Bvlgari Eau Parfumee Au The Noir

Recenzując Onekh z serii Le Gemme Bvlgari zapowiadałam recenzję Czarnej Herbaty i oto ona.
Trochę spóźniona, bo ze strony Bvlgari już jakiś czas temu zniknęła większość herbacianej serii – między innymi Eau Parfumee au The Rouge, która była moim pierwszym zachwytem w serii.


Pamiętam, kiedy Eau Parfumee au The Rouge pojawiła się na rynku – w tym cudnym, szronionym flakonie, z ciężkim korkiem. Miałam wówczas niewielką kolekcję i jednym z jej (tanich wówczas) klejnocików była oponka Black tejże marki. Po Czerwoną Herbatkę sięgnęłam znając wcześniejsze kompozycje z serii i spodziewając się… w sumie nie wiem czego, ale jak dziś pamiętam, że nie tego, co we flakonie. Charakterystyczny zapach czerwonej herbaty wysłodzonej figą, z wyraźnym orzechowo – drzewnym podbiciem. Jakież to było dobre!

Przez lata chodził za mną flakon parzonej przez Oliviera Polge herbatki.
Nie doszedł, ale w sumie Czarna Herbata Cavalliera też nie. Trafiła w moje ręce dopiero po Onekhu – jako starsza, acz delikatniejsza siostra Boga Niedźwiedzia.

Kontynuując wątek herbatkowy – obecnie w ofercie Bvlgari zostały dwie pierwsze kompozycje z tej serii: Eau Parfumee au The Vert (1992) i Eau Parfumee au The Blanc (2003). Obie bardzo udane i obie znacznie bardziej przewidywalne, niż wspomniane wyżej Eau Parfumee au The Rouge i Eau Parfumee au The Noir, a także niż (również wycofana) chłodna, pudrowa Eau Parfumee au The Bleu z 2015 roku.


Moje podejście do herbaty jest zmysłowo schizofreniczne. Pijam głównie białą i zieloną, ale wącham czarną i to najlepiej mocną i zwędzoną. Jacques Cavallier parzy herbatę, której pewnie nie wypiłabym, ale wącham z wielką przyjemnością.

Czarna Herbata Jacquesa Cavalliera jest niedosłowna. To nie są (otwierające serię) Eau Parfumee au The Vert pachnące, tak jak powinny, zieloną herbatą. Eau Parfumee au The Noir pachnie – jak mawiała moja babcia – w cały świat!

Herbata jest tu nie tylko czarna czyli sfermentowana, ale też podwędzona – przypominająca to, co w miejskich legendach nazywa się herbatą rosyjskich karawan czyli dłuuuugo, zazwyczaj zbyt długo po jedwabnym szlaku wędrującą herbatą nadgryzioną zębem czasu i warunkami podróży. Taką niepierwszorzędnej jakości herbatę mieszano często z herbatą wędzoną w typie Lapsang Souchong – po to, żeby zamaskować ten ząb czasu i zapach, który określano jako aromat końskiego siodła.

I to wszystko – herbata, ząb, siodło i nuta wędzona w Eau Parfumee au The Noir jest. Podobnie jak podróż jedwabnym szlakiem: wiatr od gór Tienszan, niegościnne kamienie pustyni, chłodne noce w oazach, stare wozy zaprzężone w wytrwałe konie – bo herbatę trzeba było wozić szybko, w przeciwieństwie do jadeitu, który się nie psuł.


Tym, co sprawia, że nie jest to po prostu kolejny zapach podróżniczy jest… serce. Sercem Eau Parfumee au The Noir jest karawanseraj. Jadeitowy klejnot na tkaninie pustyni. Noce przy ogniskach, kwitnące wokół róże z Damaszku, twarde korzenne ciasteczka i fajki palone niespiesznie przed zasłużonym spoczynkiem.

Po chłodnym i dość surowym otwarciu krągłe, bogate serce kompozycji naprawdę zmienia nastrój opowieści. Choć oczywiście, krągłość i bogactwo jest tu względne i Boskiemu Niedźwiedziowi do pazurów nie dostaje. To jest zbytek strudzonego kupca, nie mieszczucha. I na pewno nie boga.

Drzewna baza kompozycji to raczej stare, zeschnięte deski wozów, niż cenne drewno agarowe. I nie jest to wadą, bo te deski są piękną ramą dla namalowanego przez mistrza Cavalliera olfaktorycznego obrazu.


Jeśli będziecie mieli okazję poznać, niedocenianą niestety, herbacianą serię Bvlgari, skorzystajcie z okazji. W ogóle korzystajcie z życiowych okazji. I cieszcie się życiem.

Smacznej herbatki i udanego weekendu!

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

2 komentarze o “Bvlgari Eau Parfumee Au The Noir”

  1. Cała seria herbaciana jest (czy raczej była?) bardzo udana, piękne było i The Rouge, i The Vert. Szkoda, że trwałoć wzytkich była nieco mocno poniżej przeciętnej, bo nawet nie za bardzo opłaca się szukać niedobitków na ebauy w bajońskich cenach.

    1. To pewnie zależy od tego, jak silny ma się sentyment. Ja zdecydowałam się na tę herbatkę po kupieniu Onekha, ale udało mi się capnąc ją z wymiany, więc miałam szczęście.
      Inna kwestia, że używam raczej na krótkie spacery, bo dłuższego wyjścia nie wytrzyma, a flacha duża i nosić się nie chce…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Xerjoff Shooting Stars: Esquel

Serię Shooting Stars marki Xerjoff przedstawiałam obszernie we wpisie (bo tę zbudowaną na dygresji opowieść trudno nazwać recenzją perfum) poświęconym meteorytowi z Uden i ochrzczonej

Czytaj więcej »