Podobnie jak w każdej innej dziedzinie twórczości, także w perfumach mamy trendy i mody. Przełom pierwszej i drugiej dekady XXI wieku to niewątpliwy, choć kontrowersyjny hype na perfumy naśladujące zapachy fizjologiczne.
Przekroczyliśmy wówczas kilka granic, a największej i najgłośniejszej rewolucji w tej materii dokonał Etienne de Swardt zarządzając skomponowanie Secretions Magnifiques. Bo, bądźmy poważni, znany z tworzenia pięknych rozważnych perfum Antoine Lie nie popełniłby takiego zapachu bez wyraźnej zachęty ze strony dyrektora kreatywnego, dla którego pracuje.
Secretions Magnifiques Etat Libre d’Orange osiągnęły w ubiegłym roku pełnoletniość i chyba jest to czas wystarczający do tego, by nabrać dystansu, wejść jeszcze raz do tej rzeki i spojrzeć na, kultowe już, dzieło jak na kultowe dzieło.
Przełamywanie barier i poszukiwanie granic tego, czym jest sztuka (i czym nie jest) ekscytowało artystów i buntowników od wieków. Ja dziś zapraszam Was na wycieczkę w krainę obrzydliwości, którą zwieńczymy pęczkiem wrażeń zapachowych. I tym razem ułomność środków wyrazu, która sprawia, że nie możecie poczuć tego, o czym piszę… wydaje się zaletą, a nie wadą.
Praojcami sztuki zbuntowanej są artyści eksplorujący nieuchronności przemijania. Starożytni filozofowie traktujący rozkład jako część kręgu życia. Średniowieczni malarze z detalami przedstawiający ciała udręczone i chore. Mistrzowie holenderscy w nurcie vanitas zestawiający piękne, dojrzałe owoce z roślinami gnijącymi, zwiędłymi kwiatami i z ludzkimi czaszkami, które łączą piękno formy z upiornością kontekstu.
I piszę tu o pewnym estetycznym patronacie, bo pomimo stosowania kontrowersyjnych środków wyrazu, twórcy ci nie kontestowali norm, lecz zwracali uwagę na nieuchronność i malowniczość procesu rozkładu.
Nurt ten w sposób kreatywny i laicki kontynuują współcześni twórcy, tacy jak Neal Auch, Joel Panner czy Sam Taylor-Wood, której filmy wystawiane są w największych galeriach świata.
Warto zajrzeć na stronę Neala Aucha po to, by zachwycić się formalną doskonałością inspiracji. KLIK
I zdecydowanie warto poznać twórczość Sam Taylor-Wood – nie tylko tę związaną z tematem dzisiejszego artykułu.
Wróćmy do sztuki związanej z wydzielinami (i wydalinami).
Początek XX wieku, wojna światowa i sztuka zmuszona do współistnienia z koszmarem. Oczywiste jest, że kreatywny umysł zacznie w tej sytuacji stawiać pytania o adekwatność sztuki „ładnej” w stosunku do zupełnie nieładnego świata.
Nurt Dada kwestionował wszelkie zasady: od norm językowych począwszy, przez normy estetyczne, po pytanie o to, gdzie są granice sztuki. Jednym z przełomowych i pierwszych uznanych przez krytykę eksperymentów testujących te granice jest „Fontanna” Marcela Duchampa.
Tworząc nurt zwany „ready-made” Marcel Duchamp z premedytacją odwrócił zasadę, wedle której artyści i rzemieślnicy dzięki swej biegłości podnosili przedmioty użytkowe do rangi sztuki. „Fontanna” to masowo produkowany pisuar przewrócony „na plecy” i podpisany „R.Mutt”. Dzieło zgłoszone zostało na wystawę Society of Independent Artists 1917, która odbywała się w Grand Central Palace w Nowym Jorku.
