego po powierzchni w postaci tłustych ok aromatu bananowego.
Toporna, płaska, bez tendencji do rozwoju czy współpracy ze skórą.

Zapach w pierwszych sekundach po prostu słodki, po chwili zaczyna być odczuwalny jako ciężki i mdły. Vanille Banane jest naprawdę trudny do zniesienia, bo kiedy go się na sobie "posadzi" to... normalnie zapiera człowiekowi dech w piersiach! I to bynajmniej nie z zachwytu.
Po dłuższym kontakcie dosłownie mnie zemdliło. Uczucie jak po wepchnięciu w siebie kilograma cukru w kostkach.

Zapach jest taki ...dziewczynkowy. W najgorszym możliwym znaczeniu tego słowa. W tym samym guście, co różowe lale Barbie w najbardziej infantylnych brokatowo - księżniczkowo - syrenkowych stylizacjach.
Jedno i drugie zdecydowanie nie dla mnie.

--------------------------------------

Powinnam dorzucić Chocolate Greedy Montale i Serendipitous ale wówczas byłby to bestiariusz potworów wszelkiej maści, bo pomimo wyraźnej nuty wanilii oba zabijają raczej syntetyczną, stężoną, żrącą niemal czekoladą.
Z drugiej strony - indywidualnych recenzji tych zapachów z pewnością nie będzie. Instynkt samozachowawczy nie pozwala mi ryzykować globalnego zlania się.

--------------------------------------
A na deserek, może nie całkiem waniliowy, ale potwór z pewnością.
Pomyslałam sobie, że chyba nie znajdę lepszej okazji do zamieszczenia tej obrazoburczej notki.

Pink Sugar
Aquolina

Kiedy czytam opisy tego zapachu wciąż od nowa mam wrażenie, że powinien on pachnieć inaczej, niż pachnie. Gdzie te owoce?! Maliny? Porzeczki? Pomarańcze? I co jeszcze, pytam? :-]
Pink Sugar to laminowany batonik nadziewany schajcowanym karmelem.
Słodki, ciężki, płaski i nie do przełknięcia.



Dobra, koniec tego, bo mi się zrobi cukrowy bestiariusz, a nie waniliowy.



*Autorka powiadamia, że Koszmarny Brat nie zginął w trakcie przygotowywania tego tekstu.

27 komentarzy:

  1. Witam koszmarna Siostro;***** z uteskniem czekam na kolejna czesc tych morderczych testow:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć Braciszku,
    pamiętam, oczywiście, o naszych straszliwych planach.
    Będziem robić aneksy do listy. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Padłam! :lol:

    ...pozdrawiam i...liczę na więcej!

    cheer

    OdpowiedzUsuń
  4. Cheer, szarganie świętości wychodzi mi czasem lepiej, niż bym chciała. ;-)

    A przy okazji - moja flaszka Burning Leaves została już zamówiona i jest w drodze. Jak tylko wydrę ją z zębów Urzędu Celnego robię próbkę i wysyłam do Ciebie. Adres mam.
    I... pamiętam. :-*

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję :*

    Zapomniałam jeszcze dodać, że najbardziej spodobało mi się zdjęcie przy opisie Vanille Extreme xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Heheh, bosko :) Co będzie następne, spis świeżuchów smrodziuchów? :) I strasznie się dziwię, że L LL wykluczyłaś tak stanowczo, ja tam czuję wyłącznie wanilię i ciastko z dużą ilością cukru.

    OdpowiedzUsuń
  7. W LLL wyczuwam jakąś słoną nutkę uniemożliwiającą jej dokonanie morderstwa na mnie. ;-)

    A co będzie następne?
    Tym razem zamierzam powrócić do zachwytów i wziąć się za Wenge Donny Karan i French Lovera (ale nie wiem, jak mi pójdzie, bo usiłuję tę recenzję stworzyć już od roku chyba).
    W ramach świeżuchów mogę zaoferować Fig Tea Nicolai. Ale nie będzie, że smrodziuch.

