I Hate Perfume Wild Hunt

Wild Hunt to zapach pradawnej kniei w upale letniego popołudnia. To połączenie aromatu podartych liści, zmiażdżonych gałązek, płynącej żywicy, opadłych konarów, starych liści, zielonego mchu, jodeł, sosen i małych grzybków.

Tak przynajmniej opisuje swoje dzieło Christopher Brosius.

Oto kolejny z serii zapachowych archetypów proponowanych nam przez ekscentrycznego perfumiarza zza oceanu.

Archetyp lasu (wedle opisu po prostu forest), a może raczej dzikich ostępów, nietkniętej ludzką stopą wilgotnej, pełnej życia krainy zamieszkałej przez postaci z ludowych podań. Czy to naprawdę dziki gon?

No cóż… Być może tam właśnie mogliby paść swoje widmowe wierzchowce wojownicy Wodana…

Przyznaję się ze wstydem wielkim, że Wild Hunt nabyłam w ciemno. Wiem… Nie jest to mądre, ale ludzie, zrozumcie: te nuty i ta nazwa… Do tego ten olfaktoryczny doktor Frankenstein u źródła zapachu! Czyż mogłam się oprzeć pokusie, skoro testować nie było gdzie?!

Ja uznałam, że nie mogę, nie wypada nawet i dałam się porwać Dzikiemu Gonowi.

Co sobie pomyślałam o swoich porywach po otrzymaniu flaszki – nie napiszę, bo gdzieżby człowiek dobrowolnie takie rzeczy o sobie samym wygadywał… I to publicznie (nawet jak nikt nie słucha i nie czyta to jest publicznie).

Pierwsza nuta jest bardzo stymulująca dla wyobraźni. Od razu zobaczyłam stertę starych, wyrośniętych kartofli w ciemnej piwnicy.

Po minucie piwnica zniknęła, kartoflane wykopalisko pokrył śnieg, a ja, zamiast znaleźć się w leśnych ostępach w parne popołudnie zostałam rzucona wprost na wilgotną ziemię, pod grubą, śnieżną pokrywę. Zapach tak niezwykle przypominał mi Snow Demeter (z nutą przyczajonego życia i przytęchłej słodyczy włącznie), że pierwsze, co pomyślałam to: Po co mi u licha 100 ml czegoś, czego 120 ml już stoi na mojej półce?!

Tak więc szczerze oburzona, mamrocząc pod nosem rzeczy brzydkie i bardzo brzydkie wzięłam w ręce aparat i skwapliwie obfotofgrafowałam swoje kłopotliwe szczęście z zamiarem natychmiastowego upłynnienia go na Allegro. Wkurzona i zajęta egzekucją przestałam koncentrować się na owej dziwacznej roślinnej wegetacji na moim ciele i oto… zupełnie niespodziewanie poczułam wokół szalenie intrygujący zapach.

Młode, wilgotne rośliny, zwinięte jeszcze listki; jasne, żółte nieomal źdźbła wyrastające z czarnej, tłustej ziemi. Gruby, opity deszczówką mech ugniatany opadłymi gałęziami oblepionymi więdnącymi liśćmi. A nad tym ostry zapach sosnowej żywicy wślizgujący się do płuc jak woda do kaloszy…

Niesamowity!

I oczywiście, to byłam ja. A raczej mój zmęczony dzikim gonieniem orszak mrocznych jeźdźców leżących bezwładnie wśród starych wiatrołomów, opadłych liści i odbijających szarzejące niebo kałuż. Szaleństwo śniące spokojnie z policzkiem na mokrym mchu…

 

Czy muszę pisać, że żadnego handelku tym zapachem nie będzie?

Data powstania: 2007

Twórca: Christopher Brosius

Ilustracja 1: Peter Nicolai Arbo „Odin’s Wild Hunt”

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Wywiad z Olivierem Durbano

Zapraszam Was dziś do lektury wywiadu niezwykłego. Niewiele firm perfumeryjnych ma tak dobrą opinię, jak mój dzisiejszy gość. Marka Olivier Durbano właściwie nie ma w

Czytaj więcej »