Xerjoff Laylati

Kiedy w 2009 roku zadebiutował Black Afgano marki Nasomatto – perfumeryjny świat zatrzymał się na (znaczące) mgnienie oka. Pamiętam, że u mnie od odebrania próbki do zamówienia pierwszego flakonu minęły… może ze trzy minuty. A jednak nie jestem pewna czy, mimo zachwytu, zdawaliśmy sobie wówczas sprawę z tego, że Black Afgano – prowokująca nazwa doskonale korespondująca z prowokacyjnym marketingiem, który upodobał sobie Alessandro Gualtieri – stanie się nazwą całego właściwie typu zapachów.

Klonów Black Afgano jest wiele. Perfumiarze bez skrępowania powielają pomysł Gualtieriego – co wcale nie jest trudne, bo duże laboratoria mają zazwyczaj w ofercie „Black Afgano Base” w kilku jakościach. W trzeciej dekadzie XXI wieku większość dużych niszowych marek ma w swojej ofercie perfumy (mniej lub więcej) w tym stylu. Trudno się im dziwić, skoro klienci tego własnie chcą.

Grafika jest autentyczna, usunęłam tylko nazwę marki i logo

O powielaniu stylu zapachowego Black Afgano rozpisywałam się już wielokrotnie i pozwolę sobie zalinkować jeden tylko wpis na ten temat, będący efektem irytacji i przesytu. Nie tyle „afganomanią”, co zrobieniem sobie kury znoszącej złote jaja z kopiowania geniuszu Gualtieriego: KLIK

Nie zrozumcie mnie źle: ja lubię perfumy w stylu Black Afgano. Mam w swojej kolekcji kilka kompozycji odważnie czerpiących z afganowej estetyki. Żadnej z tych „czerpanych” kompozycji nie lubię tak, jak Black Afgano. Niestety, nawet Black Afgano nie lubię już tak, jak Black Afgano. Nowe batche Nasomatto nie mają tej potężnej mocy i zawiesistości soków z pierwszej… powiedzmy dekady działalności marki. Ale nadal są to piękne perfumy i nadal pozostaję fanką mistrza Gualtieriego.

Co napisawszy przechodzę do rzeczy, czyli do recenzji kolejnych perfum w afganowej estetyce. I od razu poczynię zastrzeżenie, że odwołania do Black Afgano będą pojawiały się w tekście, bo recenzując perfumy tak ewidentnie nawiązujące do tego zapachu nie sposób ich uniknąć.

 

ليلة (laila) to po arabsku noc. I nazwa Lailati (którą podobno tłumaczy się jako Moja Noc) jest dla tych perfum doskonała. Spędziłam z nimi wiele nocy i, całkiem czarodziejsko, zawsze były to noce piękne.

Otwarcie jest bardziej ruchliwe, niż pierwszy akord Black Afgano. Najpierw, oczywiście, wyłapujemy dymną kremowość, która osadza nam kompozycję Chrisa Maurice’a w afganowym kontekście. Po niespełna minucie zaczynamy skupiać się na różnicach.

Laylati są bardziej szorstkie i gorzkie, niż Blak Afgano. Pierwsze kwadranse są żywiczne – wilgotną, lepką zielonością świeżych gałązek cedru. Są także żywiczne „smakowo”. Kto odważył się skosztować świeżej żywicy wie, że zazwyczaj jest ona gorzka w smaku. Możecie spokojnie spróbować żywicy świerkowej czy sosnowej – nasi przodkowie używali jej do utrzymania higieny jamy ustnej. Tu wybrzmiewa subtelnie eteryczna nutka przypominająca słodycz sosny i jest to piękny zapach. Spleciony z zawiesistą, kremową dymnością daje efekt iście magiczny.

Na drugim planie pojawia się tytoń. Pięknie wielowymiarowy, złocisty, z prominentną nutą fermentacji – nie zepsucia. To fermentacja daje tytoniowym liściom charakterystyczny smak i aromat. I nie wyklucza suszenia, lecz idzie w parze z tym procesem.

Tytoniowej chmurce towarzyszy wytrawna wanilia, która też jest przecież nutą fermentowaną i suszoną. I ten złocisty duet jest (po afganowej bazie) najważniejszym akordem tych perfum.

Laylati to zapach wytrawny; z wyraźnym akcentem żywicznej goryczki – którego to akcentu w Black Afgano nie znajdziemy. Jest także nieco mniej kremowy i dymny. I ta właśnie cecha osadza go nieco bardziej po dzikiej, pierwotnej stronie olfaktorycznego spektrum. Oczywiście nieobowiązująco – bo pojęcie kultury i barbarzyństwa jest z zasady projekcją kulturowych zapatrywań osoby oceniającej. Ale, przy wszystkich tych zastrzeżeniach i bez wartościowania sztuki: tytoniowe, wytrawne, nieco szorstkie Laylati brzmią jak sztuka etniczna, tworzona za pomocą odważnych pociągnięć dłuta, pędzla czy rysika. Black Afgano są wygłaskane do ideału. Kiedy je recenzowałam, sięgnęłam do „boskich” metafor. Laylati są ludzkie. Egzotyczne, transowe, upojne, ale ludzkie. Nuty w tej kompozycji brzmią jak zaśpiewane pięknie szkolonym, modulowanym głosem wprost ze stepów, czy pustyni. Tworzą pieśń wielotonową i kompletną, ale jednak bliską ziemi.

W tych perfumach brzmi wiatr i dym. Słychać piasek przesypujący się w klepsydrze wieków.

 

Data premiery: 2019
Kompozytor: Chris Maurice
Projekcja: no właśnie… trudno powiedzieć. Czasem wali na odlew i męczy otoczenie (mnie nie, mnie nigdy nie męczy), a czasem wydaje się łagodna. W każdym razie pierwsze chwile są dość mylące, bo po uderzeniu mocy następuje owinięcie się zapachu wokół ciała.
Trwałość: bardzo dobra, ale nie jest to nieśmiertelny tytan. Co jest zarazem wadą i zaletą.
Za to puchaty flakon jest bezsprzecznie super!

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: nuty ziołowe, zielone
Nuty serca: cedr, paczula
Nuty bazy: tytoń, piżmo

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Serge Lutens Miel De Bois

Nieoswojony Miód Zapach budzi znacznie więcej kontrowersji, niż wskazywałaby nazwa. Przyznaję, że z jednej strony dziwią mnie krytyczne opinie o tym zapachu – bo czegóż

Czytaj więcej »