Wybór przedmiotu nie jest przypadkowy. Duchamp nie tylko akcentuje subiektywizm sztuki opisując pisuar jako „podniesiony do rangi dzieła sztuki przez akt wyboru dokonany przez artystę”, lecz także przewrotnie i z premedytacją wybiera przedmiot kojarzący się ze sferą życia niezbyt wzniosłą.
Co ciekawe: opłatę za wystawienie dzieła od autora przyjęto, jednakże dzieła jakoś nie wystawiono. Wówczas.
„Fontanna” Duchampa jako dzieło sztuki żyje swoim własnym życiem. Była wystawiana w najbardziej prestiżowych galeriach i kilku artystów performatywnych podjęło trud odwrócenia zasady raz jeszcze i oddania moczu do „Fontanny”. Niektórym się to udało.
Pewnym paradoksem jest to, że środowisko, które pierwotnie odmówiło uznania „Fontanny” za dzieło sztuki współcześnie chroni ją przed użytkowaniem jej tak, jak powinien być użytkowany pisuar. Czyż nie skłania to do ponownego postawiania pytania o to, co jest sztuką, a co nią nie jest?
W kontekście eksploracji naturalizmu i turpizmu warto przyjrzeć się całemu dada, ze szczególnym uwzględnieniem instalacji takich jak mechanomorfy duetu Picabia – Duchamp.
Idea postrzegania ludzkiego ciała jako maszyny (między innymi) produkującej odchody nie odeszła w zapomnienie wraz z końcem dadaizmu. Jej kontynuacją jest na przykład „Five Day Locker Piece” (Pięć dni w schowku na bagaże) Chrisa Burdena z 1971 roku. Pozostałości procesu przemiany materii nie są jednak istotą tej sztuki, tylko towarzyszącym jej skutkiem ubocznym.
1961 rok przynosi najbardziej znane dzieło fizjologicznego nurtu w sztuce: „Merda d’Artista” Piero Manzoniego. Tytuł „utworu” tłumaczy się dosłownie jako „Kupa artysty”, a samym dziełem jest dziewięćdziesiąt blaszanych puszek wypełnionych 30 gramami odchodów artysty każda. Puszki opatrzone są etykietami w języku włoskim, angielskim i francuskim opisującymi zawartość i gramaturę oraz zapewniającymi o jej świeżości.
„Merda d’artista” nie są prowokacją odosobnioną. Rok wcześniej Piero Manzoni wystawił (na sprzedaż) „Fiato d’Artista” czyli oddech artysty zawarty w czerwonych balonach.
Enrico Baj opisał te dzieła jako „akt buntowniczej kpiny ze świata sztuki, artystów i krytyki artystycznej”.
Jaki z tego morał?
Ano taki, że w cywilizacji konsumpcyjnej tyle jest warte „dzieło”, ile ktoś skłonny jest za nie zapłacić.
Aby sprowokować dyskusję Panzoni wycenił swoje „dzieła” jak równowartość wagi zawartości w złocie czyli 37 (ówczesnych) dolarów. Tymczasem wartość rynkowa puszek poszybowała w górę nieomal natychmiastowo. Najdroższą sprzedano w 2016 roku za 275 000 euro. Słownie: dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy Euro.
W 2021 roku, czyli cztery lata temu Gavin Turk zapuszkował swój mocz, nazwał go „Mocz artysty” i sprzedał za równowartość wagi w srebrze.
Szanuję moc prowokacji Piero Manzoniego. Podziwiam dosłowność środków użytych przez artystę. Przewrotną satysfakcję sprawia mi fakt, że udowodnił on swoim dziełem, że ludzie kupią nawet gówno, jeśli tylko pochwalą je krytycy.
Happening (ten konkretny) Gavina Turka nie bardzo szanuję, bo „towarem”, który sprzedał ludzkości Manzoni nie była kupa, tylko pomysł i efekty pomysłu w postaci przesunięcia granicy dyskursu o sztuce.
W ten właśnie nurt wpisuje się Jammie Nicholas, o którego fizjologicznych perfumach pisałam w artykule o perfumeryjnych ekstremach.
