Perfumy, które kłamią - Oud Deneii Maison Incens


Jest to dziwne pachnidło.

Oud bez oudu.
I zarazem kompozycja wyraźnie kłaniająca się klasycznemu złożeniu róży z agarem ale... także bez róży.


Charakterystyczny, niejednoznaczny aromat agarowej wydzieliny zastąpił Gigodot przemyślanym, niejednoznacznym blendem nut drzewnych i animalnych. Nie oszukując w nutach, a jednak tworząc iluzję oudu takiego, jaki znamy, jaki kochamy i jakiego nienawidzimy... czasami. Bardzo rzadko. 😉

Zamiast róży pojawia się wysoko skoncentrowany geraniol będący jedną z ponad stu, lecz zarazem jedną z najbardziej dystynktywnych składowych aromatu prawdziwej róży. Tu brzmiący jak w przyprawowych goździkach, dodatkowo podkręcony niejednoznaczną dziwnością anyżu grającego w tej samej tonacji, ale troszkę fałszywe nuty.


Oud Deneii wchodzi na skórę z wyartykułowanym spokojnym głosem oświadczeniem, że oto on jest oudem. Prawdziwym.

Na dowód ma drzewny mrok, który zapada wraz z jego nadejściem i charakterystyczny pomruk nut animalnych. Też syntetycznych, jeśli mnie pytacie.

Nad oudowym majestatem uzurpatora unosi się nimb nut eterycznych: bardzo ładnie, w sposób przemyślany złożony akord anyż + lukrecja (ale bardziej anyż) + tytoń. Grający w sekcji animalnej i oudowej zarazem. Wietrzny, złocisty i intrygująco niejednoznaczny.


Z czasem zauważamy niuanse.

Niuanse mają to do siebie, że potrafią zmienić odbiór zapachu, skupić uwagę, przepchnąć pachnidło po prostu fajne w kategorię "pachnidło fajnie się nosi, a poza tym - mówię Wam - coś w nim jest!". I to jest ten przypadek.

Oud Deneii to fajne perfumy. Proste i wcale nie jakoś bardzo oryginalne; bazujące na oudowym blendzie wykorzystywanym już wielokrotnie przez Laurenta Mazzone, przez Evelyne Boulanger dla Armani, perfumiarzy pracujących dla Toma Forda i wielu innych. Ale przemyślane i sprytnie zaplanowane. Miłe w kontakcie i niewymagające jakoś szczególnie - jeśli jesteśmy miłośnikami niszy i oudu. Ale zarazem... no coś w nich jest.

Ten visual nie ma sensu w kontekście tego zapachu.
Ale taki jest więc wrzucam.


W sekcji eterycznej - anyżowo - lukrecjowo - tytoniowej z czasem pojawia się niejednoznaczna zieloność selera. Seler sam pachnie trochę anyżem, więc pomysł podbicia tej frakcji tak niecodzienną, niespotykaną nutą był po prostu świetny.

Kluczowy dla nastroju tych perfum jest jednak akcent morski. Który nie brzmi morzem, tylko mokrym kamieniem. W złożeniu z bezpiecznym, trochę niemrawym akordem animalnym ta nuta brzmi... adekwatnie. Stawia to metaforyczne czarne zwierzę na kamiennej posadzce - chłodnej i obcej. Sprawia, że rezerwa, a jaką Gigodot opowiada pozostałe akordy przestaje uwierać i nabiera sensu.


Mamy tu oudowego uzurpatora, który jest - w oczywisty sposób - fałszywy. Ale jest u siebie.
I zwierzę, które jest obce.

Te dwa akordy stają naprzeciw siebie wyzłocone chłodnym akordem (powiedzmy) przyprawowym i (powiedzmy) gourmandowym. I stoją tak, na kamiennej posadzce. Nie - oud w ciężkim płaszczu i miękkich butach. Zwierzę pazurami drapiąc wilgotny kamień. A za wielkimi, strzelistymi oknami szumi morze...


