niedziela, 14 października 2012

Santal Majuscule Serge Lutens



Są perfumy, na które czekamy. I dla mnie jednym z kreatorów, którego zapachów zawsze wyglądam z ekscytacją jest Serge Lutens - postać tyleż wielka, co kontrowersyjna. Zarzuca się mu wtórność, powielanie schematu, tworzenie kompozycji podobnych do siebie i nieodkrywczych. Czytałam nawet teorie, że Lutens używa jednej bazy, na której miesza wszystkie swoje zapachy. Z tym ostatnim akurat nie mogę się zgodzić zdecydowanie, znam bowiem Clair de Musc, Sa Majeste la Rose, L'Eau Froide czy Vitriol d’œillet, które schemat ten burzą, jednak rzeczywiście trudno nie zauważyć charakterystycznej zawiesistości łączącej wiele kompozycji Serge Lutens. Akord ten został przez nas na forum Wizaż nazwany Tabazą*, czyli Tą Bazą. I moim zdaniem to nie jest wada. To jest styl. Nowa jakość. Ale ja mam szczęście, bo mnie się Ta-baza podoba.


Na Santal Majsucule czekałam z ekscytacją tym większą, że poprzedni zapach Srege'a oparty na indyjskim sandałowcu stał się jednym z moich ulubieńców wszech czasów. Mam na myśli oczywiście Santal de Mysore. Tym razem, ze względu na ograniczenia wyrębu drzew sandałowych wprowadzone przez indyjski rząd, w składzie perfum znajdziemy sandałowiec australijski starannie przez Serge'a "ucharakteryzowany" na mysorski. Czy sztuczka się udała? Spróbuję Wam opowiedzieć.



Towarzystwo niezwykłe
ale dobrze wychowane
 
Otwarcie to duet nut: tłuściutka róża walczy w nim z suchym, kanciastym kakao. Splatają się w majestatycznym tańcu objęci bardziej po to, by zademonstrować przewagę, niż miłość. 
Mam szczególne wrażenie napierania na siebie nut popychających zapach w dwóch różnych kierunkach. Efekt jest fascynujący, lecz daleki od klasycznej harmonii.

Róża przyzywa na pomoc sandałowiec. Nietypowy sojusz, bo drzewna ta nuta bliższa wydaje się stronnictwu kakaowemu, jednak tym razem jasnoskóry raczej, niż mysorsko śniady pan Sandałowiec staje po stronie damy.

Kakao grono popleczników ma nieco liczniejsze. Po stronie nut niszowo niespolegliwych staje duet przyprawowy: Cynamon i Muszkat. Obaj z filiżankami gorzkiej kawy w dłoniach, przygotowani na długie, intelektualne dyskusje. Nieco w cieniu trzyma się odziana w ciemnozieloną suknię sufrażystka Paczula ukrywająca twarz za wachlarzem w kolorze lukrecji.
 
Cóż z tego, skoro Róża na intelektualne dysputy chęci nie ma? Od kawy woli miodowe ciasteczka (pachnące masełkiem jak w Jeaux de Peau), a zamiast intelektualnych dysput zabawę w kotyliony za pomocą bukiecików białych kwiatków? Bo jest i ślad białego kwiecia w Santal Majuscule.

Ostatecznie, po godzinie spędzonej na próbach sprowokowania Róży do zajęcia stanowiska w ostrym sporze intelektualne stronnictwo kakaowo - przyprawowe daje za wygraną, rozsiada się na miękkich kanapach i kontentuje własnym towarzystwem. Róża rozczarowana brakiem uwagi chwilę jeszcze kręci się po parkiecie, chwilę wachluje kwietnymi bukiecikami, trochę kokietuje okazującego coraz mniejsze zainteresowanie Sandałowca , aż wreszcie przysiada w kątku i całkowicie poświęca konsumpcji góry ciasteczek z miodowo - maślanym kremem.
 
