wtorek, 28 września 2010

1740 - Marquis De Sade Histoires de Parfums

 .
Markiz de Sade - postać, którą znają wszyscy. Po dziś dzień wzbudza skrajne emocje: niechęć, obrzydzenie, czasem podziw, fascynację, niedowierzanie. Znakomita większość ludzi ma na jego temat własną opinię. Ba! Zadziwiająco wiele osób twierdzi, że był on piewcą wolności seksualnej, moralnej i intelektualnej, filozofem, wojownikiem w walce z kołtuństwem i zakłamaniem.

Doprawdy, ciekawa jestem, ile z tych osób czytało "Sto dwadzieścia dni Sodomy" opatrzone przez autora podtytułem: "szkoła libertynizmu".


Donatien Alphonse François de Sade wraz z Leopoldem von Sacher-Masochem uznawany jest za najważniejszy głos libertynizmu - ruchu społecznego propagującego szeroko pojętą wolność osobistą, ze szczególnym naciskiem na odrzucenie norm obyczajowych dotyczących seksu i nagości. Brzmi intrygująco, prawda?

Obaj pisarze tworzyli dzieła pełne seksualnej przemocy, łączące seks z bólem i upokorzeniem. Warto jednak podkreślić, że, w przeciwieństwie do Masocha, de Sade nie propagował wolności opartej na zgodzie dwóch stron relacji.
O ile najsławniejsze dzieło Masocha "Wenus w futrze" jest opisem perwersyjnego, ale momentami podniecającego eksperymentu, któremu poddał się dobrowolnie spisując umowę z kobietą, której miał służyć jako niewolnik przez pół roku, o tyle historie de Sade akcentują wolność jednej tylko strony tych przedziwnych relacji - a mianowicie strony czerpiącej przyjemność z zadawania cierpienia. Fakt, że ofiarami są osoby przypadkowe, uprowadzone, zniewolone, pozbawione możliwości wyboru, że często są to dzieci, że w wyniku rozrywek kata zostają one okaleczone, a nader często także w okrutny sposób zamordowane, dla mnie przynajmniej, nie jest bez znaczenia.

Czy czytałam "Sto dwadzieścia dni Sodomy"? Tak, czytałam. Przyznam jednak, że nie byłam w stanie sumiennie, akapit po akapicie przebrnąć przez całość książki, która opisuje tortury, przy których standardowe procesy inkwizycyjne zdają się być zabawą pozbawionych fantazji rzeźników. Nie tylko z powodu trudnej treści, ale też dlatego, że rzecz jest po prostu fatalnie napisana.
O ile w pierwszych rozdziałach de Sade sili się jeszcze na jakąś fabułę, o tyle pod koniec "Szkoła libertynizmu" jest tylko zbiorem opisów tortur i egzekucji. I o ile pierwsze pomysły z rodzaju podglądania siusiającej dziewczynki można jeszcze (teoretycznie wyłącznie) uznać za perwersyjnie fantazyjne, to już odcinanie młodemu chłopcu genitaliów, wypalanie w ich miejscu rozżarzonym prętem otworu umożliwiającego kopulację z oszalałym z bólu człowiekiem uważam za jednoznacznie odrażające i nie, nie uznaję tej metody przedstawiania cierpienia za "filozofię".

Na koniec napiszę coś oczywistego. Nie lubię pana Donatiena Alphonse'a Françoisa de Sade, nie szanuję wolności, którą propagował. Bo wolność jednostki powinna kończyć się w punkcie, w którym narusza wolność innej jednostki.


W świetle tego, co napisałam powyżej, nikogo chyba nie zdziwi, że na kompozycję z markizem w tytule nie rzuciłam się z entuzjazmem i pieśnią na ustach. Ponieważ jednak nieuniknione jest, że recenzji tego zapachu pojawi się coraz więcej, chciałam, żeby wśród nich była i moja. Z tym właśnie strasznym wstępem.

Porwanie się na zapach o takim imieniu jest, moim zdaniem, szaleństwem. Nie istnieje bowiem kompozycja, która zdolna byłaby "unieść" szaleńcze wizje de Sade'a. A gdyby nawet udało się stworzyć coś wystarczająco pokrętnego i mrożącego krew w żyłach - nie wyobrażam sobie (zdrowego psychicznie) człowieka, który to kupi i odzieje się w tę wizję.
Dlatego właśnie 1740 jest tylko marketingową sztuczką - prowokacją obliczoną na to, że ludzi pociąga występek, perwersja nawet, ale zdobywanie rzetelnej wiedzy jakoś nieszczególnie.


 De Sade nie jest zabawny. 
O tym nie chcieliście wiedzieć... 
Prawda?


Z wielką ulgą powitałam pierwsze nuty - fizjologiczne, nieświeże, z zakwaszonym karykaturalną bergamotą akcentem piżmowym i odrobiną kastoreum. Nie chciałam polubić tej kompozycji.
Druga warstwa tego zapachu również początkowo budziła we mnie wyłącznie niechęć: dokładnie tę woń czujemy, kiedy dzień po imprezie wkładamy do pralki ubrania, w których spędziliśmy wieczór w okropnie zadymionym pubie. Przez jakiś czas było wystarczająco źle.

