czwartek, 9 kwietnia 2009

LesNez Let Me Play the Lion

... czyli Kocurek Papugi :-)
.

Przyznaję, czytałam kilka recenzji Let Me Play the Lion.

Zwykle staram się tego nie robić przed namalowaniem własnego obrazu, a o tych perfumach pisali już chyba wszyscy, entuzjastycznie lub mimochodem cytując fragment "Snu nocy letniej" i nawiązując do szekspirowskich skojarzeń. Jako ostatnia w kolejce już sobie ten zabieg odpuszczę. Redundantność informacji bywa wskazana, powinna wszakże mieć jakieś granice.
Napiszę jednak słów parę, specjalnie dla pewnej Błękitnej Norweskiej, z podziękowaniami za próbkę, a częściowo także dlatego, że jednak odbieram ten zapach nieco inaczej, niż poprzedni recenzenci.

Nie pachnie na mnie ogniem, nie pachnie na mnie morzem, nie pachnie dymem.

Początek zapachu kojarzy mi się z... rozgrzanym powietrzem. Powietrzem unoszącym się w górę, falującym, zmieniającym optykę, ruchliwym, a jednak aż gęstym od gorąca. A powietrze to nie unosi się znad otwartego ognia, lecz znad lśniącej, rozgrzanej płyty kuchennej (jak w japońskim barze), na którą ktoś sypnął kilka kryształków cukru. Aromat na pograniczu topnienia i podpalania sacharozy jest znacznie subtelniejszy, niż przy procesie karmelizacji czy robieniu waty cukrowej. Po prostu ślad słodyczy w drgającym, czystym upale.

Po chwili zapach zmienia się, różnicuje, przekształca w swoisty patchwork: statyczną harmonię różnych faktur i wrażeń. Do rozgrzanych pierwszych nut dołącza jasny, świeży cedr, chłodna lawenda, nuta oczyszczonego eugenolu, wysłodzonego zimnem kłącza irysa i pachnący nienormalnie wprost ładnie w tym zestawieniu... kurz. Kurz nie przemysłowy, nie wielkomiejski, lecz taki, jaki czujemy przy wyciąganiu drewna z kosza podczas rozpalania w kominku po długiej nieobecności w domu. Lekko drzewny, z nutą pyłu pozostałego po cięciu klocków piłą, pachnący starym dymem, bo przecież kosz nie raz stał przy kominku, kiedy płonął w nim ogień. Ten dymny akcent przypomina mi chłodny spokój Fire From Heaven I Hate Perfume. I trochę zapach starej szafki na przyprawy, w której zawsze coś się wysypie - przyprawy w kompozycji Isabelle Doyen nie są ostre i świdrujące w nosie, lecz pyliste, zwietrzałe. Co nie znaczy, że brzydkie.

Oj, nie będzie tu żadnych lwich ryków. Jest szept. Lew śpi snem głębokim i nie śni wcale o krwi i polowaniu.

Let Me Play the Lion to zapach spokojny, niemal cichy. Kojarzy mi się z delikatniejszą (lecz nie mniej trwałą) wersją Hinoki Comme des Garcons, a bardziej nawet z przestrzennym Frankincense & Myrrh Czech & Speake. Trudno mi jednak nazwać ten zapach zimnym, czy też kadzidlanym. Prędzej "pokadzidełkowym" - jest jak białawe śmieciki po wypaleniu kadzidlanej pałeczki. Jak wspomnienie po dymie. I to nawet nie po takim prawdziwym dymie z nad ognia, tylko po jasnej jak modlitwa smużce pnącej się do nieba...


Data powstania: 2006
Twórca: Isabelle Doyen

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...