Kolekcja Upiorów część 1 - Iron Duke BeauFort London

Iron Duke to nazwa, która w każdej nieomal głowie wywołuje feerię skojarzeń. Przesławne pancerniki! Czadowe lokomotywy! Oraz zupełnie nieczadowe i sławne wyłącznie z niewłaściwych powodów silniki General Motors.


W opisie producenta znajdziemy informację, że pierwsze perfumy Revenants Collection - czyli Kolekcji Upiorów - to hołd złożony Arthurowi Wellesley'owi, księciu Wellington. Ja rozumiem, szanuję karierę wojskową księcia Wellington, jego wkład w politykę i w ogóle, ale w mojej wyobraźni najbardziej nawet charyzmatyczny i zasłużony książę nie może mierzyć się z pancernikiem parowym. Z parowozem też mu ciężko.

Dlatego trochę opornie szły mi testy.


Testując Żelaznego Księcia po raz pierwszy, poczułam zawód. Że to nie kolejne Tonnere i nie kolejne Vi et Armis. Że żadnych pancerników i żadnych parowozów. Że oto Beaufort London zrobił normalne perfumy. Jak to?! 😲

Testując Żelaznego Księcia po raz wtóry zrozumiałam, że normalność tych perfum to kwestia kontekstu. Bo owszem, po dziś dzień to najładniejsze i najłatwiejsze perfumy w repertuarze stworzonej przez perkusistę The Prodigy marki, ale... to wciąż nie są perfumy ani po prostu ładne, ani szczególnie łatwe.


W nutach samo dobro: proch strzelniczy (czyli magnes na Sabbath), rum, tytoń i skóra.

I zacznę od skóry, bo po opadnięciu dymu, to właśnie ta nuta tworzy charakter kompozycji. Otóż... jest to skóra stara.

Wygładzona ciepłymi dłońmi, pachnąca życiem i czasem.
Skóra, która przetrwała wiele i zjechała świat. A raczej została przez ten świat przewleczona, przeciągnięta i przepchnięta. Skóra moczona w słonej wodzie i kładziona na słodkiej ziemi. Spękana i stwardniała. Trzeszcząca przy każdej próbie odkształcenia.
Popręg siodła. Ramię plecaka. Pas z wytartą klamrą.
Skóra noszona przy skórze.

Nuta archetypiczna, ikoniczna, metafizyczna.

Nuta, która mogłaby zrobić cały zapach. Ale nie tym razem.


Julie Dunkley zalała ten niesamowity akord skórzany szorstkim zapachem rumu. Rumu pikantnego, niepięknego i pitego dla kurażu raczej, niż dla smaku. Zapachem, który tak samo jak pity dla kurażu rum, z czasem zaczyna smakować.
 
A potem Julie Dunkley sypnęła prochem. I to nie tym ładnym, pachnącym nieomal kadzidlanie prochem czarnym z tłustą, węglową nutą; lecz prochem brzmiącym jak nitrocelulozowy proch pirotechniczny.

Otwarcie Iron Duke to zapach, który przełyka się, jak rum pity dla kurażu.


W cieniu duetu skóra - proch brzmi zapach mydła. Ostry jak zarys żuchwy podróżnika. Przyjazny jak myśl, że podróżnik nie ma pcheł.

I jeszcze niżej: nikła słodycz nut animalnych, nikła słoność opuszczonej plaży i, nasilający się z czasem, rudy zapach rdzy.  

Wszystkie te ostre, mocne aromaty z czasem splatają się w spójny, dźwięczy akord. Niepiękny, jako rzekłam, lecz także z całą pewnością nie brzydki.

Zaskakująco wygodny Balsamiczny wręcz. Słodki jak kalafonia.
Brudno czysty. Uwalany ziemią, wyprażony żarem, wymydlony mydłem. Normalny.

Zbyt normalny, jak na  tworzące go nuty!


Iron Duke opowiada historię podróży. Konno, pieszo i parowozem. W upale i w deszczu. Historię długiej i niekoniecznie porywająco ciekawej podróży, dzięki której wielki i groźny świat staje się domem.

Historię największego odkrycia w historii ludzkości. Odkrywania własnych możliwości.
Rzecz w tym, że choć odkrycie takie ważne, opowieści o nim rzadką są wspaniałe.



Data premiery: 2017
Kompozytor: Julie Dunkley
Projekcja: bardzo dobra, choć zapach ma tendencję do linearnego cichnięcia. Jego umueranie zaczyna się od wielkiego otwarcia i to trochę... nie zachwyca.
Trwałość: jest to książę dośc długowieczny. Niech żyje!

Nuty zapachowe:
skóra, tytoń, rum, proch strzelniczy


Komentarze

  1. <3 <3 <3 <3 <3 <3 obowiązkowy deszcz serduszek, gdyż nareszcie, nareszcie, nareszcie!
    (przprszm. Nie to, że popędzam, ale jestem podekscytowane.)
    z Księciem mam ciekawą relację, bo po pierwszych testach uznałom, że się nie układa i chyba sobie podziękujemy, ale że przy pandemii siedziałom w domu, to uznałom, że co mi szkodzi zrobić drugie podejście. I zadziała się magia, ten Upiór ułożył się ładnie, ale nie za ładnie, tak w sam raz. To jeszcze nie zauroczenie, ale została nawiązana nić porozumienia.
    "po dziś dzień to najładniejsze i najłatwiejsze perfumy w repertuarze (...) marki" - a tym mnie nieco zastrzeliłaś XD u mnie ten (nie)chlubny tytuł dzierży Terror and Magnificence.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! jak to fajnie, ze ktoś czekał. A nawet Ktoś!
      Będzie cała kolekcja. I mam w niej nawet chyba marzenie... o flaszce rzecz jasna.

      Usuń
    2. chyba nawet zgaduję, która to flaszka!

      Usuń
    3. Hmm... Ponieważ jakby ten tego zgadzam się z twoją oceną T&M... wybór nie jest powalająco wielki. Albowiem seria ma tylko trzy tomy, z czego dwa są ładne. ;)

      Usuń
    4. nieprzerwanie mnie bawi, że "ładne" to niemal nigdy nie komplement XD

      Usuń
    5. Bo to taki eufemizm trochę. A poważniej troszkę: ja naprawdę wolę sztukę brzydką, niż po prostu zwyczajnie ładną w sposób obliczony na popularność. I to dotyczy sztuk różnych i to się dzieje u mnie od zawsze. Ogólnie obowiązujące kanony piękna respektuję, ale rzadko "czuję".

      Usuń
  2. Hmmm, na mnie wszystko pachnie "inaczej" niż sugerują opisy, więc niewykluczone, że by mi się spodobało jak pachnie na mnie. Na razie zostanę w rozpaczy po nieudanym skoku na "ohydne zielsko" :-/ i będę cuchnąć techno-bergamotą...

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Popularne posty