Niestety, po upływie kwadransa, moja chemia zaczęła "mielić" ten olfaktoryczny koszmar, wydobywać z niego ciepłe nuty, uwalniać aromaty drzewne, ślad kwiatów dawana, piękną, miękką skórę i dymne labdanum.
Zapach nadal jest fizjologiczny, mocno cielesny, jednak na tym etapie przestaje być to cielesność rodem z obrazów Dudy - Gracza. Staje się występnie kusząca. Jak grzech. Cóż z tego, że jest brzydki w oczach Boga, skoro bywa tak przyjemny?

 

Piżmowo - paczulowy, wilgotny i słodki zapach spoconego ciała stanowi kanwę, na której Ghislain oparł całe serce zapachu (czyż serce w tym kontekście nie brzmi ironicznie?).
Na tym tle rozsnuł ślady aromatów kwiatowych i rozrzucił szczypty ziołowych przypraw. W tle, poza charakterystycznie skórzaną wanilią czają się lepkie nuty żywiczne. Przypomina mi ten etap mocno złagodzone  Musc Ravageur ozdobione kroplą Shalimara.

Baza jest spokojna, jednocześnie leniwa i odrobinę pikantna. Jeśli pójść mam tropem erotycznych skojarzeń (a to chyba było intencją Twórcy, skoro nadał tej kompozycji takie właśnie imię), ostatnie godziny z 1740 są jak poranek po spędzonej z kochankiem nocy. Nie jest to jednak wrażenie jednoznacznie negatywne, jak w recenzji Frycka Szkodnika. To prawda, że wciąż towarzyszy nam zapleciony we włosy tytoniowy dym, to prawda, że pościel jest przepocona i wymięta, to prawda wreszcie, że raczej nie bralismy kąpieli przed... Snem. 
Tym razem jednak czujemy się spełnieni.

Za ukłon w stronę upodobań ojca sadyzmu uznaję dziwną, niepokojącą słodycz przypominającą mi nieco zapach krwi. Nie jest to jednak nuta, która krzyczy, wczepia się w świadomość i nie daje spokoju. Nie każe mi myśleć o bólu, strachu i upokorzeniu. Ot, odrobina bezpiecznej dominacji za zamkniętymi drzwiami.


Na koniec krótko i zwięźle napiszę, że 1740 nie są kompozycją na miarę swego patrona. Nie są występne, brutalne, perwersyjne. Na szczęście.


Data powstania: 2001
Twórca: Gérald Ghislain

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: bergamota, kwiat davana
Nuty serca: paczula, kolendra, kardamon
Nuty bazy: cedr, labdanum, brzoza,  skóra, wanilia, nieśmiertelnik


* Pierwsza ilustracja to portret de Sade'a z epoki
** Druga: okładka płyty "In the Name Of Marquiz de sade" zaspołu Sociopath
*** Trzecia i czwarta: zdjęcia reklamowe z przedstawienia teatru Grodek "Madame de Sade" Yukio Mishimy 
**** Ostatnia ilustracja: Aleksandra K. Nowak "Morning"

27 komentarzy:

  1. Nie o perfumach, ale o o de Sade. "Sodomy" nie czytałam, ale czytałam "Justynę, czyli nieszczęścia cnoty". Żałuję tej lektury. Podobnie obcscenicznego "Teleny'ego" Wilde'a.

    OdpowiedzUsuń
  2. I "Sodoma" i "Justyna..." literacko bardzo słabieńkie. Bardzo. Oczywiści różni piewcy transgresji i tak będą bronić swego. Chociaż wszyscy słyszeli o markizie, to ie wiem, czy chociaż 1% z nich czytał...

    OdpowiedzUsuń
  3. No więc właśnie!
    Cammie, Piotrze, o to chodzi. Ludziom wydaje się, że ten de Sade to taki fajny był, że trendy jest się nim podeprzeć, wygłosić prowokujący komentarz, pozować na obyczajowego liberała. Tymczasem poczytać to się nie chce. A de Sade ani liberalny nie był, ani (w przeciwieństwie do Casanovy na przykład) pisać nie potrafił.
    Dziękuję Wam za te komentarze.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Sława" de Sade ni wynikła według mnie z jego talentu a tylko i wyłącznie z tematyki jego "twórczości".
    Aaa widzisz,Ty poczułaś krew.....

    OdpowiedzUsuń
  5. Nuty brzmią ciekawie... ale nazwa mogłaby być inna :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Skarbku, to oczywiste. Ilu znacz ludzi, którzy czytali książki tego "pisarza"? :>


    Mogłaby. Ale Ty widzisz, jak ta nazwa "robi" rynek? O Histoires było w Polsce cicho jak makiem zasiał, a de Sade'em już się ludzie podniecali. Nawet wspólne zakupy były... Nazwisko robi wrażenie. Budzi oczekiwania. działa na wyobraźnię. I to właśnie szczególnie skutecznie, jeśli ktoś nie czytał. Jak poczytał, to już się raczej tak nie nakręca...

