Serge Lutens L’Haleine des Dieux

Byłam kiedyś straszną lutownicą. Tak na forach nazywaliśmy babki, które miały chysia na punkcie perfum Serge Lutens.

Wiem, że dziś trudno w to uwierzyć, ale marka Serge Lutens była kiedyś niszowa. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z perfumami niszowymi, cudeńka tworzone przez Christophera Sheldrake’a w ogóle nie były dostępne w Polsce. Pierwsze swoje eksportowe flakony sprowadzałam z europejskich perfumerii, a potem odkryłam serię pałacową i dzwonki pełne pachnących cudów. W apogeum mojej fascynacji miałam ponad 20 flakonów tej marki.
Były to czasy kiedy Lutensy praktycznie sztuka w sztukę były potężne, esencjonalne i orientalne nie tylko przez duże O, ale przez duże wszystkie litery. I kochaliśmy je w raczkującym niszowym światku (prawie) wszyscy miłością wielką i pożądaliśmy żądzą rozpaczliwą.

Potem przyszły zmiany.

Serge Lutens włączył się intensywniej w proces komponowania perfum, do oferty zaczęły wchodzić perfumy w innym stylu – na przykład kolekcja L’Eau.

W 2014 roku z wielką ekscytacją przyjęliśmy zapowiedź pojawienia się nowej serii Section d’Or zapowiadanej przez mistrza Serge’a jako przełomowa. Mroczną jaskółką serii był L’incendiaire czyli Podpalacz. Gdzieś w starych postach na blogu zachował się ślad mojej ekscytacji koncepcją, nazwą i rewolucją, której się wszyscy spodziewaliśmy.

Nie popsuję chyba suspensu jeśli napiszę, że z czasem okazało się, że Section d’Or jest kolekcją ekskluzywną, nie rewolucyjną.

W 2015 markę Serge Lutens przejęło Shiseido i jeszcze więcej się zmieniło.
Po pierwsze dostępność. Marka weszła do Douglasów – najpierw na zachodzie Europy, potem także w Polsce. I to jest super.

Po drugie zaczęło się żonglowanie seriami i eksporty zaczęły przechodzić do kolekcji pałacowej, pałacówki zaczęły pojawiać się jako limitowane wersje eksportowe. Potem w ogóle zmieniono podział na kolekcje, kompozycje bardziej eteryczne dostały nowe flakony, zaczęły pojawiać się kolekcje zupełnie nowe i to też spoko.

Ciężka, charakterystyczna i wielbiona przez wielu perfumomaniaków „Tabaza”, czyli wspólny mianownik wczesnych kompozycji Sheldrake’a, przestała być znakiem rozpoznawczym marki, która zaczęła zagarniać nowe segmenty rynku kompozycjami lżejszymi i bardziej urozmaiconymi. Co też jest zrozumiałe.

Niestety, zaczęło się też mieszanie w formułach i część Lutków straciła swoją potęgę. Co wpisuje się w ogólny trend, zgodnie z którym wraz ze zwiększaniem się popularności marki, zmniejsza się moc jej perfum.

I proszę nie zrozumcie mnie źle. Serge Lutens to nadal wspaniały brand i miejsce dla Lutków zawsze znajdzie się w mojej perfumeryjnej garderobie i w perfumeryjnym serduchu.

Jednym z dziewięciu flakonów tej marki, które stoją dziś na moich półkach jest L’Haleine des Dieux czyli Oddech Bogów.
I tu wracamy do kolekcji Section d’Or.

Perfumy wchodzące w skład tej kolekcji są strasznie drogie.

I to jest ich najważniejsza cecha. Piękne, czarne flakony ze złotymi tabliczkami (wcale nie wykonane tak dobrze, jak oczekiwalibyśmy) i piękne szkatułki zamiast pudełek (których ocenić nie mogę, bo mam tester w bąblofolii) chyba nie przekonały ludzi do tego, żeby płacić ponad 3 000 złotych za 50 mililitrów perfum.
Bo w Section d’Or nie ma nie tylko rewolucji, ale też chyba nie ma rewelacji. Kolekcja składa się z kompozycji pięknych, ale nie odbiegających od reszty oferty marki na tyle, by uzasadnić ponad pięciokrotne przebicie cenowe.

