poniedziałek, 19 października 2009

Serge Lutens Fille en Aiguilles

.
Moje uczucia wobec Fille en Aiguilles mistrza Serge'a są ambiwalentne. Co więcej - ambiwalentne były jeszcze zanim poznałam zapach osobiście.
Z jednej strony nuty zdawały się obiecywać kolejną rewelację i to radowało mnie jako obietnica nowych, przyjemnych doznań. Z drugiej strony nieco uwierała mnie obawa, że oto dopadnie mnie żądza nabycia kolejnego flakonu tej firmy, choć przecież mam ich dziewięć, a dalsze siedem miałam i w świat wyprawiłam (z czego żałuję tylko jednego).

Po osobistej prezentacji Dziewczyny na Szpilkach dziewczynie papciach zaczęły się oczywiste spekulacje: czy pisany jest nam związek, czy tylko przelotne spotkanie?


Fille en Aiguilles to zapach, który najprościej określić można jako eteryczno - balsamiczny zmierzający w stronę balsamiczno - kadzidlanego.

Rozpoczyna go inwazyjny, ale bynajmniej nie nieprzyjemny "akord iglasty". Sosnowa żywica, gniecione sosnowe igły, zapach przestrzenny, wypełniający nozdrza i płuca ziołową świeżością. Fascynujące i niezwykłe jest dla mnie to, że nie odbieram tego akordu jako ostry, czy zimny. Podoba mi się tak, jak podoba mi się terpentynowa świeżość w Hinoki czy powiew betelu w Nemo.

To jednak tylko otwarcie, spod którego rychło wypełzają nuty przyprawowe: wedle opisu laur, wedle mojego nosa muszkat i na 100% czarny kmin podbity dodatkiem karmelizowanej żywicy, suszonych daktyli, goździków i opoponaksu. Interesujące, bogate, ciepłe i jednocześnie "mocne" centrum zapachu, wokół którego snuje się najpierw delikatny, trudny do zidentyfikowania, potem coraz bardziej charakterystyczny dym kadzidła frankońskiego. I z przyjemnością przyznaję, że na tym etapie Dziewczyna na Szpilkach jest szalenie interesującą towarzyszką. Połączenie dwóch pozornie nie współbrzmiących akordów: przestrzennej jasności sosnowej żywicy i słodko - ostrego kościelnego kadzidła ze zbytkowną, gęstą przyprawowo - żywiczną słodyczą pozostałych składników daje efekt, który obserwuję z przyjemnością.

Ten urodzaj doznań jest naprawdę stymulujący. I pewnie mógłby być męczący jak w podobnie napchanych przyprawami i słodyczą Aziyade, czy (w mniejszym stopniu) Wazambie; jednak na szczęście w tym przypadku jest to tylko etap przejściowy pomiędzy żywicznym powiewem otwarcia, a półwytrawną bazą kompozycji.
Po około dwóch godzinach Fille en Aiguilles uspokaja się nieco, zniża głos, staje się bardziej kadzidlane. Nuty żywiczne wzbogacone zostają dodatkiem mirry. Nie jest to klasyczna, drzewna baza ciepło snująca się po skórze. Żywica drzew iglastych wyczuwalna jest aż do ostatnich akordów, coraz wyraźniejsze kadzidło jest raczej chłodne i statyczne, a nuty ziołowo - przyprawowe sprawiają, że Dziewczyna na Szpilkach uśmiecha się raczej gorzko, niż słodko. Na tym etapie jest to kompozycja raczej łagodna, melancholijna, zadumana. I nadal interesująca. Gdybym miała w słowach kilku wyjaśnić dlaczego, podkreśliłabym niezwykły mariaż słodkiego kościelnego kadzidła z przyprawową wytrawnością.

Fille en Aiguilles to perfumy ewidentnie leśne, nie drzewne. Leśnie w sposób łączący intensywność aromatów roślinnych i strzelistą przestrzeń lasu statycznego, spokojnego jak wnętrze świątyni (albo muzeum). Mają moc i tę szczególną "nośność", która sprawia, że zapach intryguje, urzeka, pociąga.