    OdpowiedzUsuń
  7. No właśnie. W sumie strata niewielka dla nich... :]

    OdpowiedzUsuń
  8. Sabbath, dziękuję Ci za tę notkę - należę do grona, które de Sada nie czytało i jego postać zna tylko z obiegowych opinii. I przeczytanie tego, co napisałaś, kilka kuleczek mi w głowie przestawiło.

    aileen

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam Justynę. Partiami. Oj, ciężko było.. Za Sodomę wzięłam się po pewnym czasie, ale nie zdzierżyłam.
    Sade był - co tu dużo gadac - obrzydliwy. Ale też bezgranicznie, perwersyjnie cyniczny: do tego stopnia, że chce się wierzy w jego tłumaczenia, dlaczegóż to spisywał swoje odrażające pomysły. Wiesz, na zasadzie: coś jest tak straszne, że wolę już uwierzyc we własne na ten temat wyobrażenia. :/
    Chciałabym poruszy jednak nieco inny wątek: czy przeczytałaś kiedyś kilka popularnych harlekinów? Czy zetknęłaś się może z dziełami niekwestionowanej gwiazdy gatunku, pani Nory Roberts (podobno co 2 minuty ktoś kupuje jej książkę)? Osobiście przeczytałam ich w życiu kilka (coś koło pięciu) i zestawiłam to z refleksją, jak bardzo harlekiny są ważne dla kobiecych fantazji seksualnych. Potem pomyślałam jak, wg badań amerykańskich naukowczyń feministycznych III fali, wiele współczesnych kobiet "kręci" doznawanie cierpienia (zarówno fizycznego, jak i psychicznego - tego drugiego nawet bardziej...) ze strony kochanka.
    Oczywiście, Norze R. nijak do zboczonego markiza, ale nie zmienia to faktu, że spora grupa pań wprost uwielbia by traktowaną jak szmata.

    Co zaś się tyczy zapachu - w końcu, wedle Twych opisów, wszystkie Historie, są znacznie bardziej "grzeczne" i uładzone, niż osoby i zdarzenia, których są inspiracją. Sade niż może by wyjątkiem. I może choc przy perfumach nie polecę zaraz do toalety. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To znów ja. Klawiatura, przy której teraz siedzę, ma kłopot w głoską oznaczającą miękkie "c". ;) Dlatego w poprzedni komentarz wkradło się kilka błędów. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Aileen, a ja Tobie dziękuję za ten komentarz. Cały czas zastanawiam się nad sensem tych wstępów. Czy mają znaczenie?
    Nie mam złudzeń, że imiona nadawane zapachom to tylko marketing, pomysł na firmę (fajny, swoją drogą), ale też myślę (ja, osobiście - mogę się mylić), że jeśli ktoś decyduje się na kojarzenie swego produktu z osobą to jednak po coś to robi. Nazwy kamieni są mniej nośne, ale też mniej ryzykowne. I tak sobie umyśliłam przy Histoires wstępy...


    Wiedźmo, zauważyłam, że Ci Ć nie wchodzi po prostu. :)
    Harlequina czytałam jednego, kiedyś, w desperacji (nie było niczego innego, a ja mam natręctwo czytania ;)) i jakoś po kolejnego nie sięgnęłam. Nie kojarzę pani, o której piszesz. Nie wiem, czy powinnam pisać, że niestety. ;)
    Sama obserwacja zdaje mi się natomiast celna. Spójrzmy chociażby na "przeciętną" parę bawiącą się w BDSM: znacznie częściej to kobieta jest suką, niż mężczyzna psem. Zetknęłam się też na pewnym kobiecym forum z wątkiem "czy lubicie klapsy podczas seksu?" i okazało się, że znakomita (nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo znakomita) większość pań lubi nie tylko klapsy, ale i szarpanie za włosy, podduszanie itp. Czytając odczuwałam jednoczenie niedowierzanie, fascynację i "zgorszenie". ;)
    Powiem Ci - byłam kiedyś w sytuacji, w której partner (któremu ufałam) usiłował poddusić mnie "w trakcie". Zareagowałam gwałtownie i (jak się domyślasz) bynajmniej nie entuzjastycznie. Tłumaczył się biedak,że naczytał się, że kobiety lubią, że krótkotrwały brak dostępu tlenu... Bla bla bla. Za klapsa dostały chyba w twarz.
    Ogólnie zmierzam do tego, że wszelkie zabawy są fajne, póki obie (albo więcej, niż dwie) dorosłe i poczytalne strony się na nie godzą. A jednak zadziwia mnie, jak często to właśnie kobiety lubią być po tej "uciskanej" stronie.
    Z drugiej strony - możliwe, że to nie kwestia natury, lecz ról społecznych. Mężczyźni mają mocniej wprasowany w psychikę imperatyw dominowania, nawet jeśli mieliby ochotę - często nie potrafią się przełamać.
    Nie wiem, w gruncie rzeczy gdybam.
    Wiem natomiast, że "niezbyt kochać, to najlepszy sposób na to, żeby być kochanym". I może na tej zasadzie ludzie zabiegają o względy osób, które traktują ich źle...?

