Kontynuując serię retrospekcji przyjrzymy się dziś perfumom pod prostym tytułem 2 marki Comme des Garcons. I na wstępie zaznaczę, że nie są to znane i kochane 2 Man będące pięknym klonem Gucci Pour Homme. Wyznam Wam szczerze, że pewnie zrecenzowałabym 2 Man już dawno, gdyby był to uroczy autoplagiat popełniony przez Michela Almairaca, ale kiedy tak wyraźnie inspiruje się perfumami już istniejącymi inny znany artysta (w tym przypadku Mark Buxton) – mam jakiś taki… dystans do dzieła. Nie żebym ganiała z pochodnią i widłami, ale recenzować nie bardzo mi się chce.
Za to klasyczne już 2 z 1999 roku, stworzone przez tego samego Marka Buxtona recenzować mi się chce, choć nie będzie łatwo, bo są to perfumy przedziwne. Nie wiem, czy nie najlepsza rzecz stworzona przez Buxtona – w moim osobistym rankingu. Mój osobisty ranking za dobre, wartościowe i godne uwagi uznaje perfumy oryginalne, wyjątkowe. Niekoniecznie najładniejsze i najbardziej lubiane. Buxton specjalizuje się w tworzeniu przyjemniaczków i tych lubianych perfum ma w dorobku sporo – choć warto zwrócić uwagę, że nie są to raczej perfumy kultowe czy chociażby zajmujące poczesne miejsce w ludzkiej wyobraźni. Pomimo często kultonośnych tytułów jak A Rebours, Black Angel, Devil In Disguise czy chociażby Dreckig Bleiben, które mogłyby z tą nazwą ♥ być czymś przełomowym, a przynajmniej wyjątkowym. Ale nie są.
Nr 2 Comme des Garcons zaczyna się od aldehydowego paradoksu. Bo jest tak, że aldehydy – rozumiane jako ten świetlisty, nieco ostry akord znany, między innymi, z Chanel No. 5 – kojarzą się raczej retro. Tu dostajemy ten właśnie akord podany z jednej strony łagodniej, a z drugiej nowocześniej. To jest taka nowoczesność ułatwiająca życie odbiór perfum.
Jak się to dzieje, że akord nie tracąc identyfikacji staje się łatwy?
Ikoniczny akord aldehydowy (asekuruję się dookreślaniem akordu, bo aldehydy w perfumach to mnóstwo zapachów z waniliną włącznie) potrzebuje do życia cytrusów. Tu kompozytor zastąpił, zazwyczaj występującą w tym złożeniu, wyniosłą bergamotę słodką mandarynką. A mandarynka jest cytrusem, który pachnie nie tylko słodko, ale też „niekwaśno”.
Po drugie do towarzystwa dostaje ten aldehydowy przyjemniaczek świetlistą, milusią magnolię zamiast zwyczajowych primadonn czyli jaśminu czy tuberozy.
Po trzecie akord przyprawowy został wrzucony do herbaty i ta kąpiel zaskakująco dobrze mu zrobiła.
I wreszcie po ostatnie: zazwyczaj przyciężka, cielesna, kadzidlano żywiczna baza tu jest lekka i nowoczesna. Brzmi nie tyle jak kadzidło, co jak wspomnienie kadzidła. Wspomnienie wyidealizowane, wygładzone, pozbawione dymności. Napisane niebieskim atramentem na kredowym papierze.
I to jest to, co można napisać o tych perfumach w miarę obiektywnie. W miarę, bo kompozycja Buxtona jest chumorzasta i kapryśna. Czasem nuty lśnią w niej jak krople rosy i zachowują dystans od skóry. Czasem bywają w nastroju przytulnym i wtedy przysiadają bliżej i nucą opowieść prawdziwie perfumeryjną i magnoliowo śliczną. A czasem bywają w nastroju zadziornym i spod mandarynkowych aldehydów wyskakuje pikantna gałka muszkatołowa.
Zawsze jednak kończy się na herbacie, która niewątpliwie zawiera jakieś „substancje”. Nie prostackie narkotyki bynajmniej, tylko może ambrozję, wróżkowy pyłek, czy inną ektoplazmę.
Zignorowałam w recenzji cedr (który jest), laur (który jest) czy paczulę (która bywa), bo to nie jest wyliczanka, tylko próba opowiedzenia tego, co w tej kompozycji iskrzy i mieni się dając jej niesamowitość. Normalna, profesjonalna, przyjemna baza jest tłem, podstawą, bazą właśnie. Kanwą, na której te niesamowitości zostały namalowane ręką mistrza.
Ta normalna, profesjonalna i przyjemna baza to już jest Mark Buxton taki, jakim go znamy i kochamy albo nie. Comme des Garcons 2 wypala się jak zimny ogień i gaśnie bez ekscesów. Dla mnie moment przygasania jest pożegnaniem z zapachem i chwilą, kiedy zaczynam myśleć o kolejnej aplikacji, kolejnej ekscytacji, kolejnej herbatce z ektoplazmą.
Kiedy dawno temu recenzowałam Guerrilla 1 Marie-Aude Couture Bluche pisałam, że „nie wiem, czy potrafiłabym nosić, ale czapeczkę zdejmę i ukłonię się Twórczyni, bo stworzyła coś naprawdę oryginalnego. I, mimo ewidentnej dziwaczności Guerrilli 1, da się wyczuć, że zapach jest najpierw wymyślony, potem przemyślany, a na końcu poskładany odważnie i jednocześnie kunsztownie.” I tu mogłabym napisać to samo, z wyjątkiem tej dziwaczności. 2 nie są dziwaczne. Są dziwne, ale ładne. I absolutnie nie sprawia to, że są mniej wartościowe – bo przecież perfumy musi ktoś nosić, żeby żyły.
Inna kwestia, że jakoś i tak nie widzę wielu chętnych do noszenia 2…
Data premiery: 1999
Kompozytor: Mark Buxton
Projekcja: dobra, bez szału
Trwałość: no, też dobra
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: aldehydy, arcydzięgiel, herbata, mandarynka, herbata mate
Nuty serca: atrament, magnolia, gałka muszkatołowa, liść lauru indyjskiego, kolendra, kminek, cynamon
Nuty bazy: kadzidło, paczula, wetiwer, cedr, ambra, labdanum
Informacje o pierwszym zdjęciu, bo zasługuje na więcej, niż linijka podpisu.
Uncommon Object było hasłem reklamowym linii perfum Comme des Garcons i jest to hasło genialne.
Zdjęcie jest również częścią kampanii z przełomu tysiącleci, ale aktualnie znaleźć je można w COMME des GARÇONS PARFUMS: 1994–2025 – jubileuszowym wydawnictwie poświęconym trzydziestoleciu perfum Comme des Garcons. Jest to wydawnictwo ważne, bo osobiście uważam (i jestem w stanie merytorycznie bronić tej tezy) Comme des Garcons za markę kluczową dla rozwoju perfum niszowych rozumianych jako zapachowa alternatywa dla klasyki czy inaczej mainstreamu.
Twórcą książki (księgi?) jest Dino Simonett z Simonett & Baer. Wydawnictwo zawiera, między innymi, dokumentację fotograficzną wszystkich perfum CdG w różnych szatach graficznych – w tym wszystkie te limitowane cudeńka, które rozwalały system przez lata. COMME des GARÇONS PARFUMS: 1994–2025 sprzedawane jest wyłącznie przez paryskie butiki Dover Street Parfums Market i CDG Faubourg Saint Honoré.