Data premiery: 2015
Kompozytor: Jean Claude Gigodot
Projekcja: jak na taki skład, bardzo umiarkowana
Trwałość: parę godzin, bez rewelacji

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: anyż, lukrecja
Nuty serca: tytoń, fiołek
Nuty bazy: akord zwierzęcy (piżmo tonkijskie, cybet, kastoreum), akord morski, piżmo

Komentarze

  1. Bardzo zachęcający opis, nawet jeśli to nie głęboka nisza. Ale tak naprawdę Ty po prostu umiesz pięknie kusić ;) Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze w tym nowym roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie głęboka, ale to chyba w ogóle cecha marki.
      Wszystkiego dobrego i pięknie pachnącego!

      Usuń
  2. oudowy majestat uzurpatora, jakie to piękne wyrażenie! Będę tak myśleć za każdym razem, kiedy będę musiało się wydawać pewniejsze siebie i na miejscu niż w rzeczywistości jestem (czuję się?).
    to, że piszesz zachęcająco, to nie nowina, ale tu czuję się zachęcone bardziej niż zwykle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często tak mam, że czuję się nie na miejscu. Ale potem robię, co trzeba, bo tak trzeba. Szczególnie jeśli ktoś na mnie liczy. <3

      Usuń
    2. o, to zawsze!
      choć myślałom o czymś o mniejszej wadze, o czymś, co potrzebuje metody "fake it till you make it" :D

      Usuń
  3. Intrygujący opis i skład, jednak mam dylemat - nie lubię nut zwierzęcych, ale opisujesz je tak, że mam ochotę przetestować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu one nie powinny uwierać. Są takie... no mało zwierzęce.
      W sumie przetestować zawsze warto. :)

      Usuń
  4. Jak ognia boję się anyżu i lukrecji. Skojarzenia są zbyt jednoznaczne i źle zapisane w pamięci, ale oud, nawet jeśli to uzurpator, brzmi zwodniczo kusicielsko. "Drzewny mrok i pomruk nut animalnych" to właśnie te nuty, które być może sprawią, że anyż i lukrecja będą bardziej akceptowalne. Stawiam znak zapytania nad tą kompozycją. Raczej na pewno nie będzie moja, ale jak zwykle mam w sobie przekorną chęć przetestowania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam już wielokrotnie, że lukrecja i anyż to jest kryptonit na Sabbath. Kiedyś wydawało mi się, ze jedyne alko, którego nie wypiję nawet na najlepszej imprezie to ouzo. Od jakiegoś czasu wiem, ze likier na czarnej lukrecji też odpada. No nie da rady. I piszę to ja - człowiek, który zawsze powtarza, ze impreza rzecz święta.
      Rrrrany, jak ja tęsknię za imprezami. Normalnie minimum dwie noce w tygodniu miewałam przeimprezowane. Czasem zaczynałam już w środę i ciągnęłam do niedzieli. Lockout + choroba mnie po prostu zabijają... Czuję, że dziczeję.

      Usuń
    2. Oj, chyba wszyscy dziczejemy. Ja już nawet nie pamietam jak wyglądają niektórzy znajomi. Dobrze, że część z tych osób nie zmienia perfumeryjnych obyczajów to przynajmniej po zapachu ich rozpoznaję ;) A co do imprezowania to to fakt, że te wspólne, tzw "imprezy" na Skyp'ie to jakiś żart. Można teraz sobie nucić pod nosem - "Czasami chce się do człowiek, ja chciałam"... Och, żeby chociaż ten rok pachniał dziko, szaleńczo i namiętnie. Wszystkim nam tego życzę :)

      Usuń
    3. Imprezy przez internet to kicha. Nie działają, nie lubię.
      Nie lubię też gadać przez telefon i przez komunikatory. Ja muszę wszystko robić na 100%. Albo jestem z kimś na 100%, albo jestem na 100% sama. A kawę piję gorrrącą albo z lodem. ;)

      Usuń

Publikowanie komentarza

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Popularne posty