Tymczasem Sandałowiec - zdrajca przechodzi do przeciwnego obozu. Najpierw dyskretnie wyrzuca pod stół kotylion z butonierki, potem niby przypadkiem zalewa kawą biały fontaź i zmienia go na czarną muszkę, wreszcie przysiada między Cynamonem i Paczulą w ciemnym kącie salonu i całkiem dobrze znajduje się w tym towarzystwie.
 
I dopiero wtedy, gdy już ucichnie krzątanina na parkiecie, gdy dwa wiodące stronnictwa zawrą kruchy rozejm okazuje się, że na sali są inni goście. Nazwijmy ich Stronnictwem Ambrowym, dobrze?

Nie zawierający ambry akord ambrowy tworzy panna Wanilia maskująca delikatną urodę męskim ubraniem i fryzurą, gładko ogolony, jasnowłosy Bob Tonka starający się bezskutecznie o waniliowe względy swojej towarzyszki, bogaty Palisander o egzotycznej urodzie i anonimowy, nie znany bliżej w towarzystwie pan Akcent Żywiczny podejrzewany o pokrewieństwo z baronową Mirrą.
Ach! I jeszcze pan Cedr, który na takich przyjęciach pojawia się zawsze, ale jego obecność uznawana jest za tak oczywistą, że nawet nie anonsuje się go przy wejściu.
 
Być może zadziwię Was, ale moim zdaniem, pomimo pewnych spięć w pierwszej godzinie imprezy, jest to udane przyjęcie.
Muzyka gra cicho, gwar przyciszonych rozmów brzmi miło dla ucha, ciasteczka są pyszne, a towarzystwo nienamolne. Czasem odnoszę wrażenie, że w kątku zobaczę mały stoliczek, a na nim skrzyneczkę ze świecowymi kredkami - znajduję bowiem w Santal Majuscule nutkę przypominającą Palisander Comme des Garcons, jednak nie jest to nuta uciążliwa.

Czy jest Santal Majuscule rzeczywiście sandałowcem pisanym majuskułami?
Nie wiem. Dla mnie to raczej perfumeryjna kaligrafia. Pięknie, od linijki do linijki wypisana maksyma, która jednak nie zmienia świata, nie robi rewolucji.

Skojarzenie ze wzbogaconym różą i stylizowanym na Santal de Mysore Jeaux de Peau jest na tyle silne, że mimo iż zapach jest przyjemny, nie budzi we mnie żywych emocji. O tym, że Serge Lutens jest biegły w perfumeryjnej kaligrafii wiedziałam od dawna przecież.




Data powstania: 2012
Twórca: Serge Lutens

Nuty zapachowe:
sandałowiec (australijski), miód, kakao, róża turecka 



*Skojarzenie ze złą czarownicą z kreskówki o Sindbadzie zamierzone. :)
  • Wszystkie zdjęcia, poza pierwszym pochodzą z filmu  na podstawie powieści "Dziwne losy Jane Eyre" Charlotte Brontë, który w 2011 roku nakręcił Cary Fukunaga.

35 komentarzy:

  1. Sabb pwoinnaś pisać scenariusze filomwe.
    każda nuta świetnie odgrywa swoją rolę:)
    Recenzja znakomita!
    pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Jarku. jesteś, jak zawsze, bardzo miły.
      A co myślisz o samym SM? Taki, czy inny? Fajny, czy niekoniecznie?

      Usuń
    2. Ja chętnie przeczytałabym Twoją powieść ;)

      Usuń
    3. I Ty także? Kurczę... Jesteś kolejną osobą, która tu postuluje książkę. :) Iwetto, jest mi bardzo miło.

      Usuń
    4. Aż wstyd przyznać, ale nowości Serge Lutensa nie znam:(((

      Usuń
    5. I słusznie! Posługujesz się słowami tak sprawnie i tak pięknie je ze sobą łączysz, że mogłabyś mi pisać o najbardziej prozaicznych sprawach, a ja będę czytać z zapartym tchem :)

      Usuń
    6. Dziękuję. nie wiem, co napisać. Powiedzmy, ze myślę o tym... Ale je jestem okropnym leniem.

      Usuń
  2. Oooo brzmi co najmniej ciekawie, dziękuję za recenzję :). Jak będzie okazja to się rzucę :P.

