Zapraszam Was dziś w podróż sentymentalną. Podróż, której wymaga dzisiejszy bohater… choć o tych perfumach chce się pisać, że to Heroina. Przez wielki Ha i ze wszelkimi konotacjami słowa, choć (oczywiście) ze szczególnym naciskiem na miejsce w historii należne herosom.
Perfumy Shalimar znam… od zawsze. Od kiedy pamiętam – były. Najpierw mirażem – ideą, której nie potrafiłam osadzić w konkretnych ramach, ale byłam świadoma jej istnienia. Tak po platońsku trochę, bo w świadomości dzieciaka dorastającego w upadającym komunizmie i, zgrzebnej jeszcze, wczesnej demokracji był Shalimar uosobieniem idei luksusowej kobiecości.
Oprócz wiecznych Chanel No.5 dwa były zapachy archetypiczne w wyobraźni postkomunistycznej Polki: Mitsouko i Shalimar. Odkrywając świat perfum łapczywie rzuciłam się poznawać te ikony. Chanel No.5 mnie odrzuciły, Mitsouko zachwyciła, a Shalimar zapomniałam natychmiast po powąchaniu.
Moją wyobraźnię rozpalała Habanita, Opium, Obsession. Później Theorema, Feminite du Bois i NU. I wreszcie Black Cashmere, które były wówczas drogowskazem na rodzącą się niszę.
Po latach, próbując uporządkować swoją perfumową edukację wróciłam do klasyków. Oddałam honor Poison, Banditowi, Youth-Dew i nawet Organzie Indecence. Ale Shalimar to nadal było rozczarowanie. Aż w końcu nadszedł ten dzień…
Podczas warsztatów w Osmotheque jednym z tematów był Shalimar właśnie i miałam wówczas okazję powąchać rekonstrukcję Shalimara z czasów, kiedy stawał się legendą. Wersje z lat dwudziestych i sześćdziesiątych totalnie przegruzowały mi postrzeganie tych perfum.
Młody Shalimar to były perfumy wyraziste, wielowymiarowe, zmysłowe. Akord kwiatowy zbrukany był akcentami żywicznymi i animalnymi. Wanilia brzmiała bardziej nowocześnie i ekscytująco. Aż chce się zakrzyknąć z emfazą: Kiedyś to było!
No właśnie… było. Współczesny Shalimar to zapach o zupełnie innym profilu. Zapach, który ma zadowalać, a nie prowokować. Idąc tropem zmysłowych skojarzeń, Shalimar był niegdyś aktem zmysłowym. Współcześnie stał się chwilą po akcie.
Poszukując źródła swojego rozczarowania Shalimarem sięgam pamięcią do czasów, kiedy perfumy z Paryża były dla mnie grą wyobraźni. Moja wyobraźnia ma rozmach nie do pohamowania: wygrywała potężne wyimaginowane akordy i malowała wielkie wizje. Skonfrontowana z waniliową rzeczywistością poczuła się oszukana. Bo Shalimar to nie są perfumy grzeszne i ekscytujące. To są perfumy waniliowe – zarówno w kontekście zapachu, jak i opowieści. Shalimar opowiada o waniliowej, normalnej, czułej miłości. Jako Heroina jest Shalimar bohaterką statyczną, krągłą i łagodną. I kiedy poznałam te perfumy, uznałam, że to słabość. Głupia byłam.
Shalimar to nie jest opowieść o słabości. To jest opowieść o spolegliwości – rozumianej tak, jak rozumiana być powinna. Shalimar to spokój i ciepło, na którym można polegać. Polegać na nim moga także akcjonariusze LVMH, bo jest potęgą sprzedażową. Zmienność to jeden z atutów tych perfum. Shalimar z lat trzydziestych XX wieku nie sprzedawałby się w wieku XXI. Zupełnie by się nie sprzedawał, bo gust klienta perfumerii zmienia się z dekady na dekadę. I Shalimar zmienia się wraz z nim.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku jest zmienny i odważny. Otwarcie jest wyraźnie cytrusowe, bergamotowe, prawie herbaciane i szybko przechodzi w piżmowe, animalne serce utkane wokół dymnej, mrocznej wanilii. Jest to chyba moja ulubiona wersja Shalimara. Wąchałam, ale z przyczyn oszczędnościowych nie posiadam.
W latach osiemdziesiątych Shalimar stał się ikoną lat osiemdziesiątych. Otwarcie stało się energiczne, kanciaste jak ramiona marynarek z tamtych lat. Do przodu wyciągnięto to, co ekscytowało ludzkość w tej dekadzie: nowoczesność i wyrazistość. Z tego co pamiętam, testowałam wersję EDT.
W latach dziewięćdziesiątych Shalimar zaczął się zaokrąglać. Kiedy pierwszy raz testowałam te perfumy, to była właśnie odsłona z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Cytrynowa i sandałowa z pudrowym podbiciem. To tutaj utraciliśmy bergamotę i wymagające akcenty kwiatowe. Tu nastąpił zwrot, który zaprowadził nas w dekady perfum słodkich.
