O kąpieli słów kilka – Koala Zoologist Perfumes

Sabbath of Senses stało się ostatnio trochę blogiem o używkach. Była seria alkoholowa (niedokończona, bo przede mną wciąż whisky, ale jestem w piątym wieku naszej ery, tekstu mam na małą książkę i ciągle czuję, że to dopiero początek), były dzikie recenzje „Kawa i papierosy” i „Hasz i rum” oraz mniej dzikie „Zen miłośnika whisky”. Mógłby ktoś powiedzieć, że jak na kilka tygodni to wystarczy, ale… ale nie ja. 😁

Dziś opowiem Wam o pewnym uroczym torbaczu, który życie spędza narąbany eukaliptusem i to właściwie wszystko, co robi.

Oczywiście przesadzam. Ale tylko trochę.

Koale faktycznie są torbaczami. Nie misiami.
Koale faktycznie są ospałe i spędzają życie nieomal w bezruchu. Śpiąc i jedząc.
Jedyne, co może skłonić koalę do zlezienia z drzewa, to brak liści w zasięgu na drzewie, na którym aktualnie siedzi. Albo pożar. Albo wycinka, choć i to nie zawsze.
Jedyne, co skłania koalę do wlezienia na drzewo to…. zgadliście! Liście! I tu warto zaznaczyć, że niemiś leniuszek wybiera zwykle drzewo sąsiednie.

Podstawą diety koali jest eukaliptus – uspokajający, wyciszający, usypiający. Jednak czy koale są uzależnione, to kwestia dyskusyjna. Badacze skłaniają się ku teorii, że to po postu kwestia wąskiej specjalizacji przewodu pokarmowego zwierzaka, który zdolny jest trawić tylko liście niektórych gatunków drzew. Eukaliptusa, akacji czy cyprzyka.

A nasz Koala?

Nasz Koala żywi się cukierkami przeciwkaszlowymi. Ale nie zaczyna ich wcinać tak od razu.

Pierwszy wdech to kamfora. Możemy się silić na grzeczność i pisać, że to eukaliptus i mięta, ale ja Wam powiem, że żaden eukaliptus i żadna mięta nie pachną tak cudownie, jak wielka, biała klucha kamfory.
Na drugim planie czai się szyszka. Taka kąpielowa szyszka sosnowa z grubego szkła wypełnionego zielonym proszkiem musującym po wsypaniu do wanny.
Te dwie eteryczne nuty stanowią zasłonę dymną, za którą wszystkie inne nuty brzmią blado i niemrawo. Przynajmniej początkowo.

I teraz uwaga pozornie tylko nieistotna: pisząc o zasłonie dymnej przesadzam tylko troszkę. Stężenie tych najbardziej ekspansywnych, parujących spiesznie i niepowstrzymanie olejków eterycznych w otwarciu Koali jest tak duże, że kiedy zbliżamy twarz do skóry czujemy te perfumy w… oczach.

Kiedy przycichnie pierwsza fala woni, Koala zaczyna pachnieć tym, co w nutach.
Jest eukaliptus. Lecz nie jest to eukaliptus zielony, liściasty i dziki, lecz eukaliptus kosmetyczny, łazienkowy.
Jest ten mentol. Nie mięta, tylko mentol. I to nie jest dobra wiadomość.
Jest też słodka nuta, która bardziej, niż miód i mentol brzmi jak cukierki ślazowe. I, jeśli doczytamy, że cukierki ślazowe robi się ze ślazu piżmowego, to pomysł ze ślazem zaczyna mieć sens, bo jest w Koali nuta piżma, choć nie jest ona ani wystarczająco naturalistyczna, ani wystarczająco prominentna, by „zmalować” zapachem niemisia koalę.

W całym tym apteczno – łaziennym entourage’u nuty przyprawowe brzmią jak jakaś ekscentryczna nalewka, a herbata – ta cudownie piękna nuta, której nie sposób skaszanić – brzmi jak pita dla zdrowia nie dla przyjemności. Co jest pewnym sukcesem.

Ostatnią krytyczną nutą, którą udało się Spyrosowi Drosopoulosowi spieprzyć zagrać w tej kompozycji jest kadzidło. Którego nie ma.