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj, wiem, że takich pań wiele. I też kiedyś znalazłam się w opisywanej przez Ciebie sytuacji - dość powiedzieć, że pan długo nie mógł pojąć, za co właściwie dostał wilczy bilet. Czyli: jesteśmy w mniejszości. ;)
    Wiesz, ostatnio długo się nad tym wszystkim zastanawiałam i doszłam do wniosku, że kiedyś tez podzielałam powszechne gusta -tyle, że miałam wówczas jakieś 14 lat... Nie wiem, czy inteligencja erotyczna działa na zasadzie gier komputerowych,czyli z poziomu niższego awansuje się na wyższy albo miota się po jednym i tym samym aż do utraty wszystkich żyć (pewnie nie), ale czasem nie potrafię oprzeć się podobnym myślom. Jeśli jednak tak - to obowiązkowych lekcji wychowania seksualnego potrzebujemy o wiele bardziej, niż polskiego, matematyki i.. religii ( ;) ) razem wziętych: bo ludzie mogą być niepiśmiennymi, nieumiejącymi liczyć osobnikami, ale nigdy nie przestaną uprawiać seksu.
    I faktycznie, wszystko ma podłoże cywilizacyjne. Facet to maczo, a babka - podległa mu "suka". Książki pani Roberts i jej podobnych powstają chyba według jednego schematu: otóż jest wspomniany wcześniej maczo-reproduktor, traktujący kobiety, jak żywe i elastyczne gumowe lale, którego to poznaje nasza heroina i z miejsca się zakochuje. Oczywiście, facet co rusz poniża ja i upokarza (w międzyczasie Szanowna Autorka udowadnia na dwadzieścia różnych sposobów, że takiemu zachowaniu winna jest bohaterka), zdradza i obraża, a ona cierpi i kocha go coraz bardziej. Oczywiście, z czasem okazuje się, że nasz maczo to w istocie mały, biedny, nieszczęśliwy chłopiec, który ma uraz do kobiet, bo jego wyrodna matka biła go żelazkiem od kabla. Oczywiście, w pewnym momencie tępy brutal zmienia się w słodziuteńkiego miziaka-kiziaka, właśnie za sprawą miłości, czułości, cierpliwości itp. naszej dzielnej heroiny.
    Słowem: jeden potężny rzyg. :)
    A teraz do powyższej opowieści dodaj dużo, dużo krwi i co Ci wyjdzie? ;)
    Rozumiem, że "przypadki chodzą po ludziach" i w życiu może przydarzyć się dosłownie wszystko, ale żeby globalnie narkotyzować się tonami makulatury o takiej właśnie treści??? To dopiero jest patologia. (I patriarchalizm)
    A w ogóle, harlekinami w ogólności zainteresowałam się po lekturze Reading the Romance Janice Radway. :) Jednak, dla samodzielnych studiów nad literatura podmiotu potrzeba odwagi, ogromnego samozaparcia i mocnego żołądka. Bez tego ani rusz. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Eh, to mój przeprosił i więcej nie spróbował. Być może byłabym zła bardziej, gdyby na pytanie "a gdybym ja tak zrobiła" nie odpowiedział: "proszę bardzo - jeśli tylko sprawi ci to przyjemność". :)))
    Rozważania na temat zmiany i rozwoju inteligencji erotycznej.... Chyba nie byłam na etapie, kiedy uderzenie nie kojarzyłoby mi się z przemocą. Bijatyki odwalałam od przedszkola, podbite oczy, ruszające się zęby były na porządku dziennym, nawet nos miałam w bójce złamany - nic seksownego w takim zachowaniu nie widzę. Nie podpadam pod schemat.
    Za to zgadzam się całkowicie ze schematycznym scenariuszem, który opisałaś. Macho - gnój i pokorna dziewoja, która go przemienia. Kusiu baja.
    Mówi się, że kobiety wiążą się z mężczyznami z nadzieję, że ich zmienią, zaś mężczyźni z kobietami z nadzieję, że te się nie zmienią. Jak na ironię mężczyźni nie chcą rzucać całego życia dla związku i stawać się pokojowymi pieskami, kobiety zaś po zaobrączkowaniu delikwenta często stają się całodobowymi żonusiami i NICZYM więcej (od mężczyzny oczekując tego samego). Przyznam szczerze, że rozumiem rozczarowanie faceta w takiej sytuacji. :]
    Dogłebnej analizy tematu Harlequinów z siebie nie wykrzeszę. Nie mam danych, a zdobywanie ich przekracza moje możliwości.
    Ale łapię kontekst. Cy to jest partiarchalizm? Może i tak. Kobiety są socjalizowane do uległości. Z drugiej strony nie potrafię pojąć życia ograniczonego do dbania o urodę, dbania o dom i dbania o faceta, ewentualnie dzieci. Dla mnie to śmierć za życia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Faktycznie, to byłoby dośc irytujące. :)
    Nie chodziło mi o przemoc fizyczną, bo i tę zawsze kojarzyłam nie-miłośnie, ale o pewien rodzaj dobrowolnego ubezwłasnowolnienia. A takie zachowanie początkowo było mi obce, dopóki mnie kwoki ze szkoły nie zsocjalizowały [w ogóle, jestem chodzącym przykładem potęgi wpływu przekonań społeczeństwa na jednostkę: kiedyś przejawiałam wysoki stopień umiejętności i ciekawości odnośnie nauk ścisłych, dopóki matematyczka w podstawówce nie powiedziała mi, że "dziewczynki są humanistkami". I się przejęłam; efekt był taki, że jeden semestr w liceum zakończyłam z oceną niedostateczną z chemii. :) Po podręcznik z fizyki sięgnęłam.... po maturze :) No.] Na szczęście przeszło mi po jakiś czterech-pięciu latach. :)
    Często przyłapuję się na tym, że w sprawach związków erotycznych częściej rozumiem mężczyzn niż kobiety. Dlatego, żeby się pośmiać z cudzej głupoty (bo czasem trzeba ;) ) sięgam po gazetki typu Cosmopolitan czy Glamour - kiedyś razem z Małą Siostrzyczką nosiłyśmy się z zamiarem wysłania listu do redakcji, dotyczącego seksistowskiego i jawnie dyskryminującego mężczyzn artykułu o wolnych związkach. Szybko man przeszło, bo czy taki list cokolwiek by dał??
    Czy to jest "druga strona"? W mojej opinii jedno doskonale wpasowuje się w drugie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ubezwłasnowolnienia na zasadzie: jak zazdrosny, to kocha? :>
    Słyszałam też, że jak bije, to kocha. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby się oszukiwać...
    W kwestii zdolności nie dałam się "zsocjalizować", ale łapię, co masz na myśli. Moja matka powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie będzie ze mnie kierowcy - w sensie samochodu, choć na motorze śmigałam od lat, a poza tym w sumie pojadę wszystkim, na co wsiądę z kombajnem włącznie. Tak mnie to zblokowało, że na prawo jazdy poszłam dopiero kiedy umarła... Zdałam za pierwszym razem, od pierwszego dnia po zrobieniu jeżdżę. :)
    W kwestii Cosmo zaskoczyłaś mnie. Jesteś chyba jedyną znaną mi (choć niestety nie osobiście) osobą, która widzi to, że takie gazety są seksistowskie. nie głupie - że głupie to "oczywista oczywistość", ale dyskryminujące, jadące krzywdzącymi schematami właśnie. Przyznaję, że wole poczytać Playboya czy CKM.
    No i ostatnia kwestia - też odnoszę wrażenie, że reprezentuję typ myślenia uznawany potocznie za męski. Pod wieloma względami. Podkreślam słowo "potocznie". Bo niby co jest męskiego w tym, że nie interesuję się modą? ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Raczej na zasadzie: "mój Misio woli blondynki, więc idę do fryzjera", "mój Misio nie lubi, gdy chodzę w krótkich spódniczkach, więc kto chce odkupić?", "mój Misio nie lubi moich znajomych i twierdzi, że mają na mnie zły wpływ, więc: czy my się znamy??". Przy czym Misia nie wolno krytykować nawet najmniejszym słóweczkiem. I tak zaczyna się spektakularna zmiana pawia w kwokę. ;)
    Co do gazet: spoko, jest nas więcej. :) Choć rzeczywiście, nadal zbyt mało; ten tekst, o którym wspominałam utrzymany był w konwencji: "mężczyźni kochają wolne związki, kobiety nie. Kobiety są dojrzałe i inteligentne, w odróżnieniu od mężczyzn. Co zrobić, by ci ostatni nareszcie wydorośleli i przestali wydziwiać?" - i jak tu się nie wkurzyć?? :) CKM czy Playboy: czasem jest w nich coś ciekawego, ale ogólnie nie kręci mnie "męski świat" [przykład: walki bokserskie - sam pojedynek jest okej, mogę oglądać, kibicować itp., ale kiedy widzę, jak bokserzy idą na ring, w otoczeniu świty i z miną, jakby od tygodnia zmagali się z potężnymi problemami gastrycznymi - to mnie śmieszy :) ].
    Ja Ci powiem, co: to znaczy, że jesteś chamska, wulgarna, pewnie tępa, w lodówce masz tylko piwo i resztkę pizzy, na której zalęgły się inteligentne formy życia, zmieniasz bieliznę co da tygodnie. A! I jedzie Ci z gęby. Jak nic. W końcu każda Prawdziwa Kobieta wie, że tak właśnie wygląda facet. ;) ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. A tak, rzeczywiście. Jak mogłam na to nie wpsać. I jeszcze "Misio" zawsze ma ostatnie słowo. U znajomych oglądaliśmy kiedyś teleturniej, w którym występowały pary. Nie wiem jaki, nie ma to znaczenia. prowadzący zapytał o to, kto ma decydujące zdanie w związku. Panienki tak, jak pewnie podejrzewasz, z uwielbieniem mówiły, że "Misio". Noż...
    Schematy w postrzeganiu kobiet i mężczyzn zaobserwowałam ostatnio na forum perfumeryjnym nawet. Doszło do rozmowy o związkach właśnie, i okazało się, że jeśli mężczyzna nie chce ślubu to jest zakłamany, knuje coś, niedojrzały, popapraniec i na pewno ma na oku inną. Jeśli kobieta nie chce ślubu, to niezależna, wyzwolona i tak dalej... W drugą stronę, moim ulubionym schematem jest, że jeśli facet dmucha co popadnie to ogier i wymiata, a kobieta w tej samej roli to puszczalska. Ja tam nie widzę różnicy, tyle, że nam kobietom łatwiej... :)
    W ostatnim akapicie rozgryzłaś mnie niemal całkowicie. Zapomniałaś tylko o tym, że publicznie drapię się po jajach. :D