I teraz przechodzimy do meritum
Współczesny Shalimar nie stoi na czele społecznej rewolucji, zmienia świata i nie biesi się. Nuty animalne i dymne zostały z tych perfum wyegzorcyzmowane; zastąpione pulchnym cherubinkiem, który ani myśli mieścić się na główce szpilki.
Swoją drogą, czy wiecie, że teologiczny spór o to, ile diabłów tańczy na główce szpilki zaczął się właśnie od nasadzania na ową główkę aniołów? Dopiero po pewnym czasie średniowieczne autorytety uznały, że nie godzi się robić takich rzeczy aniołkom. Diabłom spoko, można.
Nie chcę, żeby ten tekst przerodził się w analizę historii Shalimara. Bo nie jestem ani znawczynią, ani wielbicielką tych perfum. Tym, co chciałabym w Was zasiać tym wstępem nie ma być biadolenie, że kiedyś to było, a teraz nie jest. Przeciwnie. Chciałabym otworzyć nas wszystkich na zmienność świata. Na to, że zmieniają się kanony piękna, wrażliwość i potrzeby. Kobieta lat dwudziestych to rewolucjonistka – śmiało sięgająca po to, co przed Pierwszą Wojną Światową było nie do pomyślenia, a po Drugiej Wojnie Światowej stało się, na jakiś czas, naiwną baśnią. Po wolność – ideologiczną, filozoficzną, obyczajową i estetyczną.
W sztuce lata dwudzieste to przełom za przełomem. Art deco i konstruktywizm. Ekspresjonizm, surrealizm i kubizm w pełnym rozkwicie. Na piedestał zarezerwowany wcześniej dla konsumentów ze społecznych elit wkracza plakat, komiks i… JAZZ. A na tym nie koniec, bo James Joyce zaczyna sypać strumieniem świadomości, dadaiści wyciągają z kapeluszy swoje obrazoburcze teksty i do tego wszyscy boją się Wirginii Wolf.
W tym świecie perfumy musiały być odważne i bezkompromisowe.
Lata dwudzieste XXI wieku to zupełnie innym moment w dziejach. I zupełnie inne są potrzeby ludzi sięgających po perfumy. Szukamy wygody, bezpieczeństwa, słodyczy. Przebodźcowany, ogłuszony pędem świata człowiek szuka ukojenia w sztuce łatwej i miłej, nie prowokującej.
Dlatego alternatywą dla Shalimara dostosowanego do potrzeb współczesnych kobiet nie jest Shalimar sprzed stulecia lecz… brak Shalimara. Po prostu.
Wielkie domy mody i domy perfumeryjne modyfikują swoje legendy po to, żeby trwały. I sprzedawały się w wystarczająco dużych nakładach. Bo wielkie domy mody i domy perfumeryjne nie utrzymują na mainstreamowym rynku perfum, które się nie sprzedają. Od tego jest nisza i, w mniejszym stopniu, serie butikowe. A Guerlain, pomimo wspaniałej historii zapisanej pięknie pachnącymi zgłoskami, to współcześnie jest massmarket.*
Opowieść o zapachu zacznijmy od legendy.
Legendy, która pozwoli nam zrozumieć ideę stojącą za tymi perfumami.
Dawno, dawno temu… naprawdę dawno, bo w XVII wieku Shahbuddin Muhammad Szahdżahan z dynastii Wielkich Mogołów żył i panował długo i szczęśliwie wraz ze swoją małżonką Mumtaz Mahal. Szach Dżahan kochał swoją żonę miłością wielką, niektórzy powiadają, że obsesyjną wręcz. Dla swojej ukochanej stworzył w Lahore ogrody, przy których Wiszące ogrody królowej Semiramidy w Babilonie miały być ledwie przydomowym skwerkiem.
Po całym świecie rozesłał agentów i kupców, by sprowadzili najpiękniejsze kwiaty, najbarwniejsze ptaki i najrzadsze klejnoty. Na najżyźniejszych terenach nad rzeką wybudowano tarasy, baseny i fontanny ze szlachetnych kryształów i klejnotów, posadzono najpiękniej pachnące rośliny, udomowiono egzotyczne zwierzęta. Latarni z najszlachetniejszego jedwabiu zawieszono tyle, że przyćmiewały księżyc i gwiazdy.
Ogrody te nazwał Szach Dżahan siedzibą miłości – Shalimar.
Na tym powinniśmy zakończyć tę opowieść, ale żeby osadzić Wam Shahbuddina Muhammada Szahdżahana i Mumtaz Mahal w kulturowym kontekście dodam, że po śmierci ukochanej Szach Dżahan wzniósł dla niej najpiękniejszy grobowiec świata, którego budowa pochłonęła resztę jego życia i majątek. Grobowiec ten nazywa się Tadź Mahal.
Legenda ta zainspirowała Jacquesa Guerlain do stworzenia perfum będących apoteozą kobiety, która jest kochana. I tu wracamy do naszych rozważań o tym, czy Shalimar musi być rewolucyjny i efekciarski, żeby zachwycać. Nie musi. Tak jak miłość nie musi być gwałtowna i burzliwa.
