wtorek, 23 sierpnia 2011

L'Être Aimé Femme i L'Être Aimé Homme Parfums Divine


Lubię pisać recenzje cyklicznie. I fakt, że poznając zapachy danej marki, szczególnie niszowej, gdzie często zdarza się, że kompozycje tworzone są przez jednego autora, mogę zbudować sobie jakiś szerszy obraz, wyrobić opinię o warsztacie i samym twórcy (jako twórcy, nie jako człowieku, oczywiście) nie jest tu wcale decydujący. Choć i to doceniam.

Prawda jest bardziej prozaiczna. Jak to prawda. Ja po prostu głupieję od nadmiaru próbek. Setki recenzji, które chciałabym napisać wiszą nade mną jak metaforyczny miecz Damoklesa i zwykle zanim wklepię pierwsze zdanie marnuję mnóstwo czasu na podjęcie decyzji, o czym pisać. Seria mi ten problem rozwiązuje. Przynajmniej częściowo, bo nawet w seriach zdarzają się zapachy, o których pisać nie chce mi się tak bardzo, że najpierw zacinam się, a potem odpuszczam. To jednak nie jest ten przypadek. :)

Marka Divine miała u mnie początek kiepski. Ale przynajmniej zabawny.
Dziś będzie niekiepsko.

 

Przedstawiam Wam dwie kompozycje, za którymi stoi Yann Vasnier - perfumiarz wszechstronny i płodny. Dość rzec, że pracował  dla takich firm jak Marc Jacobs (m.in Lola, Bang i dwa najfajniejsze zapachy z serii Splash: Figa i Imbir), Tommy Hilfiger, Donna Karan, Elizabeth Arden, Parfums DelRae, Keiko Mecheri, Le Labo, Comme des Garcons, Seven New York (sławne Six Scents) i wielu innych. Ba! Nawet dla Avonu czy Sarah Jessici Parker tworzył! Prawdziwy człowiek - orkiestra.

Dlaczego dwie na raz? Ano dlatego, że jest to jedyny wśród perfum Divine przypadek stworzenia pary zapachów: damskiego i męskiego o tej samej nazwie. Pomyślałam, ze skoro pozostałe kompozycje nie są tak łączone, to musi w tym tkwić jakiś zamysł. Nie wiem, czy moja interpretacja (na końcu) jest dobra, ale koncept uszanuję.


L'Être Aimé  Femme

 

Najpierw poczułam rozczarowanie. Świeże kwiaty. Nie cięte, lecz rosnące w ogrodzie. Dodatkowo rozświetlone nutkami cytrusowymi. Ładne, ale też takie normalne...

W ciągu kilku ledwie chwil moje rozczarowanie zmieniło się w swoistą fascynację. Zapach nadal jest kwiatowy, nadal są to kwiaty żywe, o intensywnym aromacie, jednak daleko im do banału, normalności, czy przewidywalności. Bo zapach Ukochanej Kobiety wedle Yanna Vasniera jest skomplikowany, wielowarstwowy, niepokojąco niedefiniowalny.

Mamy więc kwiaty: ciężkie, pozbawione pomarańczowej świetlistości neroli, upojny, uwodzicielski jaśmin, jasną lilię, suchawy, szeleszczący nieśmiertelnik, ślad irysa i piwonii, różę przypominającą raczej cierpkie owoce dzikiej róży, niż kwiat i nie wiem sama, co jeszcze. Prawdziwe bogactwo kwiatów pachnących tak intensywnie, jak gdybyśmy letnim popołudniem przechadzali się ścieżkami wielkiego, świeżo podlanego ogrodu. Jest wciąż ciepło, powietrze jest dosłownie wypchane kwiatowymi aromatami i wilgocią.

Pewnej łagodności, przytulności dodaje kompozycji ślad owocowej słodyczy sprawnie i przemyślnie skontrastowany z trudną, gorzkawą nutą poskładaną z skórzastej bergamoty, aromatu przypominającego gorzkie migdały i rozmarynu. I pewnie wielu, wielu innych składników. Efektem jest zapach przypominający nieco zapach pestek jabłka. Ale na tym nie koniec.