    OdpowiedzUsuń
  18. I udało Wam się dooglądać ów program do końca? :) Równie irytujący jest też ponuro-groteskowy domowy matriarchat w stylu pani Dulskiej.
    Cóż, ludzie potrzebują szufladek, przegródek i działów oraz indeksu do tego wszystkiego, żeby im się ich świat nie rozleciał; to nie zależy od wykształcenia, pozycji społecznej, zainteresować etc. Stereotypy są ludziom potrzebne, choć, przy okazji, szkodliwe dla ich indywidualności (ale ludzie to wszak zwierzęta stadne, co to "w kupie żyją i z kupą trzymają"). Smutne. Ciekawe są też stereotypy "zaadoptowane": np. niepolski zwyczaj prowadzenia panny młodej do ołtarza przez tatusia [bo to "piękny symbol przekazania przez ojca opieki nad młodą jej mężowi"; "przekazanie opieki" - to pewnie znaczy, że gdyby tej kobiecie przyszło do głowy zarżnąć sąsiadów, to przed ślubem "siedzieć" pójdzie za nią tatuś, a po ślubie - mąż ;) ]. Rozumiem, że opisana praktyka mogła w formie reliktu przetrwać w krajach anglosaskich, skąd się wywodzi, ale dlaczego we współczesnej Europie Środkowej traktuje się ją jako żywy i "naturalny" symbol?? Lekko to paranoiczne. Choć ciekawie wpasowujące się w opisany przez Ciebie schemat ogiera i puszczalskiej: coraz mniej odpowiadający realiom (co nikogo jakoś szczególnie nie gorszy) ale nadal żywy. Chyba rzeczywiście lubimy krzywdzić i być krzywdzeni - może więc de Sade i Masoch po prostu dali sobie spokój z cywilizacyjnymi ograniczeniami? ;)
    Rozgryzłam, bo sama taka jestem. ;P Z tym, że się kryję i ostatnio zaczęłam nawet golić włosy na piersi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie pamiętam nic więcej z tego programu. Albo wyłączyli, albo nie było tam nic ciekawego więcej, albo wyparłam to ze świadomości. ;)

