poniedziałek, 7 czerwca 2010

Serge Lutens Iris Silver Mist

Zostałam poproszona o tę recenzję już dawno temu.
Trudno mi było spełnić tę prośbę, bo po pierwszych przymiarkach do tego zapachu nie pożądałam kolejnych testów, a myśl o globalnym zlaniu się lutensowskim Irysem nie była mi szczególnie miła.

Ponieważ jednak doskwiera mi nieustający brak czasu (albo raczej nadmiar zajęć) wpadłam na sprytny koncept, że jeśli przedmiotem recenzji uczynię coś, co odbieram jednoznacznie negatywnie, to trzasnę wredną reckę w minut pięć i będą miała z głowy, a blog "podrygnie".


Skończyłam robotę (też hobbystyczną w sumie) o 5:30, uciapałam się ISM z lanej próbki i... Może to przemęczenie, ale wpadłam w stupor.
Czuję się, jak gdybym siedziała na wielkiej kupie zgniłej włoszczyzny. Obraz brudnych, obsypanych czarną, wilgotną ziemią gnijących płodów rolnych jest tak sugestywny, że zamiast rozważać strukturę kompozycji, chwytać nuty i analizować akordy zastanawiam się, co sprawia, że są ludzie, którzy chcą tak pachnieć.
Bo w sumie w to, że zapach męskich gatek ktoś lubi jeszcze ostatecznie uwierzę, ale to?

Otwarcie jest naprawdę trudne. Do zniesienia też.
Zakładam, że to kłącze irysa odpowiada za zapach przypominający początkowo butwiejące w ziemi grube korzenie marchwi (charakterystyczna słodycz marchewki podbita podejrzaną słodyczą zgnilizny), potem zaś wzbogacony o nuty zwiędłej naci i ewoluującej w kierunku brunatnej mazi sałaty. Przyczajone między sałacianymi liśćmi trupy gąsienic też "ewoluują".

Perfumy nie powinny TAK pachnieć, siedzę więc i wyczekuję jakiejś zmiany.
Nie wiem, co jest źródłem mojego gorącego pragnienia, żeby Iris Silver Mist jednak okazały piękne. Przecież na zdrowy rozum - nie istnieje poziom piękna, który sprawiłby, że ponownie zmierzę się z tym upiornym (to dobre słowo) otwarciem.

Niestety, po paru godzinach wciąż nie jest ładnie. Inaczej - owszem. Zgniła słodycz przeszła do defensywy, przyczaiła się w tle, ziemistość zniknęła zastąpiona przez, mniej sugestywną lecz również podejrzanie niezdrową, nutę kwaśną.
Pod tą niemiłą memu nosowi warstwą wyczuwam galbanum, namoknięte nuty przyprawowe (z wyraźnym cynamonem przypominającym nieco ten z Messe de Minuit), paczulę, ziemisty korzeń wetiweru i piżmo.


Chłód kadzidła frankońskiego i charakterystyczny, jasny zapach kłącza irysa tworzą rzeczywiście pewną mglistą świetlistość, która daje mi pewne wyobrażenie o tym, jak może rozwijać się ta kompozycja w innym miejscu i czasie. I na innej skórze, bo na mnie nie współpracowała przy żadnym z testów.

Zamiast Silver Mist wychodzi na mnie co najwyżej Silver Pitchfork - czysta, metaliczna nuta tkwiąca wśród naturalistycznie organicznych składników jak nowe widły na stosie roślinnego kompostu.
Niechaj będzie, że w mglisty poranek.


Data powstania: 1994
Twórca: Maurice Roucel (nie Sheldrake i nie Lutens!)

Nuty zapachowe:
kłącze irysa, galbanum, cedr, sandałowiec, goździk, wetiwer, piżmo, benzoes, kadzidło, chińska żywica balsamiczna, biała ambra



* Autorem pierwszego zdjęcia jest Grumpy Bastard.