Zapach
Ten zapach
Romans z Szhalimarem zaczynamy od olśnienia. Jasne cytrusy. Musujące jak ostatni łyk szampana z kieliszka – wytrawny, letni, smakujący białym szumem.
Po kilku ledwie chwilach zaczynamy skupiać się na herbacianej bergamocie – po to tylko, by dostrzec przyczajone tuż za hesperydowym wachlarzem subtelne kadzidło i pudrowego irysa.
To wszystko jednak ledwie wstęp do waniliowej hegemonii.
Walinina wkracza na parkiet w rozłożystej kremowej kreacji i zawłaszcza przestrzeń w metrum 4/4. Bo Shalimar to olfaktoryczny jazz. Lśniący cedrowy parkiet pełen tancerzy w irysowych sukniach i zamszowych rękawiczkach. Rozgrzanych rytmem muzyki i flirtem. Spoconych piżmem i pachnących wspomnieniem palonych między tańcami waniliowych cygar.
Królową balu jest wanilia w syntetycznej, wanilinowej sukni. Dama nowoczesna, lecz tak doskonała, że jeszcze we wczesnej młodości stała się ikoną. Dama dominująca lecz łagodna.
Fascynująca w waniliowym akordzie tworzącym Shalimara jest jego nowoczesność. Nowoczesność na miarę początków XX wieku.
W czasach kiedy wanilia w perfumach pochodziła z najprawdziwszych i bardzo drogich waniliowych lasek jej zapach był zupełnie inny, niż zapach waniliny. Ciemniejszy, głębszy, pełen skórzastych i tytoniowych niuansów, bardziej złożony. Jasna, puchata wanilia, którą znamy ze współczesnych kompozycji była wówczas olśnieniem; czymś wyjątkowym. I jeśli pójdziemy drogą wyznaczoną przez mit założycielski tej kompozycji – jest wanilia w Shalimar metaforą kobiecości wyidealizowanej, pozbawionej ziemskich konotacji i mrocznych sekretów. Jest doskonała. I jest odważna.
Warto mieć to na względzie w wieku XXI, gdy większość wanilii w perfumach to wanilina właśnie. W czasach, kiedy jej jasny aromat strącony został z piedestału z tabliczką „symbol nowoczesności”.
Nie ma innej, niż wanilina, królowej w tej kompozycji. Przyjemna, ciepła nuta zagarnia z czasem coraz szerszą i szerszą część spektrum zapachowego. Zapach ewoluuje z szyprowej prawie jasności otwarcia w pudrową bazę, ale nie wolno zapominać, że Shalimar to bal, nie solowy występ. Idealna kobieta Guerlaina potrzebuje oprawy. Nuty zamszowe, żywiczne i cytrusy; roztańczone piżmo i nawet chmurna paczula w pudrowanej irysem peruce – wszyscy ci pozostający w cieniu wanilii uczestnicy przyjęcia czują się dobrze. I chyba dobrze, choć z fasonem się bawią. Podobnie z resztą, jak my nosząc Shalimar.
Pomimo zmiany formuły kompozycja (zapoczątkowana przez) Jacquesa Guerlain wciąż brzmi retro. Tworzy nastrój, który przenosi nas w przestrzeń poza czasem gdzie życie jest łatwe, rybki pluskają a bawełna rośnie wysoko. **
Shalimar Eau de Parfum
Perfumy recenzuję z próbki z atomizerem otrzymanej do większych zakupów w butiku Guerlain
Data premiery: 1925
Kompozytorka: Jacques Guerlain
Projekcja: łagodna
Trwałość: powyżej 8 godzin
Nuty zapachowe:
Nuty głowy: cytrusy, bergamotka, cytryna, cedr, mandarynka
Nuty serca: irys, paczula, wetiwer, jaśmin, róża
Nuty bazy: wanilia, kadzidło, skóra, opoponaks, cybet, sandałowiec, bób tonka, piżmo
* Pisząc o rynku odnoszę się do krajów bogatych, jak Polska współcześnie. Nie obejmuję analizą krajów afrykańskich czy Rosji. Proszę o wyrozumiałość dla zastosowanych figur retorycznych. 😉
** Nawiązanie do utworu „Summertine” Gershwina i koniecznie proszę go sobie wyobrażać we wspaniałym, waniliowym wykonaniu Elli Fitzgerald.


2 komentarze do “Perfumy poza czasem – Guerlain Shalimar”
Genialny wpis. Dziękuję. Od dluzszego czasu myślę o tym zapachu, ale zawsze zapominam o testach, zwiedziona niszowymi nowościami. Historia Shalimar urzekająca, mozna napisac scenariusz do filmu 🙂
Dziękuję i ja – za komentarz i miłe słowa. <3
Masz absolutną rację - Shalimar to gotowy scenariusz. I to nie jeden - bo same perfumy mogłyby być osią wielu opowieści.