    Zabawne bo nie dalej niż tydzień temu opowiadałam siostrze fabułę filmu, z którego użyłaś ilustracji :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polu, czy uwierzysz, ze ja go nie widziałam? Mam poważne braki w romansach i wybrałam Jane Eyre wyłącznie ze względu na ilustracje. Wstyd trochę, ale streszczenia i recenzje ani trochę nie przekonują mnie do nadrobienia tego zaniedbania. :(

      Daj znać, co o nim myślisz. W sumie, mogę Ci wysłać próbkę. Zostało w niej jeszcze duuużo.

      Usuń
  3. Bardzo byłam ciekawa Twojego odbioru Majuskulnego Sandałowca. Santal de Mysore jest zachwycający, jego młodszy brat niestety mojego zachwytu nie budzi. Może dlatego że na mnie układa się ciężko i słodko, wizja, którą roztoczyłaś pasowałaby mi wybornie, gdyby owo niezwykłe towarzystwo było zebraniem ludzi z otyłością olbrzymią, zebraniem na którym nie jest mowa o sposobach redukcji wagi ale które służy do wymiany wysokokalorycznych przepisów kulinarnych i spożywaniu greckich, upelnie słodkich ociekających tłuszczem makaroników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie właśnie jest relatywnie mało słodki. Głównie w sekcji różanej - dlatego Róża tłuściutka. Poza tym jest bardzo przyjemny, miękki i otulający. Sto razy ładniejszy, niż Jeaux de Peau. Ale wciaż nie rzuca na kolana. A SdM owszem, rzuca. <3

      Usuń
  4. Niby spięcia na początku, ale powiem Ci, że wszystko mi się tutaj układa zadziwiająco harmonijnie. Z resztą jak już kiedyś pisałam - lubię kiedy coś jest nie do końca dopasowane, kiedy znienacka da po nosie "krzywą" nutą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałaś. I ja pisałam, że się zgadzam. :) I od siebie też to pisałam - o zachwianiu, utracie balansu. Santal Majsuscule to chyba jednak nie ten przypadek. Jest statyczny dość. Bardzo przyjemny w noszeniu, spokojny, otulający, dzięki nutce kredek odrobinę niszowy. Ale na kolana mnie nie rzucił jednak.

      Usuń
  5. No i mamy scenariusz "Niebezpiecznych związków II";)Laclos byłby dumny:)
    Tradycyjnie kolejna błyskotliwa i wciągająca recenzja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D
      No nie... Nie ma tu żadnych niebezpiecznych związków. Fajnie by było, gdyby były. Ale nie ma.
      To ciągle jest tylko umiarkowanie nudne przyjęcie. :)

      Ale Twój komentarz cudny. Bo moze to i jest potencjał na dalszą historię? Może czegoś do tego sandała kapnąć, żeby pociągnąć opowieść dalej? Więcej cynamonu? I jakiegoś kadzidła? Ostatnio namiętnie mieszam. :)

      Usuń
    2. Może rzeczywiście przesadziłam:)Markizy de Merteuil tu nie wypatrzyłam. A może to takie mniej hardkorowe "Targowisko próżności"?;)
      Ja z mniejszym lub większym powodzeniem mieszam w życiu, perfum jeszcze nie miksowałam. To chyba domena bardziej wytrawnych graczy:)

      Usuń
  6. Serge Lutens intryguje mnie odkąd przeczytałam jego historię. Wywarł na mnie ogromne wrażenie i mam nadzieję, że kiedyś będę mogła obwąchać jego kompozycje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rzeczywiście fascynująca osobowość. Wydaje się, że traktuje rzeczywistość jak dzieło sztuki: kształtuje je i cyzeluje. Dąży do swojej wizji, przeszkody traktuje jak wyzwania, nie utyskuje, tylko poszukuje sensu i radości. We wszystkim. Myślę, ze poznanie go byłoby niezwykłym doświadczeniem.

