Lipstick Rose Frederic Malle

 .

Wiecie, że dziś jest Dzień Kobiet?

Ja wiem.

Żadna w tym moja zasługa – systematycznie zapominam o wszelkich świętach, nie tylko tak błahych… Ogólnie uważam, że wszelkie rocznice warte są uwagi wyłącznie jako pretekst do imprezy, ale ilość życzeń, jakie dostaję z różnych, czasem dziwnych okazji (na przykład z okazji Dnia Kota) ewidentnie świadczy o tym, że jestem w mniejszości.

Dlatego wszystkim czytającym Paniom życzę spełnienia kobiecych pragnień, a Panom spełniania kobiecych pragnień. 🙂

Z okazji Dnia Kobiet skuszę się na recenzję zapachu bardzo kobiecego i w pewien sposób odświętnego jednocześnie. Chociaż… Tak szczerze pisząc, od dawna miałam chrapkę na ten wpis. „Od dawna” to znaczy konkretnie od poznania 1889 Moulin Rouge Histoires de Parfums, o których sam Gerald Ghislain mówi, że oddają zapach czerwonej pomadki do ust.

Otóż prawda jest taka, że od pierwszego testu wiedziałam, że zapach czerwonej pomadki to zupełnie inne perfumy. I dziś napiszę o nich właśnie.

Czy kobiecy zapach to to samo, 

co kobiece perfumy?

Wyobraźcie sobie zapach dobrej jakości, świeżej, tłuściutkiej pomadki do ust. Najlepiej takiej zawierającej pielęgnujące składniki naturalnego pochodzenia: jakieś woski owocowe, witaminki, olejki. I do tego koniecznie w intensywnym, żywym, czerwonym odcieniu. Udało się?

A teraz połóżcie tę pomadkę na pięknym, jedwabnym szalu w kwiatowe wzory – ciepłym jeszcze, ogrzanym jasną skórą smukłej szyi używającej różanych perfum elegantki. Oto zapach Lipstick Rose.

Pytanie brzmi, czy taki olfaktoryczny obrazek jest najlepszym pomysłem na perfumy.

Cierpki, mocny zapach owocu róży, znacznie lżejszy, świeższy fiołek, charakterystyczna woń piżma i ładna, kobieca ambra w tle. Wszystko to w Lipstick Rose jest i brzmi. Brzmi ładnie. A jednak nie do końca jest to zapach perfum. 

Z przyczyn nieodgadnionych umysł „wąchaciela” odbiera tę kompozycję jako aromat pomadki do ust. Elegancki, kobiecy, luksusowy… Ale nie perfumeryjny.

 

Wszystko, co napisałam powyżej powoduje, że mam ambiwalentny stosunek do dzieła Schwiegera. Doceniam, nawet podziwiam, ale pojęcia nie mam, po jakie licho miałabym pachnieć szminką. Ciężki, pudrowy, tłusty zapach pomadki jest dla mnie raczej wliczoną w koszta niedogodnością, niż dodatkowym atutem. Oczywiście, znoszę go bez obrzydzenia, ale i bez zachwytu. Ale znoszenie go bez profitu w postaci seksownych, czerwonych ust wydaje mi się nieporozumieniem.

Reasumując: jako kompozycja programowa, swego rodzaju perfumeryjna anegdota jest to majstersztyk. Jako perfumy do globalnego użytku… Niekoniecznie.

Data powstania: 2000

Twórca: Ralf Schwieger

Nuty zapachowe:

Nuty głowy: owoce

Nuty serca: róża, fiołek

Nuty bazy: wanilia, piżmo, wetiwer, ambra

* Pierwsze zdjęcie jest marketingowym zdjęciem do maratonu Race for the Roses 2008

** Drugie to reklama firmy Revlon

*** Na trzecim oczywiście Liv Tyler w reklamie pomnadek Givenchy

**** Czwarte pochodzi w photostreama użytkownika szelee na serwisie Flickr

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

17 komentarzy o “Lipstick Rose Frederic Malle”