    W kwestii żywych i naturalnych symboli - tradycji, mnie bawi nieziemsko, kiedy kobiety mówią, że przy ślubie zmieniają nazwisko, bo przecież nie ma innej opcji, a z resztą to nie jest ich nazwisko, tylko ich ojca. No dobrze, ale jednocześnie zmieniają na nazwisko swojego chłopa, nie teścia, czyż nie?
    W sumie - do skoro pannę młoda prowadzi tata, to pana młodego powinna prowadzić mamusia. I koleś symbolicznie powinien puszczać się jednej spódnicy, a łapać drugiej. :D

    To wszystko żarty. Ale Twoja pointa jest... Niepokojąco prawdziwa. Wiesz, dlaczego tak myślę? Dlatego, że ludzie nie czują, że "mają dobrze", dopóki nie mają lepiej od innych, ergo: inni nie mają gorzej. Czy lubimy krzywdzić? Nie lubimy myśleć o sobie, że krzywdzimy, ale cudza krzywda daje satysfakcję jakąś. Obserwuję to i nie pojmuję mechanizmu, który sprawia, że ludzie cieszą się, kiedy innym się coś nie uda - nawet jeśli nie mają z tego żadnego pożytku.
    Paskudny gatunek. ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Interesujący wpis i jaka fascynująca dyskusja! :) Markiza de Sade znam nie jako filozofa lecz psychopatę i nigdy nie miałam ochoty na bliższe zapoznanie, zwłaszcza po recenzjach. A podane przez Ciebie szczegóły jeszcze bardziej utwierdzają mnie w powziętym przekonaniu. Wpis chwiejący krzesłem.

    A perfumy... niech sobie będą... :)

    OdpowiedzUsuń
  21. No i sobie są. Miałam możliwość zażyczyć sobie mini flakonik i nie chciałam.
    Przy wpisie starałam się nie owijać w bawełnę unikając jednocześnie wulgarności i przesady. Emocje utrudniały sprawę, ale mam nadzieję, że mi się udało.
    I tak - określenie psychopata uważam za trafne. Nie tylko psychopata w sensie podstawowym, ale także jednostka wykrzywiona moralnie. Wolność słowa swoje prawa ma, ale robienie z tego filozofii to jest manipulacja.

    OdpowiedzUsuń
  22. Jestem zupełnym dyletantem, nawet nie amatorem zapachów, ujętych we frapujące flakoniki. Twój opis 1740, zachęcił mnie do powąchania. Twoje pierwsze wrażenia są intrygujące. Te porównania, z ubraniem przesiąkniętym papierosami i pewnie potem, krwią, są dla mnie zachęcające. Nuty zapachowe, które wyszczególniłaś, to mniej więcej to co lubię. A sam de Sade, był przede wszystkim, "potworem" swojego czasu. Potem jego postać obrosła diaboliczną wręcz legendą, z jednej i sławą głosiciela swobody seksualnej, z drugiej strony. Obie legendy są na wskroś fałszywe. Pisarzem, nie był takim złym, jak tutaj mówicie. W znacznej mierze, negatywne (ale i pozytywne) oceny wynikają ze specyfiki tematu, oraz stylu pisarstwa, tego okresu, nie tylko de Sadea. Ja lubię czytać autorów oświeceniowych i o sto lat wcześniejszych, często się z nimi nie zgadzając, ale pamiętam o perspektywie ich czasu. De Sade, był przede wszystkim prowokatorem i filozofem w tym specyficznie oświeceniowym znaczeniu. Można się nim brzydzić, wielbić nie ma za co, można i warto nad nim się zadumać, bo wyciągnął on na wierzch, to co, jest w nas (może nie wszystkich). Zrobił to chyba jako pierwszy, tak konsekwentnie i do końca, pewnie aż do przesady, może i śmieszności. Jestem tu anonimowy i mogę napisać, że jego odkrycia, były poniekąd, także i moimi, w skromnym osobistym zakresie. Fascynacja przemocą seksualną, siedziała we mnie od dziecka. Brzmi to idiotycznie? Ale to prawda, którą do dziś próbuję zgłębić, tym bardziej, że pomimo, że chętnie wchodzę w związki oparte na relacji s/m, to jestem facetem, empatycznym, współczującym, troskliwym i szanującym innych. Wiem, że każdy może tak napisać, ale tak jest. Wiem, że jest we mnie/w nas ludziach, sfera najniższa, gdzie prawa są proste; dominacja i uległość, i nic więcej, jak u naszych zwierzęcych przodków. Ktoś tu napisał, że są kobiety, które chcą być ofiarami (ciekawa uwaga o książkach w typie łatwego romansidła). Tak, są takie. Gdy ja z relacji s/m czynię swego rodzaju "zabawę", sferę odrębną, zamkniętą, nie przenosząc jej na relacje poza-seksualne, wiele kobiet oczekuje czegoś więcej. Oczywiście, nie tylko kobiety pragną "zeszmacenia", ale przecież to nic nowego. I tak za bardzo się rozpisałem. Przecież i tak wolę Dostojewskiego!