      Usuń
  7. Ależ obrazowa recenzja! Gdzieś w tle czai się intryga, Wanilia pochyla się nad baronową Mirrą komentując jej do ucha nieoczywiste zachowanie Sandałowca. Znów zapach, którego nie znam, zupełnie nie mam czasu na testy... :((((( Pozdrowienia z Bukaresztu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alez Myszo, takich powodów do zaniedbywania testów mogę Ci tylko zazdrościć! Baw się dobrze, nie myśl o Santalu. On poczeka - jest w Douglasach, Lu'Lui, Quality i wielu innych miejscach.
      Ale mi miło, że zajrzałaś do mnie z tak daleka. :*

      Usuń
  8. Oj i mnie się teraz zachciało testów :)))
    Ale zahaczyć chciałam jeszcze o Tąbazę :) Może rzeczywiście coś w tym jest, ale uważam, że Serge Lutens nie jest w tym odosobniony. Moim skromnym nosem zdecydowanie wyczuwam wspólne nuty dla wszystkich kompozycji (no może większości, bo wszystkich pewnie nie znam) np. Amouage, Balmain, Creed, MFK.
    Już wcześniej to przyuważyłam - jak poczuję zapach, to od razu wiem co to za marka, nawet jak nie znam zapachu.
    A może tylko mi się wydaje..?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amouage ma faktycznie pewien szczególny styl sprawiający, że wszystkie prawie ich zapachy odbieram w nieco podobny sposób. Chyba dlatego nie pisze mi się o nich dobrze. Creed to klasyka i ten klasyczny sznyt także jest widoczny we wszystkich ich zapachach. MFK różnie. Na pewno nie jest ekstremistą i widać, że starannie miącha. Natomiast Balmain znam tylko dwa zapachy, niestety. Może to za mało, żeby dostrzec wspólny mianownik?

      Usuń
    2. Ja Balmain też tylko dwa znam, ale według mnie są bardzo podobne - nie bardzo potrafię rozpoznawać składy perfum i ciężko mi powiedzieć co powoduje taki efekt, ale to taki lekko słodkawe, jakby mydlane tło :)

      Ja za to Amouage bardzo lubię, choć nie próbowałam ich ubrać w słowa. A opowieści serwowane przez producenta jakoś do mnie nie przemawiają ;)

      Usuń
  9. Sab! Ty książkę napisz! Ja mówię poważnie bardzo - wiesz, jak fajnie by się to czytało nie z monitora, tylko z papieru (i jeszcze ten zapach książki...) wieczorem, na ulubionej kanapie przed kominkiem :) Bo ja uwielbiam Cię czytać, no! I to kolejna notka, która mnie zachwyciła, i już pal licho zapach... tzn pan Sandałowiec wkraczający do akcji zaintrygował mnie, nie powiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I każda strona nasączona innym zapachem ♥
      Poezja :)
      Zaciekawiła mnie nutka kawy i cynamonu, na pewno kiedyś powącham :)

      Usuń
    2. Tesry polecam. Nie jest to kompozycja wyrywająca z papci, ale jest miła. :)

      A za wszystkie miłe słowa dziękuję pięknie. :)

      Usuń
    3. Chyba tak się rozpuściłam, że miła kompozycja to trochę za mało :P

      Usuń
    4. Haha! Dokładnie ten sam objaw obserwuję u siebie. )))

      Usuń
  10. Najlepsza recenzja, jaką kiedykolwiek czytałam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba się zarumienię... Dziękuję. :)

      Usuń
  11. No proszę, jak dobrze cofnąć się w czasoprzestrzeni i trafić na TAKI kąsek! Mistrzowska recenzja, dziękuję.
    I pozdrawiam z Gdańska :)

    OdpowiedzUsuń
  12. No proszę, jak dobrze cofnąć się w czasoprzestrzeni i trafić na TAKI kąsek! Mistrzowska recenzja, dziękuję.
    I pozdrawiam z Gdańska :)

    OdpowiedzUsuń
  13. No proszę, jak to dobrze cofnąć się w czasoprzestrzeni, żeby trafić na TAKI kąsek! Mistrzowska recenzja - dziękuję. I pozdrawiam z Gdańska :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...