No i seria jakoś świata nie podbija.
A ja, konsekwentnie dokonując remanentu na półkach, pogawędzę dziś nie tylko o historii perfum Serge Lutens, ale też o Oddechu Bogów.

Nigdy nie zrecenzowałam Ambre Sultan Serge Lutens. Kiedy je poznałam (daaawno, daaawno temu, za siedmioma górami) byłam chyba za krótka na ambrę. A perfumy klasyfikowałam głównie jako „moje” i niemoje. Moje były drewna: Santal de Mysore, Chene, Cherqui. I dymy. Niemoje właściwie wszystko inne.
Kiedy więc forum Gazety zachwycało się Ambrą od Lutensa, ja myślałam tylko o tym, jak ustrzelić pałacówkę Santal de Mysore.

Wiele lat później nadszedł czas blogowania i wiele, wiele perfum tej marki pojawiło się na Sabbath of Senses, ale na Ambre Sultan jakoś nigdy nie przyszedł czas, bo przecież znałam, wszyscy znali, nie ma sensu płacić za próbkę, skoro znam i wszyscy znają.

I chodzi za mną ten Chory Waleń (jak spontanicznie nazwałam kiedyś te perfumy ze względu na apteczne otwarcie), ale wciąż nieskutecznie. A wspominam o nim, bo Oddech Bogów mówi nam jednoznacznie, że Bogowie są Waleniami.

Opisy mistrza Serge’a robią się z roku na rok bardziej odjechane. Tym razem, przedstawiając nam mglisty oddech bogów Serge Lutens oświadcza, że w istocie sam jest Bogiem, Diabłem i kobietą (but in actual fact, I am God, the Devil and a woman!). I to podejście zgadza się z moim filozoficznym postrzeganiem boskości, diabelstwa i płci. Pasuje też do androgynicznego charakteru kompozycji łączącej cielesność ambry z ceremonialnością szałwiowego kadzidła, monumentalność lasu z miękkością wanilii. Gdzieś na zapachowym horyzoncie pobrzmiewa całkiem sakralne kadzidło – matowe, jak w dawnych kompozycjach Sheldrake’a – i cytrusowa goryczka elemi.

Jest Oddech Bogów bardziej perfumeryjnym, mniej dosłownym podejściem do ambry, niż wspomniane Ambre Sultan. I jest to zarazem zaletą, jak i wadą, bo wyraziste ambrowe perfumy mają swoich zwolenników. Tak samo jak perfumy po prostu piękne, eleganckie i luksusowe.

Niejednoznaczna uroda kompozycji przywodzi na myśl stare batche Dune Diora. Dune z czasów, kiedy na selektywnym rynku hitami sprzedażowymi bywały kompozycje wymagające.
Nuty różne, ale mariaż ambry z piżmem i żywicami jest. Szałwia rozjaśnia kompozycję jak aldehydowy promyk w Dune. Dymna „Tabaza” wprost z Chergui pełni tę samą rolę, co mech dębowy w klasyku 1991 roku.

Poleciłabym L’Haleine des Dieux miłośnikom Dune i niebanalnej elegancji, ale… po pierwsze trudno je znaleźć, a po drugie – nawet gdyby było łatwo, to chyba nie namawiałabym do zakupu za ponad trzy tysiące.
Ja też nie kupiłam za regularną cenę. Mam tylko i tester.

Tak oto recenzja wycofanych perfum stała się dla mnie pretekstem do opowieści o Mistrzu Serge’u i mistrzu Christopcherze. I o tym, jak ważna była marka Serge Lutens dla rozwoju perfumiarstwa niszowego.

Napiszcie mi proszę, jak zaczęła się (i czy w ogóle się zaczęła) Wasze przygoda w Lutkami?
Czy przeszliście fazę wielkiej fascynacji kompozycjami Sheldrake’a?
Jak dziś postrzegacie tę markę?

Jestem bardzo ciekawa, czy zostałam sama z tym sentymentem, czy jest nas więcej.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Lipstick Rose Frederic Malle

 . Wiecie, że dziś jest Dzień Kobiet? Ja wiem. Żadna w tym moja zasługa – systematycznie zapominam o wszelkich świętach, nie tylko tak błahych… Ogólnie

Czytaj więcej »