  1. Ale za to jaki świetny wybieg marketingowy! Te różane tony brzmią bardzo zachęcająco! To mogłaby być ciekawa pozycja choćby z uwagi na skojarzenia jakie wywołuje 🙂

  2. wiedźma z podgórza

    Miałam możliwość poznać, ale było to krótko po spotkaniu z Ghislainowym Moulin Rouge, zatem specjalnego wrażenia na mnie FM Szminka nie zrobiła [rety! "FM", ależ to budzi skojarzenia 😉 ]. Teraz wąchnęłabym ją ponownie, tak "na świeżo". 🙂 Niedługo powinnam zawitać do Warszawy, więc może skoczę do GaliLu.

  3. Kat, pomysł rzeczywiście ciekawy. I zapach dobrze zrobiony. Ale pachnieć tak bym nie chciała. Bez względu na skojarzenia. 😉

    Wiedźmo, na skrót tez zwróciłam uwagę. Co za ironia. 🙂
    Na mnie Szminka FM wrażenie zrobiła od razu. Tyle, że nie wiem, czy najlepsze. Moulin Rouge ładniejsze. Ale tez nie do końca moje.

  4. Zawsze mam ochotę wypróbować zapach, o którym piszesz… Nawet, jeśli nie jesteś nim zachwycona… To może być bardzo zgubne dla kieszeni i niebezpieczne dla zdrowia (no bo nerwy, jeśli zapach jest truuudny lub niemożliwy do zdobycia, są bardzo nadszarpnięte) 🙂 Hmmm, wyrazisty zapach tłustej czerwonej szminki?… Czemu nie… 🙂 Pozdrawiam serdecznie! 🙂

  5. O! Witaj w nowym wcieleniu. Poznałam Cię po kocie. 🙂
    No i powiedz mi, czy ciekawośc i żądza poznania mogą być czymś złym? Dylemat rodem z "Fausta", czyż nie? Ja tam zawsze Fausta rozumiałam. :)))

  6. Dzień Kobiet, czego by o nim nie powiedzieć, i jakich skojarzeń by nie wywoływał, to ciepły dzień. I dla mnie, prócz imprezy, jest także pretekstem do zakupu nowej flaszki perfum 🙂

    Życzę Tobie, Sabbath, spełnienia marzeń i niekończących się fascynacji, nie tylko olfaktorycznych!

    Noctuidae

  7. Chyba mamy jakas linke, bo wczoraj wypelnilam liste Editions FM i dostalam dzis od nich odpowiedz.
    MR za pierwszym razem odrzucilam w bok, ale w zeszlym tygodniu po zakupie flaszki Midnight Oud, ktory pachnie na mnie jak cudo trafila probka MR do torebki, no i szok: pachnie bardzo kobieco i siega po miejsce na tronie, ktore ostatnio zajmuja zapachy Mony di O., ktora uwielbiam za swoj swoisty styl: Musk, Chamarre i Amyitis.
    Pomadkowe niestety nie moje…, a Faust najlepiej w wydaniu Bulgakova szepce mi do ucha…
    Energia przenika Twoja recenzje 😉
    a dzien kobiet u nas nie obchodza: kiedy o to kogos zapytalam dawno temu, padla odpowiedz: tu dla kobiet kazdy dzien jest dniem kobiet, cos w tym jest: w kraju, w ktorym 75% z wlasnego wyboru ma mozliwosc pracy na mniej niz caly etat…

  8. Noctuidae, masz rację. Oczywiście, liczy się kazdy pretekst do tego, by się usmiechnąć, spędzić miłe godziny czy spełnić któreś ze swoich marzeń. Jaki flakonik nabyłaś? 🙂
    Życzę i Tobie wiele pachnących przyjemności na wiosnę i nie tylko. 🙂

    Michasiu, poznałam już po pierwszych zdaniach! Tyle jest pozytywnej energii w tym, co piszesz. 🙂 Gratuluję flakonu MO. Wyznam szczerze, że gdybym nie miała własnej flaszki, pewnie zazdrościłabym niesamowicie. 😉
    Faust najlepiej do mnie mówi w oryginale… To znaczy w wersji Goethego. A MR? Na mnie piżmo potrafi być naprawdę brzydkie. Szkoda, ale nie można mieć wszystkiego.
    Wszystkiego dobrego, Michasiu!