Pod tym przebogatym samym w sobie akordem, najpierw dyskretnie, z czasem coraz wyraźniej brzmi głęboka, korzenna baza.
Skórzasty akord ambrowy złożony z piżmianu, labdanum i ciemnej, laskowej wanilii, wzbogacony dodatkiem czarnego kminu i muszkatu tworzy atmosferę pełną erotyzmu i pikanterii. Nuta drzewna dociążona paczulą i zapachem mokrego tytoniu zasysa światło, sprawia, że w ogrodzie (w którym wciąż się znajdujemy) zapada noc.


Gdyby Aziyade Parfum d'Empire nie było takie ciężkie i przeładowane, mogłoby pachnieć właśnie tak. W obu zapachach odnajdziemy zmysłowe połączenie nut korzennych z ambrową bazą. W obu pojawia się ślad owoców - jednak o ile w kompozycji Corticchiato nadmiar orientalnej słodyczy czyni ją nieznośnie ciężką, o tyle tu lekki, cytrusowo - różany akord stanowi doskonałą przeciwwagę dla mocy i zawiesistości pozostałych elementów kompozycji.

Z pewnym zaskoczeniem stwierdzam, że te niewątpliwie kwiatowe perfumy podobają mi się znacznie bardziej, niż pozbawione nut kwiatowych Aziyade. Ba! Zaskoczeniem jest dla mnie to, że w ogóle mi się podobają! A jednak. Ukochana Kobieta Yanna Vasniera jest tak kobieca, że  jej bujnej urody trudno nie docenić.


Data powstania: 2008
Twórca: Yann Vasnier

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: neroli, bergamotka, nektarynka
Nuta serca: jaśmin, lilia, róża, nieśmiertelnik
Nuta bazy: ambra, czystek, drzewo sandałowe, cedr, wetiwer, wanilia





L'Être Aimé Homme


Ukochany Mężczyzna Divine jest znacznie bardziej w moim typie, niż Ukochana Kobieta.
Pierwszy akord podoba mi się niesamowicie! Ale ja uwielbiam seler. I to wszystko wyjaśnia.

Lawenda, seler i bazylia - akord eteryczny, przestrzenny, lekko pikantny, nieco gorzkawy. W drugiej linii wyczuwalny jest sypki, suszony imbir, ślad równie suchych cytrusów i nuta apteczna o ewidentnie niszowej urodzie. Dopiero po chwili pośród wielu suchych, szeleszczących nutek dostrzegać zaczynamy równie suchy i szeleszczący nieśmiertelnik.

I doprawdy nie bardzo wiem, jak określić charakter tego zapachu. Jest eteryczny, lecz bynajmniej nie lekki. Klasyczny i zarazem formalny, jak dobrze skrojony garnitur, tyle, że w ten garnitur odziany jest mężczyzna o niszowej urodzie i ekscentrycznej osobowości. Ale najciekawsze jest to, że nasz Ukochany zmienia się w sposób, w jaki zmieniają się nieśmiertelniki - podpowierzchniowo.

 

Pozornie to do końca te same nuty, ten sam typ zapachu, ta sama ziołowa eteryczność. W praktyce już po godzinie czy dwóch mamy na skórze zapach o konsystencji stygnącego popiołu.
Nie jest to popiół lada jaki, lecz powoli, łagodnie palone kadzidła różnego rodzaju. Zioła, kwiaty, szczapki drewna i żywice powoli przemienione w miałki, jednorodny proszek. W powietrzu unosi się jeszcze woń olejków eterycznych uwolnionych w procesie palenia, lecz gdy zbliżymy nos do skóry wyczuwamy głównie gorzko-słodki, ciepły aromat wyprażonych ziół i żywic.

Dla dopełnienia obrazu dodać mogę, że na stole leży kilka listków zwiędłego selera, a za oknem, gdzieś nieomal poza zapachowym horyzontem rośnie trawa.