13 komentarzy:

  1. Hyhyhyhy :-P
    "Przyczajone między sałacianymi liśćmi trupy gąsienic"... Sabbuś, Ty to wiesz, co mnie kręci najbardziej ;-D W pełni połechtałaś moją powszechnie znaną słabostkę do "zwłok już nieżyjących". Pal licho, że to zezwłok owadzi... No bo pomiędzy liśćmi(!) Przyczajone(!) Doprawdy, po stokroć mrau!! ;-D

    Wracając do ISM... Testowałam to brzydactwo na którymś zlocie i choćby mnie nad żywym ogniem przypiekano, nigdy więcej. A recenzja urocza i wielce sugestywna - miałam autentyczne mdłości w trakcie lektury ;-P

    OdpowiedzUsuń
  2. A dziekuje Siostro za recenzje mojej odlewki ktora ci wreczylem na zlocie ;) Mam jeszcze jakies 15ml w Dzwonie Lutensa nie chcesz czasem przygarnac??:D Bo ja sie tym smrodem nie wyperfumuje :P...


    Salatko lisciata to chyba ja cie uraczylem tym cudnym zapachem na zlocie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, wydało się. To Teziak tego smroda przytargał i to przez niego spędzałam dziś poranek na stosie marchwi. :)))

    Mam nadzieję Braciszku, że jesteś usatysfakcjonowany recenzją. A co do przygarniania... Yyyyy... Nie miałabym śmiałości pozbawiać Cię ukochanej perfumy. ;)

    Sałacik uwierz mi, między Twoimi listkami nie wyczułam żadnych nieżyjących zwłok. :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Sabb a które Lutki lubisz ? O ile są takie;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Siostrzyczko z checia bym ci oddal te cudne perfumy ;-) Ale wiesz ja taki niesmialy jestem ;D Widzisz ja podobna recenzje napisalem na wizazu ;O ze czuje stos marchew wyciagnietych prosto z ziemii :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Butwiejąca marchew, maź sałaty, kupa zgniłej włoszczyzny... :D ;) Też nie wiem, kto chciałby tym pachnieć, zombiak jakiś? ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Teziak, marchew jest tam tak sugestywna, że trudno jej nie czuć. :)


    Left Side of the Moon - mnie pozostaje jedynie wyobrażanie sobie, że na kimś innym ISM pachnie inaczej. W przeciwnym razie... jestem skonfundowana pomysłem stworzenia takich perfum. ;)
    A zombiak... Hihihih! Sam z siebie "pachnie" chyba... ;)))

    Napisałam maila. Czekam z niepokojem.

    OdpowiedzUsuń
  8. A mnie chodziło o te "najbardziejsze" a skoro część wyleciała w świat...;p Przestały się podobać,czy Cię przytłaczała ilość?;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. hej.
    jedyny znany mi irys, który zachwycił od pierwszego razu to: LE LABO
    teraz pożądam inne zapachy tej marki.
    widzę Klaudio że ostatnio na polu Lutensowskich zapachów nie masz szczęscia.
    u mnie zaś jest odwrotnie.
    90% Lutensów układa się znakomicie (jest kilka wyjątków,z którymi sobie nie radze ;)no ale to zaledwie kilka.
    Sądząc po twojej opinii wyżej wymieniony nie zachwyca,choć ja osobiście lubuje sie w hardkorach (Musc Koublai Khan,Tubereuse Criminelle)
    pozdrawiam
    J

    OdpowiedzUsuń
  11. tak się zastanawiam.Tubereuse Criminelle oraz Musc koublai khan czy to takie hardkory? chyba tak nie do końca.
    dla mnie istnym smrodziarzem był: BRUN Jean-Charles Brosseau.
    tu kompletnie nie dałem rady.
    istne FUUU!
    przez ten zapach znienawidziłem wędzoną cherbatę używaną w kompozycjach.
    pozdro
    J

    OdpowiedzUsuń
  12. Jarku, akurat Irysa Le Labo nie znam. Zaczynam żałować... Ale ogólnie aromat kłącza irysa potrafi zachwycić. I wystraszyć też. nie rozgryzłam na razie jak to działa.

    Lutki na mnie też układają się dobrze - choć chyba akurat inne, niż na Tobie. ;)
    A The Brun... Nie pamiętam go. Wędzona herbata w perfumach rozczarowała mnie perę razy. pachnie ładnie na bloterach, a na mnie nie chce. Ale ja w sumie nie jestem koneserem herbaty także w życiu. Szukam za to gorrrącej, niesłodzonej kawy w perfumach. Na razie znajduję albo słodką, albo letnią.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nigdy więcej tego "czegoś" na moim nadgarstku... Ktoś mnie załatwił tym, na którymś zlocie:D

    A aktualnie przeczesuję Twojego bloga pod kątem perfum z nutą ambry:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...