  9. Zamierzałam się na Chergui, rozważałam też Feminite du Bois, a ostatecznie przyszły do mnie wczoraj nowe próbki Lartisan i wpadłam całkowicie w zapachowy zawrót głowy 🙂 A gdy myślę, że tak wielu zapachów jeszcze nie poznałam…
    Ciężka, oj ciężka jest walka rozwagi z pożądaniem 🙂

    Noctuidae

  10. Oj ciężka… Zarówno Chergui, jak i Feminite warte są jednak grzechu nierozwagi. Wyznaję, że o obu mam mysli natrętne. Chergui marzy mi się wersja z atomizerem w kanciastej flaszce, bo dzwonka nie cierpię, a Feminite… No zapas. Zapas kusi.
    A l'Artisany które Cię urzekły? Co testowałaś?

  11. Poznałam na początku Coeur de Vetiver Sacre, i, zachwycona, bez większego namysłu go zakupiłam 🙂
    Wąchałam Fleur de Liane, Al Oudh, Nuit de Tubereuse, Cote d'Amour i te nie okazały się "moje", choć doceniam przestrzenność otaczającą tuberozę (za którą nie przepadam) w Nuit…, i moc Al Oudh.
    Poznałam też, póki co nadgarstkowo: Navegar, Dzongkha, Premier Figuier, Tea for Two, Timbuktu, i te czekają na dalsze testy. Nieruszony czeka na swój dzień także Safran Troublant 🙂 Przy pierwszych testach zachwyciły mnie Tea for Two, poprawiły nastrój Premier Figuier, a prawdziwie zadziwiła mnie swoją skórzaną wonią Dzongkha, choć przeczuwam po tym krótkim teście, że to nie zapach dla mnie. Za to bardzo spodobał się mojemu mężczyźnie. Jego skóra bardzo podbija zapachy; Dzongkha ukazała swe prawdziwe, silne i nieposkromione oblicze.
    Moja skóra lubi zapachy drzewne, przyprawowe, ale wysładzające się z czasem.

    Noctuidae

  12. Ach! Coeur de Vetiver Sacre! Nie wiem, czy nie zaszaleję na wiosnę… Na razie Ci zazdroszczę po cichutku. 😉
    Z pozostałych rozważam Timbuktu. Premier Figuier miałam nawet kiedyś, ale chyba figa nie jest moją nutą… Tak jak Ty, lubię drewno, przyprawy. A wysładza się na mnie wszystko prawie. 😉
    Dumam ostatnio nad Tea42. Powinien się na mnie układać ładnie, a śmierdzi. Zaczynam podejrzewać, że moja odlewka jest popsuta. 🙁

  13. Na mnie Tea for Two jest bardzo świeży i słodki, jednak to spostrzeżenia po krótkich testach. Z otwarcia przypomina mi Five o'Clock Serge'a. Cieszę się, że nie szarpnęłam się na flaszkę Five o'Clock bez poznania Tea for Two. Teraz herbata L'Artisan wydaje mi się pełniejsza, bogatsza… 🙂

    Noctuidae

  14. No to tym bardziej postaram się o świeżą próbkę. Bo Five O'Clock fajne jest. Choć trochę bezjajeczne dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Woodcut Olympic Orchids

Nuty drzewne to moja absolutnie ukochana rodzina zapachów. Jeśli coś nazywa się Woodcut i wyszło spod ręki Ellen Covey to… no nie może nie trafić

Czytaj więcej »

Womanity Thierry Mugler

. Pamiętacie recenzję Kadoty? Tę z wiewiórkami? Testując figowe perfumy Michaela Storera nie potrafiłam się oprzeć przekonaniu, że z czymś mi się kojarzą. Wiem, że

Czytaj więcej »