Data powstania: 2008
Twórca: Yann Vasnier

Nuty zapachowe:
Nuta głowy: bergamotka, lawenda, imbir, bazylia
Nuta serca: seler, kardamon, nieśmiertelnik
Nuta bazy: czystek, drzewo sandałowe, paczula, wetiwer




Pointą tego przydługiego wpisu niechaj będzie analogia, która wylęgła się w mojej podświadomości podczas noszenia obu moich dzisiejszych bohaterów. Lubię sobie bowiem wyobrażać, że nazwa ma jakiś związek z zapachem. Tak samo, jak w przypadku utworu muzycznego, szukam relacji między tytułem a treścią.

L'Être Aimé  znaczy Ukochana/Ukochany. Obie kompozycje skonstruowane są jako metafory potocznie, kulturowo pojmowanej płciowości. Ukochana Kobieta jest delikatna i bujna zarazem. Zmysłowa erotyzmem dojrzałym, lecz biernym - obliczonym na skłonienie mężczyzny do działania, nie na działanie. Ukochany mężczyzna jest aktywny, lecz emocjonalnie powściągliwy. Skupiony na sobie, nieco oschły. Typ faceta, w którym najbardziej pociąga kobietę niezależność i fakt, że on zdaje się zupełnie jej nie potrzebować.

A najciekawsze jest to, ze oba zapachy ewoluują podprogowo. Teoretycznie to ten sam ogród, teoretycznie to te same zioła i te same żywice. A jednak tak, jak kobieta uczy się swej zmysłowości - tak L'Être Aimé Femme ciemnieje i wyostrza się. I tak, jak mężczyzna zrzuca zbroję ucząc się okazywać uczucia - tak L'Être Aimé Homme ogrzewa się i pogłębia.


Jeśli nadinterpretuję, to wiedzcie, że celowo. :)
Dlatego pozwólcie, że zbuduję jeszcze jedno pięterko swojej metafory. Otóż obie kompozycje Vasniera dalekie są od klasycznego ideału perfumeryjnej urody. Kobieta jest zbyt zaborcza i za szybko przybiera na wadze, Mężczyzna jest mrukiem i ma ziemistą cerę. A jednak w miłości nie ma to znaczenia. Bo kiedy kogoś kochamy, jego wady rozczulają nas bardziej nawet, niż jego zalety. I dlatego Kochankowie Divine są piękni. Oboje.


* Zdjęcie Yanna Vasniera pochodzi z TEJ strony.
** Na pozostałych Monika Bellucci i Vincent Cassel, którzy w życiu prywatnym są małżeństwem, a poza tym pasuję mi do zapachów. Na oststnim zdjęciu oboje w filmie "Tajni agenci".

29 komentarzy:

  1. Jakże mi się podoba pomysł z fotografiami...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Coz to znow za cudo-recka z reki Sabbath-aimee choc mnie bardziej sie spodobal ten aime bez ostatniego e... Jak Ci jeszcze kropelka zostanie to bardzo chetnie poniucham, lubie to napiecie no i te mrukliwosc (zagadkowosc?) tez.
    Nutki bardzo atrakcyjne!
    Michasia

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj Sabbath, fajna, zachęcająca recenzja.
    Tak sobie myślę - kilkakrotnie w swoich recenzjach wykazałaś, że kwiaty, cytrusy, szałwia, których normalnie nie lubisz, dały zapachy ciekawe lub nawet piękne.
    To może z każdego składnika da się zrobić dobry/piękny zapach, a wszystko zależy wyłącznie od artysty, który tworzy całą kompozycję? Może w ogóle ryzykowne jest deklarowanie "100% nie" dla jakiegoś składnika?
    Pozdrawiam, Mysza

    OdpowiedzUsuń
  5. Madzik, no cóż... nie jestem zdziwiona. :)))

    O, Jarek usunął post! :(

    Michasiu, Wszelkie moje kropelki sa dla Ciebie. Zabiorę też pozostałe Divine. Bo wiesz... To ciągle nie są ich najlepsze zapachy!