    P.S.
    De Sade, tak zwalczany, okazał się najmniej groźny z filozofów oświecenia i w ogóle najmniej szkodliwy z twórców myśli ostatnich 300 lat. Jego "koledzy", jak choćby Wolter, byli w porównaniu do niego, zakłamani. Ten wielki Wolter, piszący uniżone listy do Katarzyny, sławiący oświecony absolutyzm, budzi, przynajmniej we mnie, pogardę dla jego małości i uniżoności wobec możnych. Weźmy jeszcze Bakunina, Marksa, Lenina, Trockiego głupców pokroju Saint-Simona. Oni są współodpowiedzialni, za powstanie takich potworów, jak komunizm i nazizm. Oni byli super-manipulatorami. A de Sade? Pobicie prostytutki, "afera cukierków kantarydowych" i pewnie jeszcze inne gorsze "sprawki", które nigdy nie wyszły na jaw, oraz jego legenda, którą manipulują prymitywni ideologowie pseudo-wolności i on sam, człowiek moralnie upośledzony, zasługujący na porządny proces i odpowiednią karę.

    OdpowiedzUsuń
  23. Witaj, sporo radości dało mi czytanie twojego komentarza. nie tylko dlatego, że jest ogólnie do rzeczy, ale także dlatego, że jest taki osobisty, nietuzinkowy, bez sztucznie budowanego dystansu. Do de Sade'a trudno mieć dystans, kiedy się go trochę poznało. :)
    Cieszy mnie, że trafił do Ciebie mój opis zapachu, to naprawdę to, o co mi chodzi, kiedy wklepuję w klawiaturę kolejną recenzję.
    Chciałabym poruszyć temat BDSM ogólnie, bo chyba warto wprost napisać, co myślę. Otóż, nie zwróciłes uwagi na to, że nie wypowiadam się tu negatywnie o tego typu upodobaniach. Pisze nawet, że to, co opisywał Masoch jest momentami podniecające. I naprawdę tak myślę - jestem świadoma tych instynktów i BDSM ani mnie nie bulwersuje, ani nie brzydzi. Moja niechęć do de Sade'a nie wiążę się więc z samymi opisami seksualnych praktyk sadystycznych, lecz z kwestią wolności osobistej ofiary, odmawianiem jej prawa do samostanowienia, a nawet ochrony zdrowia i życia. I to jest aspekt, który uważam za odrażający i nieakceptowalny. Masoch podpisał umowę - jego opowieść jest historią dwojga dorosłych, poczytalnych o DOBROWOLNIE biorących w zabawia udział osób. I dlatego Masoch nie budzi we mnie niechęci. Baronowa Fanny Pistor tez nie, choć przecież pełniła w ich relacji rolę osoby dominującej.
    I jeszcze: to, co napisałeś nie brzmi idiotycznie i nie, nie mam najmniejszych wątpliwości, że osoba lubiąca tego typu doznania może być człowiekiem empatycznym, współczującym, troskliwym i szanującym innych. Podobnie jak nie mam wątpliwości, że osoba lubiąca być po tej drugiej stronie układu może być dumna, honorowa i silna psychicznie.
    Czy to, co napisałam ma jakieś znaczenie?
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  24. A ja jestem anonimek, wybacz. Nie ten co powyżej, inny. Zwykły szaraczek. Na perfumach się nie znam, większość zapachów mnie drażni. Używam jeden typ dezodorantu od 5 lat i nic w tym zakresie się nie zmienia. Ale ja chciałam do markiza. Chyba będę w nielicznym gronie osób co go popierają.
    Komuś może się podobac styl w jakim pisze (zn pisał), innym nie. Kwestia artyzmu tekstu nie jest w tym momencie ważna. Próbowałaś przebić się przez powłokę słów i dostrzec cos więcej? Nie mówię o filozofii, wegług której mamy wcielać w życie jego (w większości przpadków TYLKO) fantazji, organizować stowarzyszenia, czy jakiś kult. To byłoby śmieszne.
    Obnażenie hipokryzji, fałszu, badanie własnej psychiki, seksualności. Pytasz się gdzie to jest? To jest między wierszami, tego nie znajdziesz w konkretnym miejscu.
    Sceny gwałtów, brutalności, poniżenia, dawanie jednej postaci władzę, drugiej zaś cnotliwość dziewki z codziennej mszy. Powoduje wstręt.
    Niszczysz konkurencję, aby dostac awans w pracy. Usuwasz sprzed wzroku swojego lubego inne kobiety. Masz siłę, masz władzę. Masz silną psychikę. Z satysfakcją patrzysz jak iksińska wycofuje się z Twojego życia zawodowego, miłosnego. To Ciebie nie oburza?
    Dlaczego? Bo nie dotknęłaś jej palcem?
    Pytasz się co ma piernik do wiatraka? Ano to że jesteś hipokrytką. Hipotetyczną oczywiście, może się mylę.

