najlepsze perfumy do 100 zł – Perles de Lalique

Wracamy dziś do serii „Najlepsze perfumy do 100 zł”, która właściwie mogłaby nazwać się po prostu „Najlepsze perfumy i już”. No, może poza Maroussią i nową odsłoną Zirh Ikon, które są dobre jak na swoją cenę. Reszta – z Encre Noire, których recenzję pisałam jeszcze przed pomysłem na serię w czasach, kiedy 100 zł za perfumy to wcale nie było jakoś szczególnie mało – reszta to są po prostu piękne perfumy, które możemy, albo mogliśmy kupić w naprawdę dobrych cenach. Czas przeszły stosuję na przykład wobec Oud Grandeur i Ambre Ardent z kolekcji Avon Artistique. I tu jest miejsce na smętne westchnięcie.

Dzieł Nathalie Lorson recenzowałam już sporo, z Exclusivami od Le Labo włącznie. Stworzyła ona (między innymi) Poivre 23 dostępne w Londynie i dostępne w Dubaju Cuir 28.
Chętnie, w celach recenzyjnych, położyłabym także recenzyjne łapki na Wish Chopard i Grain de Folie Gres. W ogóle… Ziarno szaleństwa- cóż to na wspaniała nazwa!
Inna kwestia, że Grain de Folie są już prawie nie do kupienia. Kiedyś były dostępne za grosiki…

No dobrze, koniec tej perfumeryjnej archeologii. Cieszmy się Perłami, póki trwają. Choć od razu zaznaczam, że kilka lat temu przeszły reformulację i z kamforowego paskudztwa przerodziły się w mniej kamforowe paskudztwo.

To jest moje zdjęcie mojego flakonu. Nałożyłam filtr, dzięki któremu wychląda jak obraz. Ale nie namalowałam go

Dlaczego nazywam Perles de Lalique paskudztwem? Ano dlatego, że są to jedne z najbardziej żywiołowo ofujanych perfum w internecie. Może nie są krytykowane tak kreatywnie, jak Angel na przykład, ale podzbiór fujających jest zdecydowanie większy i głośniejszy, niż podzbiór miłośników w tym przypadku.

Ja należę do podzbioru drugiego i zamierzam dziś zabrać w tej sprawie głos. To, że sztuka odbierana jest różnie, często bardzo osobiście; to, że budzi kontrowersje i emocje jest, w moim odczuciu, siłą, nie słabością. Czytelnicy Sabbath of Senses znają mnie już na tyle, by wiedzieć, że argumentum ad populum raczej na mnie nie działa. Mogę poszanować fenomen, ale popularność dzieła czy opinii nie wywiera na mnie wpływu. „La Belle Ferronière” czy Madonny Leonarda? Proszę bardzo, mogę kwilić z zachwytu. Ale „Mona Lisa”? Meh…

Dlatego kontrowersyjne Perles robią na mnie większe wrażenie, niż – nie uwierające właściwie nikogo, ze mną włącznie – J’adore Diora. I to nie jest krytyka ani Mony Lisy, ani J’adore, ani powszechnie obowiązujących kanonów. Raczej wyraz umiłowania sztuki wyrazistej. I wyjaśnienie tego, że Perles ustawiam w rzędzie perfum nie tylko wybitnych, ale też pięknych. Bo piękno jest w oku patrzącego, w uchu słuchającego i w nosie wąchającego.

Dla rozwiania wszelkich wątpliwości – mój flakon jest z lipca 2019, czyli poreformulacyjny. Recenzuję aktualną formulację, czyli to, co możecie kupić w sklepie w roku 2026. Nie podejmuję się przewidywać, co wydarzy się w przyszłości.

Perles de Lalique to perfumy, które grają we własnej lidze. Nie konkurują z modnymi zapachami tworzonymi na potrzeby klienta, który chce nosić śliczny popkulturowy mundurek. Aczkolwiek nie są to także perfumy obliczone na robienie rewolucji. One po prostu idą swoją drogą.

Kiedyś, w starszych wersjach początek tej drogi rozświetlał ostry jak światło szperacza blask kamforowej paczuli. W wersji współczesnej zamiast kamfory wybija się pieprz i akcenty cytrusowe przypominające elemi i/lub aldehydy z grupy 12-13. To nadal jest otwarcie jasne i dość wyraziste, ale to nie jest alert, który stawiał nas na baczność kilkanaście lat temu.