    Myszo, alez oczywiście, masz rację: z każdego składnika da się stworzyć zapach, który będzie dziełem sztuki. I nawet nie tyle kwiaty, co cywet wybrałabym jako przykład. Nie znoszę tej nuty w formie czystej, ale to, co czyni z jego udziałem Laurie Erickson uwielbiam.
    Z drugiej strony, sa nuty, które lubię i są takie, których nie lubię. Lubię kadzidło, nie lubię kwiatów. Chyba mogę więc mówić o lubieniu, choć 100% nie chyba by mi przez klawiaturę nie przeszło. ;)
    Poza tym gust ewoluuje - uczę się doceniać składniki, które nie są intuicyjnie, w sposób naturalny moje.
    Ale! jeszcze jedna sprawa - ważna dla mnie, bo chyba charakteryzująca moje podejście do gustów w ogóle. Staram się szanować cudze upodobania, uznawać kryteria inne, niż moje, rozumieć, że coś, co do mnie nie trafia może zachwycać innych ludzi. I tak jest często z zapachami, o których piszę. Kwiaty, czy ostatnio neroli - potrafię podziwiać, potrafię pojąć fenomen ich urody, potrafię docenić kompozycję na nich opartą... Ale to wciąż nie jest zapach dla mnie i przyznaję, za Chiny Ludowe nie nosiłabym damskiego L'Être Aimé. Choć doceniam i podziwiam.
    Nie wiem, czy wyłożyłam sprawę jasno. Osoby, które mnie znają wiedzą o tym. I chyba ta własnie specyficzna cecha pozwala mi mieć tak wielu, tak róznych znajomych. Bardzo bliskich często.
    Dziękuję Ci Myszo za komentarz. Mądry i potrzebny, bo to chyba warto wprost napisać. Prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Sabbath zakochałam się w L'Être Aimé Femme :)) cudo aż mnie ciarki przeszły... poczułam się jakbym była w ogrodzie, który opisujesz :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Pięknie opisałaś oba te zapachy :) I szalenie podoba mi się dobór zdjęć :) Sądzę, że polubiłabym się z kompozycją L'Être Aimé Femme

    OdpowiedzUsuń
  8. Reniukiciu, a Ty znasz, czy to ja narobiłam Ci ochoty? :)


    Kat, ja bym Cię jeszcze w Pink Quartz ubrała...
    Daleko masz do Krakowa? Bo w Krakowie można powąchać. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Sabbath, dziękuję za ten opis o gustach i lubieniu. Na pewno Twoja otwartość to jeden z warunków tak świetnych, wszechstronnych recenzji. Wydaje mi się, że to duża sztuka napisać świetną recenzję, jak ta powyżej o zapachu, którego "za Chiny ludowe" :) Jestem dość początkująca zapachowo i zdarza mi się stwierdzać, że czegoś "całkiem nie lubię" albo "całkiem lubię" a potem zaskok, bo trafia się kompozycja, które temu przeczy.
    A czy zdarzyło Ci się kiedyś poznać zapach oparty na ulubionym składniku (np. kadzidle), który został Twoim zdaniem kompletnie sknocony?
    pozdrawiam, Mysza

    OdpowiedzUsuń
  10. Ależ nie raz! Że wspomnę tylko o Black Aoud Montale czy o Borneo 1834 Lutensa, po których pojechałam tu dość mocno. Albo o Oud Wood Forda. Albo Statkus, czyli ostatni kastrat. Albo, na samym początku mojej perfumeryjnej przygody: cynamonowa Organza Indecence.
    Zdarza się to, oj zdarza. Z jednej strony to irytujące, bo czasem dałoby się ustrzelić coś w ciemno, ale niestety, nawet najbardziej kusząca lista nut nie gwarantuje, że zapach nam "podejdzie". Z drugiej zaś strony - to dobrze, bo gdybym miała pragnąć wszystkich agarowych i kadzidlanych perfum świata - z pewnością wpadłabym we frustrację. :)

    A przy okazji, najsmutniejsze sa przypadki, kiedy coś pachnie pieknie i już... już zaczynamy tego pragnąć, kiedy okazuje się, ze zapach albo nie trzyma się naszej skóry, albo źle z nią reaguje i brzydnie. Tez mi się zdarzyło.

    I jeszcze jedna kwestia - tych zaskoków chyba mi starczy do końca życia. Tak "zaskakująco" przestaję lubić wanilię, którą kiedyś uwielbiałam, polubiłam geranium, którego zapach w realu mnie strasznie wkurza, a teraz oswajam różę. Powoli, opornie, z mozołem. pewnie nigdy nie stanie się róża moją ulubioną nutą, ale podziwiam bogactwo odcieni, jakie daje ten kwiat.