Nie jest to jednak kompozycja, którą odczuwam każdym nerwem, która przenika, przesącza się wgłąb mojego umysłu i budzi każdy zmysł. Jest w szczególny sposób zewnętrzna. Opływa ciało jak powiew wiatru na nagiej skórze albo jak sunąca po skórze chłodna tkanina - nie pozostająca na niej na tyle długo, by ogrzać się jej ciepłem.

Najbardziej "moja", najbliższa mi emocjonalnie jest baza - etap, na którym perfumy zyskują indywidualny rys, przejmują nieco z chemii skóry nosiciela, stają się bliższe temu, do czego przywykliśmy przez lata obcowania z zapachem własnego ciała. Charakterystyczna zdolność mojej skóry do ogrzewania zapachów, do nadawania i pluszowej miękkości sprawia, że najłatwiej mi oswoić sam schyłek olfaktorycznej melodii, kiedy na pierwszy plan wybija się żywiczne kadzidło przypominające nieco łagodną, rozświetloną przestrzeń, która zachwyca mnie w Cardinalu Heeleya.

A ambiwalencja moich uczuć bierze się stąd, że nie wiem, czy pożądam Iglastej Panny i chcę z nią spędzić resztę życia (resztę jej życia, ja zamierzam pociągnąć dłużej, niż flaszka perfum), czy wystarczy mi kilka randek z tą pięknością.
Jestem zainteresowana, owszem, ale wciąż się waham - najpiękniejszy jej uśmiech to ten sam, którym zauroczyły mnie Cardinal i Avignon, a te mam już przecież w swoich zbiorach.
W każdym razie nie muszę posiąść jej już, teraz, natychmiast (jak to było w przypadku Czarnego Afgana, który, nota bene, już u mnie gości).


Data powstania: 2009
Twórca: Christopher Scheldrake

Nuty zapachowe:
sosnowe igły, wetiwer, słodka żywica, laur, balsam jodły, kadzidło frankońskie, kandyzowane owoce, przyprawy

11 komentarzy:

  1. Mogłabym się podpisać pod Twoją wypowiedzią. Dziś przyszedł Le Boise i próbki. Między innymi Dziewczyna w igłach, którą dziś testuję. Przenikliwe igły i ziołowy laur są bardzo przyjemne, lecz na mojej skórze, co konstatuję ze smutkiem, karmelizowana żywica dominuje. Wysładza się jak kleisty cukierek upuszczony w lesie. Tylko czekać na mrówki... ;) Lub na koty. Moje koty uważają ten zapach za interesujący... ;P Mam wrażenie, że słodycz Fille en Aiguilles przykrywa wytrawno-ziołowe nuty a gorzkość się na mnie nie pojawia. Szkoda. Może zatęsknię za słodyczą w środku zimy i jeszcze się polubimy. ;) Bo potencjał dziewczyna w igłach niewątpliwie ma...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja na pewno pragnę kadzidła?

    Bo przecież nie dymnego kadzidła, nie nie...
    To nie dym ogniska łowię, usiłuję wywąchać.

    Ciepło jest tym, czego pożądam, miękkie, balsamiczne, słodko-cierpkie.

    A więc to raczej żywica, nie kadzidło jest tym, czego pragnę tej jesieni?

    benzoes, może elemi,
    labdanum...

    olibanum chyba niekoniecznie (chyba, że w zupełnie innym towarzystwie), bo skoro ulepek olibanum jest tym, co dominuje w iglastej dziewczynie, podkreślone kandyzowanymi warstwami halek, to dla mnie jest ta suknia

    wiem już, że nawet zimą nie zatęsknię za nim.

    OdpowiedzUsuń
  3. To nie jest suknia i dla mnie. Znalazłam doskonalszą. Doskonałą. Taką, przy której nie musiałam rozważać, czy jej pragnę, lecz po prostu popełniłam szaleństwo i kupiłam. Flakon się kończy... Będę miała drugi.