    Wyobraź sobie, że musisz kogoś bardzo brutalnie zabić, albo Ty zostaniesz zabita. Zupełnie nieznana osoba. Wysłuchasz swojej woli życia... zabiesz? Mam nadzieję, że nie staniesz przed takim wyborem, ale przenieś to na inny grunt zachowując analogię. Na grunt psychiki. Okropne prawda? Reakcja? "Ten ktoś potrzebuje pomocy, sa psychiatrzy. Będziemy go leczyć". Nie ma czegos takiego jak norma w społeczeństwie. Jest jedynie zbiór wyuczonych zachowań. Bez możliwości dopuszczenia inności. Cudowność cywilizacji zniszczyła coś ważnego - każdy powinien zajmować się własnym nosem.
    Kamieniem niech pierwszy rzuci ten, kto nie ma ani jednego grzechu - taka metafora z Bliblii.

    OdpowiedzUsuń
  25. Będzie trochę chaotycznie, ale mam tu do przekazania parę rzeczy, niekoniecznie związanych z perfumami, choć połączonych tematycznie).
    Kupiłam niedawno próbkę, bo wzięło mnie na zapachy inspirowane światem literatury.
    Najpierw był Orlando i George z Ogrodów, poszukałam więc i gdzie indziej.
    Padło na de Sade nie dla jego kontrowersyjnej postaci, lecz z ciekawości jak przełożono skojarzenia na zapach.
    Ja "obrazuję" perfumy na płótnie, a jak ktoś przerzucił taką osobowość w zapach?
    Książki markiza poznałam dość wcześnie, na początku lat 90-tych, gdy koleżanka pomagając w bibliotece, dała mi "spod lady". Powiem tak: literacko kiepścizna, zresztą akurat wszystko co tu opisałaś jest tak trafne (choć jak widać powyżej,nie dla wszystkich), że nie będę dublować.
    Interesuje mnie człowiek jako istota w każdym względzie, bo jest dualna, żeby poznać ludzkość, trzeba zdac sobei sprawę z dobra i zła do jakiego jest zdolna. Jednego jestem pewna: patrząc na ową całość dorobku, do czego jest zdolna- dla mnie nadaje się do zniknięcia z powierzchni ziemi i innych światów.
    Totalnie nieudany eksperyment.
    Mimo całej dobroci, pięknych gestów, do jakich jest zdolna, ludzkość nie ma u mnie szans. :)
    W "Vicky, Cristina, Barcelona" było piękne zdanie, że ojciec nie publikuje swojej pięknej poezji z zemsty, że ludzie przez tyle lat cywilizacji nie nauczyli się kochać.
    De Sade jest taką cegiełką w murze budującym skorupę tej mrocznej strony ludzkości.
    Ofiary i oprawcy są wpisani w ten świat, bo tu nie ma czystej miłości (i nie mam bynajmniej na myśli tej tzw. boskiej).
    Ale...wracam do perfum.
    Na mojej skórze pierwsze dwie sekundy otwarcia wykazują podobieństwo do Arabie. Tylko że Arabie Lutensa brzmi u mnie ładnie, a de Sade jest w zasadzie na każdym etapie tylko próbą naśladowania. Brak tu czegoś, co by go wyróżniało.
    Staram się nie oceniać zapachu miarą podobieństw, ale tu analogie same rzucają się w nos.
    Potem jest nijako, na końcu lekko się wysładza i tyle.
    Po godzinie prawie go nie czuję.
    Z tej samej marki (pozwole przy okazji wtrącić) wzięłam także Vert Pivoine oraz George Sand.
    Piwonie owszem, czułam w otwarciu, a potem zapach był tak przeciętny, że żal, natomiast George Sand i skutki, jakie wywołał przypominają Black Afgano :)
    Tylko o ile afgan czuć, że jest niszowy, niezwykły, tak G.Sand jest jak perfumy z lat 70-tych stworzonych z myślą o pensjonariuszce domu starców (?), nie obrażając nikogo...
    Tak więc przygoda z "historią" zakończyła się tak szybko, jak zaczęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Komentarz jak osobna notka na blogu właściwie. :)
      Po pierwsze - ludzkość. Ja wierzę w to, że nasz dualizm objawia się także tym, że niektórzy z nas starają się być "piękni". Etycznie, międzyludzko, wewnętrznie. Czy eksperyment nieudany? Pod wieloma względami tak. Niestety. Ale zawsze kiedy słucham Bacha myślę, ze nie tak do końca, że warto było... Albo kiedy przytulam moje dziecko... Są rzeczy wielkie i małe, które sprawiają, że trzymamy się tego świata, kochamy go i nie chcemy odchodzić.
      Co do kompozycji HdP: rzeczywiście, żadna to głęboka nisza, ale na mnie grają. Pokazują wiele twarzy, są ładne, ale często niebanalne (banalny jest Verne, którego nie opisałam ze złości, że tak go pokazano). Wielką miłością zapałałam do Ambrarem i Petroleum. Myślę, że kiedyś zdecydują się na zakup flakonów. :)

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz. To Wy sprawiacie, że to miejsce żyje. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...