środa, 14 kwietnia 2010

Costes 2

Sama nie wiem, jak zacząć tego posta.
Szarganie świętości i brukanie ikon perfumiarstwa nie jest czynnością, której oddaję się z pasją i entuzjazmem, ale przyznaję - czasem odczuwam satysfakcję. Tym razem satysfakcji nie stwierdza się.


O pierwszym Costesie pisałam z pewną emfazą, że perfekcyjnie skomponowany, idealnie wyważony, urzekająco piękny i tak dalej. Kłaniałam się również w pas Wielkiej Olivii, która za tą niezwykłą kompozycją stoi. I choć Costes (który teraz pewnie nazywał się będzie Costes 1) mojego przewrotnego serca nie zdobył, zdobył mój podziw i szacunek. A to wiele.

Costes 2 przypomina swojego wielkiego poprzednika głównie tym, że mojego serca także nie podbił. Nie w tym jednak kłopot. Problem w tym, że nie wzbudza on nie tylko podziwu, ale tak szczerze - trudno jest mi mieć do niego jakikolwiek osobisty stosunek, bo zamknięty w budzącym wielkie nadzieje czarnym flakonie zapach jest po prostu... Mierny.
Mógłby stać na sephorowej półce gdzieś pomiędzy przebrzmiałymi ramotami, a masowo nabywanymi substytutami sex appealu.

Brzmiące w otwarciu duszne nuty kwiatowe podbite kosmetycznym piżmem i smutno niepikantnym cynamonem dają rezultat przywodzący mi na myśl świecę wetkniętą w gęsty, odżywczy krem pielęgnacyjny. Nie pytajcie, skąd takie skojarzenie - daję słowo, w życiu nie wtykałam świec w krem. Chyba, że w krem na torcie, ale to nie jest ten przypadek.

Świeca jest nowa, nie płonie, ale wosk jest zmiękczony przez wysoką temperaturę. Krem lekko się rozwarstwia emitując leniwe molekuły zapachu w nieruchome, nagrzane powietrze. Zapach jest delikatny, ale dziwnie gęsty. Jednorodny, jednostajny, statyczny.
Na tym etapie nie odnajduję w tej kompozycji ani lekkości i finezji charakterystycznej dla większości dzieł Giacobetti, ani zmysłowości pierwszego Costesa.

Jeśli miałabym doszukiwać się w tym zapachu oryginalności, to najbliższy tego terminu jest sposób następowania po sobie nut.

Po naprawdę nieruchawym otwarciu Costes 2 rozjaśnia się i traci tę uciążliwą, kremową gęstość, która czyniła pierwszą godzinę jego trwania tak trudną dla mojego nosa.
Dość ciekawa nutka geranium zestawionego z "dżemową" różą i kwiatem pomarańczy sprawia, że już bez niechęci (z)noszę ten zapach. Miła, owocowa słodycz nieco unosi kompozycję, nadaje jej lekkości i pozwala wreszcie uwierzyć, że Giacobetti choć z daleka patronowała procesowi mieszania składników.

Kłopot w tym, że nieuciążliwy i nieuwierający Costes 2 wciąż nie staje się dziełem wybitnym.
Na tym etapie jest po prostu ładnym i przyjaznym "zapaszkiem", jakich wiele na sephorowych półkach. Ani lepszym, ani gorszym od innych urokliwych przeciętniaków.
A dla dopełnienia tego niezbyt porywającego obrazu dodam, że nader przeciętną ma on także moc i trwałość.

***

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wpadłam w pułapkę swoich własnych oczekiwań.

Pierwszy Costes stał się ikoną, dziełem sztuki perfumeryjnej w dosłownym rozumieniu tego słowa. Sequele są zawsze wyzwaniem. Firma Hotel Costes podjęła ryzyko zmierzenia się z własną legendą, wynajęła najlepszego możliwego fachowca i... Moim zdaniem straciła.

Może numer 3 okaże się lepszy?


Data powstania: 2009
Twórca: Olivia Giacobetti

Nuty zapachowe:
benzoin, cynamon, turecka róża, geranium, kwiat pomarańczy, drewno gwajakowe



* Autorem zdjęcia nr 3 jest Tim Walker

1 komentarz:

  1. Sabb, jesteś kusicielką. Będę spędzać wieczory na twoim blogu :) Zrecenzowałam u siebie Gucia, więc jak chcesz to zajrzyj - też miałam problem z moim księciem. Wiesz gdzie kliknąć - http://dysk89.wordpress.com/ A Costes zobaczę, może mi się spodoba ;)
    Pozdrawiam Werka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...