wtorek, 4 listopada 2008

Serge Lutens Un Bois Vanille


Przepyszny przepych




Un Bois Vanille to zapach, który naprawdę łatwo jest pokochać.
Ale nie po testach nadgarstkowych.

Otwarcie jest dość szczególne. Z jednej strony - najnormalniejsza rzecz w świecie: waniliowe perfumy pachną walnilią. Tyle, że one nie pachną wanilią taką, jaką znamy i kochamy, lecz brązową, pomarszczoną, lekko wilgotną waniliową laską. Z wszystkimi jej wadami - jeśli ktoś wąchał, wie, o co mi chodzi.

I na nadgarstkach ta dziwaczna, lekko syntetyczna i przytęchława laskowość trwa i trwa i trwa...
Nie pokochałabym UBV, gdybym została przy testach nadgarstkowych. Zapach posłodzonej, wilgotnej skóry to nie jest to, czego można oczekiwać po zapachu mającym wanilię w nazwie.


Ale nic to!
Bo zaaplikowna w cieplejszych miejscach ludzkiego ciała lutensowska Wanilia pokazuje nam zupełnie inne oblicze. Otwiera się jak wielki, oszałamiający kwiat, rozpościera ogon, jak paw, rozlewa się wokół nosiciela jak blask wokół świecy... I oto ze skurczonego paskudka przeobraża się w najbardziej upojną wanilię świata. Puszysty, kremowy, miękki zapach szlachetnych stroczykowych strąków jest po prostu rozkoszny.
Bazę dla tej zapachowej pieszczoty stanowią głównie nuty drzewne. Wyraźna, podbita wanilią słodycz gwajaka; sandałowiec kremowy jak w Tam Dao; delikatna, ledwo wyczuwalna w tle, dająca tej zmasowanej słodyczy szczególne wybrzmienie, nutka kojarząca się z szorstkością cedru; plus coś cichutko skwierczącego, co pewnie jest wyszczególnionym w nutach skarmelizowanym benzoesem obecnym także w Santal de Mysore (na co zwróciłam uwagę dopiero kiedy próbowałam dla potrzeb recenzji określić tę frapującą nutę).

I tyle. Tylko tyle, i aż tyle.

Zapach, choć statyczny, nie jest monotonny, ani płaski.
Tyle, że przestrzeń w nim nie jest przestrzenią pełną powietrza wśród strzelistych drzew, czy kolumn, ale przestrzenią, którą zajmuje góra najmiększych puchowych poduszek.

Nie jest też dzieło mistrza Sheldrake'a zapachem dającym się upchnąć w szufladce z zapachami spożywczymi. Mimo ewidentnie waniliowej natury, zapach jest tak aksamitny, że jadalny mógłby być co najwyżej dla arystokratycznego mola.
Jest w pewien sposób szlachetny, choć o szlachetnym umiarkowaniu trudno tu mówić - moc i trwałość Un Bois Vanille zdecydowanie pozwalają zaklasyfikować je do kategorii killerów. W tym przypadku byłaby to śmieć przez zapieszczenie. A na taki typ zabijania to ja jestem bardzo odporna. ;-)


Data powstania: 3003
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
absolut czarnej wanilii, lukrecja, drzewo sandałowe, mleczko kokosowe, wosk pszczeli, skarmelizowany benzoes, gorzkie migdały, gwajak, bób tonka

3 komentarze:

  1. nie mogłabym nosić globalnie UBV (zbyt jadalny i waniliowy jak dla mnie zapach)chociaż maleńka kropelka lub psik na łapce powoduje,ze bardzie sie uśmiecham-taka kropelka szczęscia. mam maleńka próbeczke, na więcej nie odważyłabym się.
    agaa13

    OdpowiedzUsuń
  2. to teraz mogę się przyznać, że czekałam na tę recenzję ;-))) melkmeisje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Agoo, przyznaję, że i ja w UBV czuję się dziwnie i globalnie noszę rzadko. Zwykle mieszam z Rousse (mój autorski mix, bardzo jestem z niego zadowolona) ale nawet jeśli nie jest to zapach całkiem dla mnie, to i tak uwielbiam jego kremowość.
    A najbardziej chyba lubię zapach UBV, który pozostaje na ubraniach i tygodniami czai się w szafce.

    Melkmeisje, i jak? Może być? :-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...