    OdpowiedzUsuń
  11. Sabbath Ty narobiłaś mi ochoty :)) ciekawa jestem jak będzie pachniał na mojej skórze... a tak w ogóle perfumy niszowe mnie zadziwiają :) są takie nuty zapachowe, na które nawet bym nie spojrzała a że jestem ciekawe stworzenie to chętnie sięgam po "nowe" i eureka! na skórze poezja :D chociaż zdarzają się wyjątkowe paskudy ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Reniu, no fakt. Kto normalny chciałby pachnieć selerem? Albo marchewką? Albo szalejem... Brrr... ;)
    Tez jestem ciekawe stworzenie i też kusi mnie to, co nietypowe, niespotykane, nieszablonowe. Przełamywanie barier estetycznych, zapach smoły czy selera? Bardzo chętnie!
    A wyjątkowe paskudy się zdarzają. Własnie wczoraj zafundowałam sobie globalne zlanie się zapachem, który nuty i opinie ma rewelacyjne... Ostatecznie zamiast pójść do knajpy wróciłam do domu się przebrać. I wykąpać.
    Człek stary, a głupi. :/

    OdpowiedzUsuń
  13. już jestem :)
    tak mnie zachwycił post,że musiałem się pozbierać do kupy:)
    już ochłonąłem :)
    twój opis jest tak sugestywny....
    chyba pierwszy raz spotykam sie z zapachami które na pewnym etapie są tak współgrające ze sobą, a jednak różnią się.
    zdjęcia wprost idealnie dopasowane
    a końcówka postu...
    tylko ty tak potrafisz:)
    a wiesz, ja to uwielbiam:)
    ściskam

    OdpowiedzUsuń
  14. pan ze pierwszego zdjęcia bardzo przypomina Shakespeara z pewnej ekranizacji:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Jarku, bardzo się cieszę, że jesteś. Obawiałam się, że uznałeś moje wywody za infantylne i poszedłeś poszukać kogoś mądrzejszego. ;)
    I tylko troszkę żartuję.
    Czasem wychodzi mi wpis bardzo osobisty. Jakiś taki... Nienowoczesny, niekozacki. Bo ja często kozaczę, to prawda. I jestem nowoczesna. Tylko jakby nie do końca. Ale ciii... To tajemnica. ;)
    Miło mi, że wróciłeś. :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Do Krakowa troszkę daleko z Gdańska ;) ale może kiedyś nadarzy się okazja do sprawdzenia zapachu :).

    A co do mojego komentarza u Cammie i Twojej na niego odpowiedzi, to właściwie kiedy tak na to spojrzeć, to rzeczywiście jakoś człowiekowi lepiej z samym sobą się robi ;). Szał zakupowy jako taki nie dopada mnie w zasadzie nigdy, no chyba że widzę coś co autentycznie rzuci mnie na kolana, a to zdarza się bardzo rzadko, niemal nigdy. Kasa leci głównie na pasje, tak jak sama powiedziałaś. Więc chyba nie jest ze mną aż tak najgorzej ;). Ściskam serdecznie! :*

    OdpowiedzUsuń
  17. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  18. sorry. musiołech cosik poprawić ;)
    pragnę cię uświadomić, iż nie ma drugiej takiej,która każdym nowym postem powodowałaby szybsze bicie serca.
    jak to ktoś powiedział:
    "jam nie krowa która szuka lepszego pastwiska"
    :D
    jam już znalazł :)
    twoje posty to już codzienny rytuał,oczywiście oprócz sprawdzenia poczty mail
    "z karzdą bądz razą" choćby nie wiem co,to zawsze znajdę dla ciebie czas.
    pamiętaj o tym:)
    a Monika ze zdjęcia jest tak seksowna, że mogłaby kosić mój trawnik :DD

    OdpowiedzUsuń
  19. czy L'INFANTE bedzie następnym zapachem?
    :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Kiedy ona będzie kosiła Twój trawnik, niech Vincent zmywa u mnie naczynia. ;)
    A moje pastwisko zawsze zaprasza. Może i nie dbam o nie najregularniej na świecie, ale się staram. Tylko czasem nie daję rady... Dziś na przykład jestem jeszcze wtorkowa i nie będę się kładła do wieczora. Mam taki nawał roboty, że... Że najchętniej siedziałabym i pisała o perfumach. ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie. Następny z serii Diivine będzie L"Homme Sage. Jestem nim zachwycona. Ale najpierw chyba wrzucę coś śmiesznego.