Jest pewne wrażenie dymności, ale jest to wrażenie wybrzmiewające raczej wygaszonym ogniskiem. Takim, w którym płonęły cienkie gałązki brzozy i sosny.
Pojawia się też ślad nietypowej kwiatowości geranium, cynamon (krewny kamfory przecież), goździki, nutka mszysta i ślad czegoś, co brzmi jak kurz. I ten kurz zdecydowanie zapisuję po stronie zalet kompozycji. 👍👍👍

Wbrew wszystkim cierpkim słowom, które napisałam o kosmetyczności zapachu i nieurodziwej herbacie – Koala to nie są złe perfumy. I na pewno nie nudne.
W otwarciu, w warstwie eukaliptusowo – mentolowej są niebanalne, wręcz wyjątkowe. Pod tym obłędnie ekspansywnym akordem brzmi coś całkiem normalnie perfumeryjnego – rodem z tak zwanych męskich klasyków.

Najważniejsza uwaga techniczna, jaką mam do  perfum Drosopoulosa dotyczy właśnie tego kontrastu. Nieokiełznana eteryczność otwarcia brzmi, jak gdyby wymknęła się spod kontroli. Jest dosłownie bolesna – w płuca i w oczy.

Akord podstawy ma się do tej eteryczności nijak. Klasyczne, kosmetyczne fougere brzmi jak woda po goleniu. Jest to pewien szyk, ale nie do końca spina mi się on z kamforowo – mentolową bombą otwarcia.

Pomiędzy tymi etapami jest w porządku.

Kosmetyczna eteryczność niespiesznie przewędrowująca z łaźni do zakładu barberskiego, to jest jakiś pomysł na zapach. I jasne, jest to pomysł, który docenią nieliczni, ale czyż nie tak było z bardzo dobrym Nosorożcem Paula Kilera? Który, nota bene, został już zastąpiony zupełnie innym Nosorożcem – znacznie ładniejszym, łatwiejszym i mniej oryginalnym. 😒

Jednakowoż, co te niebanalnie eteryczne, łazienne, kąpielowe wręcz perfumy mają wspólnego z niemisiem koalą? Skoro nawet eukaliptus nie pachnie w nich liśćmi z drzewa, tylko eukaliptusową musującą kulą do kąpieli?
Pojęcia nie mam.

Proszę nie karmić zwierząt… kulami do kąpieli!

Data premiery: 2020
Kompozytor: Spyros Drosopoulos
Trwałość: jest te kilka godzin, ale zapach się szybko wypłaszcza

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: eukaliptus, akord cukierków miodowo-mentolowych, mimoza, sosna
Nuty serca: czarna herbata, geranium, kadzidło, przyprawy, wetyweria
Nuty bazy: piżma syntetyczne (perfumy Zoologist są cruelty free), żywice, mech dębowy, wanilia, drewno sandałowe 

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

21 komentarzy o “O kąpieli słów kilka – Koala Zoologist Perfumes”

  1. Pierwszy raz, po Twoim opisie nie chce nawet ooznacy, cukierki ślazowe skutecznie mnie odstraszyły 🤣 pięknego dnia 💋

    1. Klaudia Heintze

      No, Koala to nie są perfumy, zachwycające. Ale chyba na wiosnę będą "chodzić". Bo barka staje się kultowa, bo to niemiś koala i są świeże. W sposób nietypowy.
      Miłego dnia, udanego tygodnia!

    1. Klaudia Heintze

      Rozumiem.
      Ja jestem dziwolągiem i wielbię zapach kamfory. Mam taką wielką kluchę w słoju szczelnym i czasem wyciągam i kładę na spodeczku.
      Ale spoko, rozumiem ze można nie lubić.