    A! Ta suknia to Arso Profumum Roma.

    A konkluzja mi do głowy przychodzi taka (po raz kolejny), że jeśli zastanawiasz się, czy jakieś perfumy chcesz mieć, to znaczy... Że nie chcesz. Jeśli pragniesz ich naprawdę, nie musisz się zastanawiać.
    I w sumie nie tylko perfum to dotyczy, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To prawda, jeśli się nad czymś długo zastanawiasz, to nie jest to dla ciebie :))) I tak jest ze wszystkim ;) :D

    OdpowiedzUsuń
  5. No więc „sztachnęłam” się i z okrzykiem łaaaaaał! pobiegłam czytać powyższą recenzję tudzież komentarze. A tu wcale nie ma zbyt wiele achów i ochów. A na mnie ten zapach jest baaaardzo kadzidlany... Odbieram go wręcz jako jeden z bardziej kadzidlanych, jakie dotychczas zdarzyło mi się wąchać.
    Oczywiście na początku jest dużo słodyczy i sosnowych igiełek, ale to jest zdecydowanie kadzidło - bardzo słodkie, sosnowe kadzidło. Żywiczne, ale i lekko przydymione. Trochę jest zabawne i przewrotne przez tę słodycz. Coś jakby palić sziszę o aromacie sosnowym. Słodycz piękna, niemiodowa, niespożywcza, niemęcząca.
    Jeżeli zapach pozostały po obraniu ze słodyczy i przewianiu szpilek to jest właśnie kadzidło frankońskie to chcę więcej. Może nawet z Laską w Szpilkach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odszczekuję. Jednak za dużo tych słodkości. Wszak jest tyle innych, frankońskich zapachów :))))))))))))))
      Tak sobie teraz myślę, po roku wąchania niszy i od kiedy tu trafiłam, że ten Twój blog zabrał mnie w zupełnie niesamowitą podróż. Teraz jestem już gdzie indziej. Już nie każdy zapach jest odkryciem Ameryki. Poszukuję metodycznie po nutach, po ich połączeniach, po przeciwieństwach. I ciągle odkrywam zupełnie nowe i niespodziewane jakości. Kurczę, naprawdę bardzo Ci dziękuję.

      Usuń
    2. Myszo, cieszę się, że choć odrobinę pomogłam Ci dokonywać odkryć.
      Tez miałam podobnie, kidy poznawałam niszę: przeżywałam zachwyt za zachwytem, dziesiątki zapachów mnie olśniewało, co trzeci pragnęłam mieć, co drugi był wyjątkowy. Trochę to potem przygasa, ale jednak radość zostaje, prawda? Miło ją przeżywać z kimś. Nawet jeśli znamy go tylko przez sieć. :)

      Usuń
  6. Myszo, mnie się panna w szpilkach bardzo podoba. Rozważałam nawet zakup. Rozważałam go jednak tak długo, że w końcu pojawiło się Arso. Wtórne w stosunku do Fille, bo oparte na tym samym schemacie, jednak to Arso tak mnie siekło, że zamówiłam flakon jak tylko pojawił się w ofercie Quality. Dosłownie czaiłam się na niego z drżeniem łapek. ;)
    I dlatego piszę zawsze, że jeśli zastanawiasz się, czy czegoś chcesz, to znaczy, że właściwie tego nie chcesz. Przy Arso wątpliwości nie miałam. Ale jeśli na Tobie Fille układa się pięknie i Twojo, to życzę dłuższego romansu. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Sabbath, pięknie dziękuję za podpowiedź. Przy kolejnej porcji próbek wezmę na warsztat Arso. W przypadku Panny i tak zapewne skończy się raczej na odlewce, bo jeszcze paru kandydatów do romansu w kolejce czeka (np. Avignon), czyli rozterki początkującego wąchacza :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Arso jest słodsze, cieplejsze... Już dumam nad drugą flaszką! Jestem obłąkana, w poprzedniej jeszcze ze 30 ml, a ja już zaczynam oszczędzać.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...