Szczególną formą sztuki konceptualnej jest performance, w którym ciało artysty jest materią, narzędziem i sztuką zarazem. Pojawia się w tych wydarzeniach krew i pot i łzy ale to nie materialnie rozumiane płyny są głównym środkiem wyrazu, wspomnę więc tylko artystki takie jak Valie Export, Mona Hatoum, Marina Abramović czy Regina José Galindo. Bo to także jest granica sztuki, którą warto poznać i przemyśleć.
Oraz, zupełnie bez związku z ludzkimi wydzielinami, za to z związku z sytuacją polityczną na świecie i przemyśleniami, zachęcę Was do zapoznania się z „Zieloną linią” Francisa Alÿs.
Czemu służy ten obszerny wstęp?
Osadza on Secretions Magnifiques w kulturze. Pokazuje, że fascynacja ludzkim ciałem, także postrzeganym naturalistycznie i turpistycznie, jest obecna w sztuce od wieków. Że brzydota i odraza są nie tylko kolejnym środkiem wyrazu w sztuce – są także subiektywne. I w tym kontekście Secretions Magnifiques są po prostu przeniesieniem tych motywów na kolejny nośnik.
Od kiedy w 1985 roku ukazało się „Pachnidło” Patricka Süskinda oczywiste było, że nadejdzie moment, w którym perfumiarstwo zainteresuje się naturalnymi zapachami ludzkiego ciała. Po wiekach wykorzystywania naturalnych zapachów zwierzęcych ciał – takich jak piżmo, cybet czy kastoreum – artyści tworzący kompozycje zapachowe uczynili kolejny krok i rozwój perfumiarstwa niszowego dał im tę możliwość. Bo, powiedzmy to wprost, dla marki selektywnej czy wielkiego domu mody nie powstałyby nie tylko Surplus czy Secretions Magnifiques, ale także prowokujące do dyskusji projekty takie jak Revolution.
A jest coś fascynującego w niepięknych aspektach cielesności, bo przecież jest fascynacja wydalinami w grupie parafilii seksualnych. Wielu artystów (i nie tylko) sięga po środki wyrazu związane wydzielinami, które wcale niekoniecznie wszystkim wydają się wspaniałe.
Alexander McQueen – geniusz, który w XX wieku zrewolucjonizował podejście do mody i zaprojektował jeden z najpiękniejszych flakonów perfum w historii – miał podobno zwyczaj podtykania ludziom pod nos palca, który wcześniej wyjął z własnego odbytu. I w tym momencie przerwałam czytanie biografii.
Zasadniczą różnicą między Surplus a Secretions Magnifiques jest to, że Surplus to sztuka konceptualna, a Secretions to po prostu sztuka perfumeryjna. Kontrowersyjna, prowokująca, ale flakon Wspaniałych Wydzielin nie jest flakonem wydzielin, tylko artystyczną impresją. O tym, jak bardzo abstrakcyjną – decyduje odbiorca. Subiektywnie. Osobiście. I za każdym razem od nowa, bo odbiór tych perfum zmienia się w zależności od doświadczeń, oczekiwań i… pogody.
Kiedy rozprowadzimy na skórze Secretions Magnifiques nasz nos – paradosalnie – nie skupia się na nutach, lecz na niepokojącym połączeniu wrażenia słodyczy i słoności. Operujemy tak wyraziście w sferze doznań chemicznych, że czujemy ten zmysłowy dysonans w gardle.
Po przełknięciu niepokoju zauważamy laktony i nuty metaliczne. Znów dwa doznania, które osobno są przyjemne, a jednak razem… wcale nie są. Jest coś pierwotnego w połączeniu akordu mlecznego z metalicznym. Coś, co działa na zwierzę w człowieku. I to zwierzę się boi.
Doskonale oddawały to Red +Ma Blood Concept w pierwszej, wycofanej wersji, która jeżyła włosy na karku. Tu dzieje się podobnie.