  2. łazienne i kąpielowe to idealne przymiotniki, moim wrażeniem po tej bombie z otwarcia było właśnie mydło. Takie bez żadnego konkretnego zapachu w sumie, jednej z tych nobliwych, ąę brytyjskich marek.
    w sumie jak teraz o tym myślę, to nic dziwnego, mało co miałoby szanse porządnie się przebić do nosa oszołomionego w ten sposób 😀

    1. Klaudia Heintze

      Jest coś super fajnego w tym porównywaniu wrażeń. I w tym, że wyczułam to samo, co wyczułoś Ty. Daje to jakieś takie poczucie… wspólnego wąchania. 🙂

    2. bo się samo w nos rzuca, że to bardzo czysty miś. Niemiś. W białym, puchatym ręczniku, który też pachnie tym bardzo konkretnym rodzajem czystości. 😀

  3. Ars Longa Vita Brevis

    Koala to nie moja bajka, niemniej jednak mam kilku swoich faworytów w tej marce i mimo ostatnich posunięć wciąż ją lubię. Mam nadzieję, że Cywety mi nigdy nie zepsują.
    Chyba kupię sobie Nosorożca, zanim wymiecie ostatki starej wersji.

    1. Klaudia Heintze

      Ja w sumie lubię markę. Czy da się nie lubić tych stylizowanych zwierzaków?!
      Ale irytuje mnie (tak irytacja to dobre słowo) to wieczne mieszanie w perfumach, zastępowanie wypromowanych zapachów innymi kompozycjami w tej samej flaszce i o tej samej nazwie. I to nie po wielu latach, tylko po roku, dwóch.

      Mam w ten sposób nadzieję, że nie zepsują mi Tyranozaura, ale na wszelki wypadek robię zapasy.

  4. Madzik Monster

    Nie tego spodziewałam się po opisie, ale powinnam przecież wiedzieć, że twoje recki są …zwodnicze i zawadiackie czasem 🙂

    "Dziś opowiem Wam o pewnym uroczym torbaczu, który życie spędza narąbany eukaliptusem i to właściwie wszystko, co robi." – tym zdaniem zostałam kupiona bez reszty, chcę być koalą 🙂

    I te zdjęcia… Zdjęcia powodują, że ze nerwowego, impulsywnego Madzika robi się w momencie…. Miś 😉

  5. Koale są cudowne ♥ Moja znajoma z Australii miała je w ogrodzie (oraz milion innych zwierząt mniej lub bardziej zabójczych) i czasem fotografowała. Z eukaliptusa były kiedyś w sklepach indyjskich papierosy, które wycofano, a nad czym ubolewaliśmy straszliwie, gdyż było to za czasów licealnych (na Senatorskiej mieli, uskutecznialiśmy wycieczki regularnie ;-)).
    Z tego wszystkiego to ta szyszka szklana mi się wyłącznie podoba 😉 Tęsknię za tym zapachem, ale nie ma już takich soli leśnych… bu.
    No cóż 😉 To ja wracam do kapturka, będę się nurzać w bergamotce (znowu!).

  6. Oj, nie bardzo, nie bardzo. Choć koale cudne są , to dzisiaj podziękuję:)
    Eukaliptusom w perfumach mówimy: nie.

  7. Dobrze wiedzieć, że lubi Pani zapach kamfory 🙂 Teraz ja, ze swoim upodobaniem do zapachu pasty do podłóg, nie czuję się już tak dziwnie. Ale do rzeczy, mnie akurat ta recenzja przynęciła i to chyba będzie mój pierwszy Zoologist. Wiem, że to trochę obciach nie znać marki, ale tak się złożyło i moje testowanie zacznę chyba właśnie od Koali. Sama bym chętnie posiedziała na eukaliptusie, pojadła i pospała…

    1. Klaudia Heintze

      Proszę nie czuć się dziwnie, tu lubimy wszystkie zapachy – te dziwne nawet chętniej. 🙂
      Zapach pasty do podłóg lubiłam jako dziecko.
      Co do Zoologistów – marka ma super marketing. Te zwierzaki mnie urzekły. A perfumy… no różnie. Jak to zwykle bywa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Dojrzała figa na gałązce jako ilustracja recenzji perfum o zapachu figi

Houbigant Figuier Noir

Jest wiosna i zielone recenzje aż się cisną na klawiaturę. Przynoszę Wam więc dziś dojrzałe figi i recenzję marki, która już dawno powinna zagościć na tym blogu.
Tyle raz na warsztatach opowiadałam o Houbigant. Tyle razy prezentowałam ich perfumy. Dziś w końcu przyszła pora na recenzję. A kolejna już czeka…

Czytaj więcej »