Róża pojawia się równocześnie z pieprznym otwarciem. Początkowo, oślepieni jasnością nut eterycznych, nie dostrzegamy głównej bohaterki w bladoróżowej sukience.

Róża w perles jest różana, różowa i uróżowiona. Blade, pudrowe akcenty złożone z ostrym piżmem tworzą efekt niewietrzonego buduaru albo zatłoczonej garderoby teatralnej. Światło punktowe, ostre, demaskujące wszelkie mankamenty makijażu. Rzędy pomad i pudrów – często pozostawionych bez wieczek i nakrętek. Malownicze galaktyki pudrowego pyłu rozsypane na czarnych blatach. Popiół z kadzidełek piętrzący się na podstawkach z sandałowca. Nieład bladych kwiatów w losowych naczyniach. Naturalne więdną, sztuczne dumnie łapią kurz.

Perles pachną jak zamarznięte wspomnienie. Jak olfaktoryczna metafora starej fotografii – subtelnie wyblakłej, ale wciąż pełnej detali i życia, którego żadna AI nie będzie w stanie symulować.

 

W sercu główną gwiazdą jest róża. Zwiędła już – jak te kwiaty w teatralnej garderobie – ale obecna i wciąż piękna. Towarzyszące jej piżmo i mech tworzą akord zmysłowo ambiwalentny – łączący subtelnie słodką i subtelnie kwaśną cielesność z próbami jej maskowania za pomocą perfumowanego mydła. To jest ten moment, w którym ludzie czują szpital i kostnicę. Dla mnie to doskonałe pogłębienie immersji i mistrzowski sposób budowania kolejnych wymiarów kompozycji i opowieści. Aczkolwiek rozumiem, że nie są to perfumy dla każdego.

Baza przeniesiona została przez (wspaniałą) Nathalie Lorson wprost z klasycznych szyprów. Mech i paczula tworzą szorstki akord, który nawet niewprawny nos natychmiast definiuje jako „retro”. Kontekst tej podróży w czasie daje mydełkowe piżmo, którego w piramidzie nut nie wymieniono i ono chyba jest wkurzone z tego powodu, bo od początku mocno manifestuje swoją obecność. I niezadowolenie.

Nie spycha to jednak kompozycji z trajektorii zmierzającej ku ciepłej, drzewnej bazie. Po 2-3 godzinach od aplikacji Perles ostatecznie zgrywają się z temperaturą ciała i zaczynają brzmieć klasycznie, łagodnie wręcz. To olfaktoryczny odpoczynek wojownika, który zdobył już szczyty haute perfumerie.

Osobistą radość sprawia mi istnienie Perles. To, że za niewielką stosunkowo kwotę możemy sprawić sobie dzieło sztuki najwyższych lotów, które obroniłoby się na półce niszowej perfumerii. I że dzieło to trafia w nasze ręce w oprawie godnej półki najbardziej ekskluzywnej perfumerii. Flakon Perles jest piękny i szalenie elegancki.

Raduje mnie nawet to, że te perfumy są niełatwe i niezbyt popularne, bo to tylko pogłębia wrażenie obcowania z dziełem, a nie wyłącznie produktem. Tu elitarność rodzi się z wrażliwości.

Nie zachęcam do zakupów w ciemno. Jeszcze bardziej, niż zwykle nie zachęcam. Ale warto choć raz wziąć w rękę to cudo i pomyśleć, że to część historii perfumiarstwa. 

 

Data premiery: 2006
Kompozytor: Nathalie Lorson
Projekcja: przeciętna
Trwałość: też przeciętna, niestety. A stara wersja dawała czadu zarówno pod względem projekcji, jak i trwałości.

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: róża bułgarska
Nuty serca: pieprz burboński, irys, nuty pudrowe
Nuty bazy: paczula, mech dębowy, kłącze irysa, wetiwer, drewno kaszmirowe

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
Email

2 komentarze do “najlepsze perfumy do 100 zł – Perles de Lalique”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Popularne wpisy

Moon Aoud Montale

. Wiecie, co to jest „dowód miłości”? To sytuacja, kiedy coś, co powinno być zmysłową przyjemnością dla nas samych robimy dlatego, że pragnie tego ktoś

Czytaj więcej »

Oh shit!

Khe, khe… Jestem zakłopotana i nie bardzo wiem, jak napisać to, co mi się na klawiaturę pcha. Spróbuję wprost. Osoby wrażliwe proszę o zaprzestanie lektury

Czytaj więcej »