wtorek, 26 stycznia 2010

Serge Lutens Encens et Lavande


Przy okazji malowania obrazka dla lawendowego jednonutowca Donny Karan pisałam z nieprzystojnym zdziwieniem, że lawenda może być ładna. Co więcej, już bez zdziwienia stwierdzam, że ładna lawenda zdarza się nie tylko w wersji solowej czy w kwiatowych bukietach (perfumeryjnych oczywiście), ale też w połączeniu z kadzidłem: na przykład w Rush For Men Gucci, Frankincense & Myrrh Czech and Speake, czy Let Me Play the Lion LesNez.

Dlatego z czystym sumieniem twierdzę, że choć nie przewidywałam wielkiej namiętności, to także i uprzedzona do lutensowskiego mariażu kadzidła z lawendą nie byłam. Liczyłam, że będzie nietypowo i w sumie nie zawiodłam się.
Tyle, że plan obejmował chłodne, przestrzenne kadzidło, nie zaś pozostałości harcerskiego pikniku na polu przemrożonej lawendy i szałwii.

Tymczasem przez pierwszą godzinę po aplikacji mamy taki oto zapachowy obrazek:
kompletny wygwizdów, wiatr i ziąb. Wzgórze porośnięte szałwią (przede wszystkim szałwią) i lawendą o przemarzniętych, zmarszczonych kwiatach. Na tym wzgórzu napotykamy na pozostałości pospiesznie zwijanego obozowiska: porzucony wełniany koc oraz kupki nadpalonego paliwa turystycznego w kostkach, które najwyraźniej odmówiło współpracy w ten wietrzny dzionek.
Kojarzycie zapach tej substancji? Znakomicie zastępowała denaturat mając wszelkie możliwe zalety z brakiem ryzyka zalania (i zasmrodzenia) całego plecaka na czele.
No i zapach mniej odpychający. Nie na tyle urodziwy jednak, bym chciała nim pachnieć osobiście.

Gdyby Encens et Lavande kończyły się tym akordem, uznałabym je za niewypał.
Ale nie kończą się... Mam wrażenie, że one w ogóle się nie kończą. Trwałość że czapki z głów!

Ale najpierw jeszcze włóżmy te czapki na chwilę, bo, choć w miarę upływu czasu robi się przyjemniej, to jednak nadal jest dość chłodno.
Zapach nie zmienia się gwałtownie. Nie jestem w stanie uchwycić konkretnego momentu wolty, po której kadzidlana lawenda zaczyna mi się podobać. A zaczyna.
Nieprzyjemny, ziołowo chemiczny chłód przechodzi najpierw w interesująco chłodny ziołowy dymek, a potem w interesująco... ładną lawendową ambrę. Po czterech, pięciu... ośmiu czy dziesięciu godzinach nawet bardzo ładną.

To prosta kompozycja, ale pomysł zasługuje na uwagę.
Lawenda, lekko tylko na tym etapie wyostrzona szałwią daje zapachowi wspaniałą przestrzeń. Kadzidło rozdmuchane ziołowym chłodem i jednocześnie ogrzane, otulone w miarę upływu czasu coraz wyraźniejszą ambrą zyskuje tu nowy wymiar, nowe cechy. Jest stygnącym w chłodnym powietrzu dymem. Jak gdyby traciło ciepło i gęstość zmieniając się w zapachowy ślad, cień aromatu przefiltrowany przez lawendową przestrzeń jak dym z fajki wodnej przez łagodzącą go wodę.

W efekcie, wbrew moim oczekiwaniom i nazwie, nie mamy tu do czynienia z zapachem kadzidlanym, lecz z zadziwiająco przytulną lawendą. Naprawdę niezwykłą. Niejednoznaczną jak dotyk owianego wiatrem policzka po spacerze w chłodny dzień.
Dla miłośników długich, jesiennych spacerów kąsek łakomy. Tylko otwarcie trzeba przeczekać.


Data powstania: 1996
Twórca: Christopher Sheldrake

Nuty zapachowe:
lawenda, kadzidło, szałwia, ambra


4 komentarze:

  1. Ach.. recenzja jak zawsze super - a mój blog jest tutaj http://houseofsense.blox.pl/html(wiem, że masz konto na bloxie, więc możesz komentować) Zapraszam i pozdrawiam serdecznie Werka
    P.S. Wkleiłam aktualizację kolekcji - do celu bliżej niż dalej

    OdpowiedzUsuń
  2. Link się źle wkleił - http://houseofsense.blox.pl/html - taki jest adres

    OdpowiedzUsuń
  3. Werko, znam, zaglądam, czytam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzisiaj testowałam.Najładniejsza perfumowa lawenda jaką poznałam dotychczas:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...