    OdpowiedzUsuń
  8. Waniliowy bestiariusz rozłożył mnie na łopatki - wydrukuję sobie go chyba i powieszę nad łóżkiem, żeby dobrze zapamiętać, czego unikać ;) Chociaż... Addict ostatnio zdołał mnie zaskoczyć i poważnie zafrapować, bo ani zabić mnie nie chciał, ani specjalnie waniliowy nie był, ale zwalam to na specyficzne właściwości mojej skóry, testy - to be continued ;)

    Chylę czoła. I czekam z niecierpliwością na recenzję Wenge.


    Nola

    OdpowiedzUsuń
  9. Nolu - no niestety, bez testów nie sposób wykryć pachnącego zabójcy. Szczególnie, że to, co jednego zadusi, inną osobę pozbawi tchu, ale z zachwytu.
    I ja już nie napiszę, że to dobrze, bo zawsze to piszę. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale się uśmiałam!:D :D na prawdę Sabbath, to było genialne!:)Z opisanych przez Ciebie zapachów znam tylko dwa, a mianowicie:
    Ange ou demon- mnie to coś osobiście przypomina puder do twarzy, polany jakimś strasznie słodko-mdlącym syropem, który stał na starym, zakurzonym strychu:/ Oddychać nie można.

    Lolita edp- Bardzo mi ten zapach przypomina pewna wodę toaletową dla malutkich dziewczynek o zapachu karmelu.

    Właśnie tak pachnie sześciolatka :/
    GothicAristocrat

    OdpowiedzUsuń
  11. Gothic, teraz dopiero doczytałam, wybacz.
    Muszę przyznać, że puder do twarzy polany syropem od razu mi się zwizualizował. :-D
    Uwielbiam obrazowe porównania. I w sumie nie wiem, które gorsze - moje, czy Twoje. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie daruję Wam tego Bestiariusza:D Chyba wam muszę podesłać mój autorski mix "Różowa Landryna":D

    OdpowiedzUsuń
  13. Łolaboga! Czy ja dobrze pamiętam, że to było Cotton Candy doprawione dodatkowo jakąś wanilią?
    No zlitujże się... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Taaa, masz dobrą pamięć. Zlitowałam się i kupiłam sobie 30 ml Hypnotic Poison:D

    OdpowiedzUsuń
  15. O nie, moje ukochane Hypnotic Poison! Co dziwne, dla mnie nigdy nie zalatywały wanilią, tylko jakimś nieokreślonym bogactwem migdału, i jak podpowiada mi internet, jaśminu:) W tym zapachu jest chyba wszystko, co słodkie i kuszące: czekolada, migdały, wanilia (której nie czuję?). Za to Hypnotic Poison Elixir wydaje mi się nieprzemyślany, taki dziwnie inny od HP.

    OdpowiedzUsuń
  16. Sylvii, widzę, że czytasz na wyrywki. :)))
    Mnie ta ilość tak słodzonej wanilii męczy. Choć przypuszczam, że w znacznej mierze zależy to od chemii skóry - pisałam już wielokrotnie, ze moja skóra nie tylko wysładza, ale też wyplusza, puchaci zapachy. Jeśli dosłodzimy u spuchacimy coś, co z zasady jest bardzo słodkie i puchate... No to chyba przekraczamy masę krytyczną słodyczy i puchatości. ;))) U mnie wszelkie Lolity, Addicty i inne Hypnotic Poisony stają się karykaturalne. Za to bardzo przyjazne robią się perfumeryjne monstra, które na normalnej skórze pachną czasem morderczo. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. W temacie HP, Escady i Pink Sugar (szybko wyrosłam) muszę się zgodzić. Addicta nawet boję się komentować, żeby mnie nie zemdliło. :)