Oswajam zapach, ale mój mózg nadal odmawia doszukiwania się w nim kokosa czy sandałowca. Niestety, nie doszukuje się również wspaniałych wydzielin, rozumianych w ten rozkoszny sposób, jaki sugeruje towarzysząca perfumom grafika.
Nie czuję seksu, spermy ani ekscytacji. Secretions Magnifiques pachną na mnie chorobą. Czy dokładniej: chorowaniem. W przygnębiającej, czy wręcz przerażającej postaci: w milczeniu i bezruchu, uzależnieniu od maszyny, która utrzymuje przy życiu ciało bez duszy.
Zapach ciała zmumifikowanego wykonywanymi według harmonogramu zabiegami higienicznymi. Karmionego plastikowym wężem. Pozbawionego mięśni, odruchów i pragnień. Sprzężonego z maszyną, która oddycha, wchłania i wydala.
Zapach jest pozbawiony kolorów. Sterylny, obcy, przygnębiający.
Gdybyż były w nim brudne żądze i brudne ciała… Nawet brudne w ten śmierdzący sposób, który sugeruje nazwa! Brud w perfumach jest łatwiejszy, niż bezduszna martwota, którą pachną te perfumy.
Wystawiony na chemiczne bodźce mózg nie może nie reagować. Szuka więc skojarzeń, wspomnień, obrazów. I mój mózg odnajduje szpitalne sale i korytarze. Środki dezynfekujące. Narzędzia z chirurgicznej stali i nitrylowe rękawiczki. Stosy nitrylowych rękawiczek.
Podłączonych sterylnymi rurkami do sterylnych maszyn ludzi, którzy nie chcą być sterylni nawet kiedy są już martwi.
Gdzieś na skraju świadomości kołacze się Dżihad przeciwko maszynom z „Diuny” Franka Herberta, ale to nawet nie jest to. Nie ma w Secretions Magnifiques gniewu i walki o przetrwanie. Nie ma okrucieństwa. Ale nie ma też litości. Jest zdezynfekowana pustka. Wypełniona oddechem, który nie jest ludzki.
Nie wiem, jak odebrałabym te perfumy bez programowania nazwą. Myślę, że doszukałabym się w nich nut kwiatowych – chłodnych, przypominających lilak albo lilię. Myślę, że skupiłabym się bardziej na akcentach ozonowych i może… może skojarzyłyby mi się z falami oceanu. I rybami. 😉
W schyłkowej fazie, po wielu godzinach zostaje po tych perfumach zapach skalistego wybrzeża morskiego w chłodny, pochmurny dzień. I to nie jest nieprzyjemne wrażenie.
Być może gdybym podeszła do tych perfum z mniejszą rezerwą… Być może wówczas inaczej uzasadniłabym to, że zupełnie mi się nie podobają.
Tyle, że gdyby nie nazwa stanowiąca program tego olfaktorycznego happeningu, najprawdopodobniej nie podjęłabym próby zmierzenia się z tą akurat kompozycją Antoine Lie. Bo siłą Secretions Magnifiques jest prowokacja. Przełamanie kolejnej granicy: po zmonetyzowaniu seksu i śmierci, pora na obrzydliwości.
Te perfumy to zapachowy odpowiednik body horroru. W filmach typu „Piła” czy „Hostel” też wszystko jest nieprawdziwe. To od odbiorcy zależy, czy zechce zawiesić niewiarę i na chwil kilka uwierzyć w prowokację na ekranie. No i oczywiście, czy w ogóle chce być konsumentem tego typu treści.
Kompozytor: Antoine Lie
Data premiery: 2006
Projekcja: szeroka, ale z tych napowietrzonych, transparentnych
Trwałość: mam starą wersję, przedreformulacyjną najpewniej. Trwałość jest bardzo dobra.
Nuty zapachowe:
glony morskie, mleko, kokos, irys, opoponaks, sandałowiec
Nuty zapachowe według mojej próbki:
akord jodowy, akord adrenalinowy, akord krwisty, akord mleczny, a dalej już normalnie irys, kokos, opoponaks, sandałowiec