    OdpowiedzUsuń
  22. "jestem dziś wtorkowa :D"
    no i jak cię nie lubić:)
    przypomiał mi się kawał:

    -dzień dobry, czy jest dzisiejszy chleb?
    -nie. jest wczorajszy
    -a kiedy będzie dzisiejszy?
    -dzisiejszy bedzie jutro :D

    uuu słabe ;)
    p.s
    a żeby odciążyć cię od nadmiaru obowiązków od dziś zacznę wywieszać ogłoszenia.
    coś w stylu:
    poszukiwana pomoc (domowa??)
    ;)
    no wiesz z tym trawnikiem to była taka metafora
    a uwież mi, iż mam naprawdę duuży "trawnik"
    :DD
    na zapach oczywiście czekam.
    L'HOMME SAGE czyli Mądry mężczyzna/człowiek"
    u ciebie to jak w przysłowiu:
    "im dalej w las tym więcej grzybów"
    :D

    OdpowiedzUsuń
  23. Tyle, że jutro dzisiejszy będzie wczorajszy. :]
    Socjalistyczny ten kawał. Zgadłam? :)

    Pomoc domową chętnie przyjmę. Nie musi być Gallo. W sumie, nawet lepiej, zeby to nie był Gallo. Jest tylko trochę w moim typie i do tego żonaty. W sumie... jego żona podoba mi się bardziej. Ale też nie chcę, żeby kręciła mi się po kuchni. ;)

    W kwestii zagęszczenia grzybów: mam nadzieję, ze ten będzie Ci smakował. Ale najpierw pies. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. zgadza się.
    kawał stary jak ja sam ;)
    wiedz iż w kwestii grzybów,jak do tej pory nie miałem żadnych niestrawności:D
    zawsze przyrządzasz je znakomicie
    czekam na tę wyjątkową truflę:)
    p.s
    my wiemy ,kto jest w twoim typie
    już kiedyś gościł w twoich blogowych progach:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Kawałom się chyba wiek inaczej liczy. Coś jak psom, albo nawet mniej łaskawie. ;)
    A w moim typie to kto niby jest? Tylu ich już tu było... ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. był taki jeden.
    jak nikt inny wymiatał spojrzeniem:)
    podobno muzyk :D
    wiem że wiesz;)

    OdpowiedzUsuń
  27. Klaudio mam pytanie z innej beczki
    czy ty znasz może markę FRAGONARD?
    nic nie wiem na jej temat:(
    czy zapachy są warte poznania?
    jeżeli tak to jakie?
    i czy są trwałe?

    OdpowiedzUsuń
  28. Jarku, Ratajczyk? Eeee... No co Ty? Straszny smutas to był. Może i fajny na pierwszy rzut oka, ale już na drugi zdecydowanie nie mój typ. Nie lubię zadęcia i silenia się na mhrrok.
    Żeby jeszcze grał jakoś z sensem, ale dla mnie to jego smucenie jest po prostu nudne. Za mało muzyki, za mało energii, za mało wirtuozerii.
    To już bardziej w moim typie jest pan spod Black Afgano, choć akurat kawałek też smutny. Ale pozostałe! :)

    Fragonarda znam kilka zapachów. Koncentracja, trwałość, jakość - fenomenalne. Ale kompozycje dość tradycyjne. Miałam Belle de Nuit, Baroque, Vanille i coś tam jeszcze. Żaden z flakonów nie wytrzymał u mnie dłużej, niż kilka tygodni.
    Niestety, wszystkich ich zapachów nie znam. Choć Tara bym tam nie szukała. Ani typowych kadzideł.

    OdpowiedzUsuń
  29. Genialna recenzja. Aż nie mogę się doczekać gdy powącham te perfumy :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...