    Co do Lolki zaś, owszem jest killerowata, mocna, słodka i lepka - ale doceniam jej urok. Jest tak inna i charakterna (wg mnie), że nie mam serca jej nie lubić. :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Świetna notka, ubawiłam się nieźle jak przy wielu innych Twoich wpisach :) Połowy powyższych zapachów nie testowałam, ale też nie polubiłam tych, które poznałam. Lolita Lempicka i Hypnotic Poison są dla mnie nie do przejścia. Za każdym razem, kiedy psiknę nimi na nadgarstek, mdli mnie. Tylko Addict z tego co pamiętam całkiem mi się podobał. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Notka wredna. Sprzed lat. Uczciwie pisząc, nie wiem, czy teraz potrafiłabym tak "pojechać" zapach. Może i tak - w końcu z Absolue Pour le Soir obeszłam się bezwzględnie. :)
    Nie wiem, czy ktoś, kto to przeczytał uwierzy, że w sumie lubię zapach wanilii. :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo fajny blog podoba mi się.Naprawdę się starasz i jest oryginalnie i estetycznie. Kocham perfumy i to moja pasja od lat 20 paru...To powoduje pewne wyrobienie nosa:).Dziwię się zatem, że Twój nos nie czuje jakości takich już prawie klasyków jak Addict czy Hypnotic. Ale czas i gust to inne kwestie.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że gust jest sprawą indywidualną. Także pojęcie klasyki: dla mnie klasyką jest Chanel No.5, Bandit czy nawet Habanita. Żałuję Puszczenia w świat Talismanu Balenciagi. Waniliowe killery pasują mi raczej do roli prekursorów współczesnej mody na zapachy słodkie, okołospożywcze.
      Notka jest z roku 2008. Dodatkowo zbierana ze starych wpisów. Teraz mamy rok 2012. Nie wiem, jak teraz opisałabym te zapachy, wiem jednak, że z całą pewnością nadal nie należą do moich ulubieńców. :)

      Usuń
  21. Wpadłam poczytać Twoją recenzję Ambar i zafascynowała mnie etykieta "Escada". Czytając "Waniliowy Bestiariusz" nieźle się ubawiłam, bo znalazłam tu większość uwielbianych przeze mnie zapachów z HP i LL edp na czele:D To musi być kwestia skóry, bo np. LL nie robi się na mnie wcale duszna czy ciężka. Jest słodkim killerem, jasne, ale nuty anyżkowa i wiśniowa dodają jej w moim odczuciu świeżości, dlatego ją tak lubię.

    A tak w ogóle to fantastycznie jest przeczytać opis ulubionych perfum z zupełnie innego punktu widzenia. Wanna ciepłego budyniu szczególnie mnie urzekła:)

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja bym na chwilę obecną do Bestiariusza dorzuciła Manifesto YSL - miałaś może nieprzyjemność wąchania? Jak dla mnie to kompletna pomyłka, a jednak zapach popularny i na uczelni czuję na wielu dziewczynach, co doprowadza mnie do szału. Żałośnie płaski, jednowarstwowy, nic tylko wanilia i tonka, przez co ta płaskość jest jeszcze bardziej dojmująca.

    OdpowiedzUsuń
  23. Dla mnie HP pachnie jak plastikowe kwiatki. Koszmar z dzieciństwa, gdzieś u kogoś w wazonie widziałam zakurzone białe i liliowe kwiatuszki, tak okrutnie toporne, z taniego grubego plastiku z ostrymi kantami taniego fabrycznego odlewu. Gdyby ta szkoda komunistycznej mody jakimś cudem mogła pachnieć, byłby to Hypnotic Poison.

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak w ogóle, to dzięki za indeks :) i mimo, że od dawna nie ma tu nic boleśnie mainstreamowego, co powiesz o Midnight Poison?

    OdpowiedzUsuń
  25. No nie....!!! Tak nie mozna.. Diabel i Aniol..Givenchy to zapach WYBITNY , po setkach zachwytow , wlasnie TEN dziwolag..omamil mnie i rozkochal....Pachnie na mnie 2 dni ! Jeden z najbardziej MISTYCZNYCH zapachow , jakie poznalam...Aura starego kosciola gotyckiego i wygaszanych swiec...Lilie , szafran i posypka dla niemowlat ..klimat rodem z dziecka Rosemary...Sabbath ....pochyl sie nad nimi raz jeszcze ...wierzez, ze masz dobry gust...To dzielo niemalze genialne...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...